Wywiad: Tomasz Gawędzki

Początek 2018 r. zaskoczył miłośników piłki nożnej pojawieniem się na rynku wydawnictwa Arena, które ma zamiar wydawać tylko i wyłącznie książki sportowe. O tym, czy można się z tego utrzymać, o debiutanckiej publikacji Areny pt. „Jak to było naprawdę?”, ale także o historii Cracovii porozmawialiśmy z Tomaszem Gawędzkim – dyrektorem nowego przedsięwzięcia.

Minęło już prawie dwa lata od publikacji twojej książki „Cracovia znaczy Kraków. Historia w pasy”. Przyznawałeś w wywiadach, że wiele fragmentów usunąłeś z pierwotnie przygotowanej wersji. Czy z perspektywy czasu żałujesz ich wycofania?

Nie. Cieszę się, że w ostatniej chwili je wyrzuciłem. Mogłem to spokojnie opublikować, opowiedzieć różne historie, kiedy to zawodnicy balowali na mieście po wygranych meczach, nie musiałbym ich nawet pytać o zgodę. Wolałem jednak zachować z nimi dobry kontakt. Podejrzewam, że gdybym tego nie usunął, to teraz nie odbieraliby ode mnie telefonów. A tak spotykamy się, dzwonimy do siebie i składamy sobie życzenia. Książka była bardzo ważna i zależało mi, żeby się pojawiła. Dobre relacje z piłkarzami są jednak ważniejsze, nawet jeśli wielu z nich nie gra już zawodowo.

Byłeś rzecznikiem prasowym Cracovii, jesteś także jej kibicem, czyli człowiekiem zaangażowanym emocjonalnie w „Pasy”. Czy tak bliskie związki z klubem bardziej pomagają, czy jednak przeszkadzają w pisaniu książki?

Trochę pomagają, a trochę przeszkadzają. Wspominałem już, że mógłbym zamieścić w książce więcej „smaczków” o niektórych piłkarzach, ale dziś nie bylibyśmy kolegami. Mogłem też napisać o sytuacjach związanych z osobami decyzyjnymi w Cracovii. Wiem, że i tak na pewno nie będę tam pracował, dopóki rządzą obecni prezes i wiceprezes. Dowiedziałem się, że kiedy słyszą moje nazwisko, to dostają białej gorączki – nie mam pojęcia dlaczego.

Także z jednej strony te zbyt bliskie związki z klubem i jego ludźmi nie pomagają, ale jest też druga strona medalu. Dzięki pracy w klubie miałem dobry kontakt z Radą Seniorów. Jej przewodniczący, pan Jerzy Łudzik, wziął mnie pod swoje skrzydła, pokazał mi wiele dokumentów, zdjęć i pamiątek związanych z Cracovią. Gdyby nie pomoc pana Jerzego, byłoby mi ciężko dotrzeć do tych materiałów. On też umożliwił mi kontakt z córką Józefa Kałuży – dostałem numer telefonu i udało mi się umówić na spotkanie. Nie było to łatwe, bo pani Irena jest już wiekowa i schorowana. Tym większa była więc moja radość, że to się udało. Był to jej pierwszy wywiad o Cracovii i jak do tej pory ostatni.

Trochę to dziwne, że w Krakowie mieszka córka tak wybitnej postaci w dziejach Cracovii i całej polskiej piłki, a nikt z nią wcześniej nie rozmawiał.

Absolutnie nikt, też byłem bardzo zdziwiony. Pani Irena Kałuża mieszka na Podgórzu, tam gdzie mieszkał jej ojciec. Podczas wywiadu siedziałem przy biurku, przy którym Józef Kałuża pisał na maszynie swoje artykuły do „Przeglądu Sportowego”. Była tam też ta maszyna – całe miejsce działało na wyobraźnię, taka swoista podróż w czasie.

Teraz jako dyrektor wydawnictwa Arena pewnie nie masz zbyt wiele czasu na pisanie książek…

Nie, akurat piszę…

Powiesz nam, o czym ta książka i kiedy możemy się jej spodziewać?

Piszę o drugiej stronie futbolu, czyli komentatorach sportowych. Oni przez wiele lat raczą nas swoim głosem, np. ciężko wyobrazić sobie skoki narciarskie bez Włodzimierza Szaranowicza lub Przemysława Babiarza czy mecze piłkarskiej reprezentacji bez Dariusza Szpakowskiego. Trzeba tym ludziom oddać hołd. Niektórzy narzekają, że Szpakowski się skończył i powinien odejść, zachwycają się duetem Borek-Hajto. Fajnie, że pojawiła się świeża krew, ale nie zapominajmy, na kim się oni wzorowali – tak jak Dariusz Szpakowski zapewne zapatrywał się na Jana Ciszewskiego, tak Borek i kilku innych naśladowali Szpakowskiego, Szaranowicza i Babiarza. Mało się mówi o komentatorach, po Internecie krążą tylko memy z ich wpadkami. Nie pomijam tego, ale to jedynie dodatek. Np. Tomasz Zimoch mistrzowsko gra emocjami, opowiada niezwykle poetycko – to nie są żadne wpadki! Może to czasem nie brzmi składnie, ale pamiętajmy o tych wielkich emocjach. Komentując w radiu Zimoch sprawia, że możemy zamknąć oczy i być tam razem z nim. O tym właśnie będzie moja książka. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie planem, ukaże się w czerwcu.

Faktycznie temat trochę zaniedbany, pisał o tym sporo nieżyjący już Bogdan Tuszyński, ale minęło wiele lat, pojawiła się nowa generacja komentatorów. Przejdźmy może jednak do prowadzonego przez ciebie wydawnictwa Arena. Miesiąc temu miała miejsce premiera waszej debiutanckiej książki „Jak to było naprawdę?”. Możesz już powiedzieć, z jakim spotkała się przyjęciem?

Te recenzje, które znalazłem w sieci, są dość ciepłe. Ludzie pamiętający stare krakowskie „Tempo”, widząc nazwiska Jerzego Cierpatki, Stefana Szczepłka (on akurat z „Tempem” nie miał wiele wspólnego, ale jest z tego samego pokolenia), Marka Latasiewicza czy Mirosława Nowaka, mówili: „biorę to w ciemno!”. W „Jak to było naprawdę?” nie ma historii przedrukowanych z Internetu, teksty są efektem spotkań z bohaterami opisywanych wydarzeń. Minęło kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat i świadkowie mogą powiedzieć nowe rzeczy. Może ta książka nie obala jakichś wielkich mitów, ale pojawiają się nowe aspekty w znanych historiach. Nie chcieliśmy pisać tylko o piłce nożnej, koszykówce czy siatkówce, miało być wiele dyscyplin. Znajdziemy tam słynną historię z gestem Kozakiewicza czy opowieść o bułce z bananem Adama Małysza, jest też afera na Okęciu. Pojawiają się nowe wątki, starsi kibice odświeżą sobie pewne rzeczy, a młodsze pokolenie czytelników odkryje te wydarzenia.

Kolejne dwie pozycje Areny dotyczą mistrzostw świata w piłce nożnej. Jest ogólna książka o historii mundialu („Mundial. Historia. Od Urugwaju do Rosji) oraz o występach Polaków na MŚ („Polska na mundialach”). Na rynku jest już wiele takich książek, można wymienić chociażby Encyklopedię MŚ Andrzeja Gowarzewskiego. Czy da się napisać coś oryginalnego w tym temacie?

Według mnie tak, bo najważniejsza jest forma. Z całym szacunkiem do pana Andrzeja Gowarzewskiego – jego wiedzy, zbiorów, dokonań i wszystkiego, co zrobił dla polskiej piłki – wydawane przez niego książki są bardzo encyklopedyczne. Do nich nie zasiada się wieczorem przy kawie czy lampce wina. Natomiast nasz monumentalny album „Mundial. Historia. Od Urugwaju do Rosji”, napisany przez naocznych świadków, po prostu wciąga. Jerzy Cierpiatka, Marek Latasiewicz czy Mirosław Nowak znają mnóstwo zakulisowych historii i piszą opowieść z własnej perspektywy. Andrzej Gowarzewski też napisał swoje „Mundiale z akredytacją” [45. tom Encyklopedii Piłarskiej FUJI – przyp. red.], ale przecież każdy świadek na co innego zwraca uwagę. Jedną wersję tego samego wydarzenia zapamiętał Stefan Szczepłek, drugą Jacek Gmoch, trzecią Andrzej Strejlau, a jeszcze co innego widzieli nasi autorzy. Taki był właśnie nasz pomysł na książkę o MŚ, nie ma tam podawania suchych faktów. Nie są to jakieś nieznane wcześniej historie, ale opisane trochę inaczej – świetnym stylem dawnej szkoły krakowskiego „Tempa”.

Myślicie o reedycjach dawnych książek sportowych? Krzysztof Stanowski postanowił po dziewięciu latach wznowić autobiografię Wojciecha Kowalczyka („Kowal. Prawdziwa historia”) i zakończyło się to sukcesem. Może są jeszcze inne książki, które warto byłoby wydać po raz drugi?

Pewnie tak, ale odgrzewane kotlety nie zawsze dobrze smakują. Nie bierzemy w tym momencie tego pod uwagę. Dzisiaj większość czytelników to ludzie młodzi i nie wydaje mi się, by byli bardzo zainteresowani opowieściami o zamierzchłych dla nich czasach. Czasem takie pomysły przewijają się podczas naszych rozmów o planach wydawniczych, ale póki co działamy zbyt krótko, żeby robić takie rzeczy.

Na pewno jednak będziecie wydawać polskie wersje dobrych książek zagranicznych. W mediach społecznościowych zapowiadacie biografię Socratesa, opowieść o Manchesterze United oraz coś o NBA z lat dziewięćdziesiątych. Co to dokładnie za książki?

Faktycznie, chcemy wydać po polsku najsłynniejszą książkę o Michaelu Jordanie, jaka kiedykolwiek powstała. Chodzi o „The Jordan Rules” Sama Smitha z 1992 r. Drużyny NBA stworzyły wtedy specjalne zasady krycia Michela Jordana, aby maksymalnie uprzykrzyć mu życie. Jeśli dobrze pamiętam, autorem tych zasad był trener Detroit Pistons. Pamiętamy te słynne boje Chicago Bulls właśnie z „Tłokami” czy z Los Angeles Lakers. Minęło już ponad ćwierć wieku, a ta książka nigdy jeszcze w Polsce nie wyszła. W USA cieszy się niesłabnącą popularnością i z kim bym nie rozmawiał o NBA lat dziewięćdziesiątych, to każdy mówi: „Jak to możliwe, że nie wyszła jeszcze w Polsce?!”. Dla mnie będzie to sentymentalny powrót do wczesnej młodości, kiedy to mieliśmy transmisje NBA w publicznej telewizji i wielki boom na koszykówkę. Pamiętamy to słynne zawołanie „hej, hej, tu NBA!” i komentarz Włodzimierza Szaranowicza, o którym zresztą już rozmawialiśmy. Oglądałem wtedy to wszystko z wypiekami na twarzy, fascynowałem się „Bykami” i Orlando „Magic” z młodym Shaquillem O’Nealem. Teraz mam możliwość spełnić swoje marzenie, ale też – o czym jestem przekonany – marzenie wielu kibiców koszykówki w Polsce.

Wydamy też oczywiście biografię „Socratesa” [Andrew Downie – „Doctor Socrates” – przyp. red.]. Myślę, że ta książka dobrze się przyjmie, bo mamy w Polsce grono fanów dawnego brazylijskiego futbolu. Wyszła już biografia Garrinchy [Ruy Castro – „Garrincha. Samotna gwiazda” – przyp. red.], więc Socrates również powinien mieć pozytywny odbiór. Jestem pod wrażeniem tej postaci – fascynuje mnie nie tyle jako piłkarz, co jako człowiek. Filozof, doktor…

Który umarł z przepicia…

Dokładnie. Zresztą on zawsze powtarzał, że albo umrze z przepicia, albo na rozedmę płuc, bo palił trzy paczki papierosów dziennie. Książka jest genialna, fantastycznie napisana, niezwykle poetycko. Tłumaczy ją Michał Czyż, wielki fan samego Socratesa i w ogóle futbolu w stylu retro, którym zajmuje się wasz portal. Wkłada w to tłumaczenie całe swoje serce, siedzi po nocach i śpi zaledwie kilka godzin na dobę, bo jego marzeniem było to przetłumaczyć. Jest w stałym kontakcie z Andrew Downie’m, więc wszelkie niejasności czy niedopowiedzenia będą wyjaśnione w przypisach. Michał wykonuje naprawdę kawał świetnej roboty i już nie mogę się doczekać polskiej wersji. Czytałem oczywiście oryginał, ale książka w ojczystym języku to zupełnie inna sprawa.

Fot. The Irish Times

Socrates przypomina mi Georga Besta – wyszły u nas dwie jego biografie i obie cieszyły się sporym zainteresowaniem.

Zgadza się, Best to ten sam format piłkarza i człowieka.

Zapowiadacie kilkanaście publikacji jeszcze w tym roku, a czy myślicie już o latach 2019-2020?

Coś tam planujemy, ale jeszcze bez konkretów. Dopiero weszliśmy na rynek, musimy przekonać się, jaki będzie odzew ze strony czytelników, czy obraliśmy dobry kierunek itd. Zobaczymy, czy lepszym wzięciem będą się cieszyły książki naszych autorów z teamu Arena, czy może jednak tłumaczenia zagranicznych publikacji, czy skupiać się na 2-3 dyscyplinach, czy raczej wydawać książki wspomnieniowe ze śledztwem dziennikarskim w tle – jak właśnie premierowa „Jak to było naprawdę?”. Będziemy też z pewnością myśleć o młodszych czytelnikach, bo jest na to spore zapotrzebowanie, a same kolorowanki czy naklejki Panini nie załatwią sprawy. Oprócz piłki nożnej i koszykówki będą też często pojawiać się inne dyscypliny. Ciągle szukamy i rozglądamy się, natomiast najważniejszą ideą jest przyświecające nam hasło „Niezwykłe opowieści sportowe”. Nie wydamy dziesiątej biografii Cristiano Ronaldo, piętnastej Leo Messiego czy dwudziestej Roberta Lewandowskiego, bo to wciąż czynni piłkarze.

To jest w ogóle często powtarzające się pytanie o sens wydawania biografii piłkarzy, którzy jeszcze grają i są na topie.

Nie jestem temu przeciwny – ktoś ma swoje pięć minut i chce je wykorzystać. Rywalizacja między FC Barceloną i Realem Madryt napędza ten proces, bo albo jest się wyznawcą Messiego, albo Ronaldo. Tak samo jest zresztą z naszym Lewandowskim – piłkarza takiego formatu nie mieliśmy od czasów Zbigniewa Bońka. Naród potrzebuje idola, więc takie książki wychodzą. Nie jest to jednak nasz kierunek. Chętnie poczekam, aż Robert skończy grać i może wtedy da się namówić na wydanie książki w Arenie.

Była mowa o teamie autorskim Areny. Czy jest on zamknięty, czy jednak planujecie jeszcze jakieś „transfery”?

Absolutnie się nie zamykamy. Wręcz odwrotnie, drzwi do nas są szeroko otwarte i ciągle spływają zapytania z całej Polski. Mamy ciekawe propozycje, niektórzy przychodzą już z gotowymi książkami. Rozmawiamy oczywiście, a kilka pomysłów jest naprawdę ciekawych. Czasem aż się dziwiłem, że tego jeszcze nikt nie wydał. W niektórych przypadkach zachęcamy autorów do ubrania swoich opowieści w trochę inny format. Pojawią się więc ciekawe książki, ale jeszcze za wcześnie na podawanie konkretów. Powtórzę raz jeszcze – drzwi do nas są otwarte.

Boom na książki sportowe to kwestia kilku ostatnich lat. Wydawnictwo Sine Qua Non jako pierwsze poszło mocniej w tematykę sportową, jednak mają też w swojej ofercie książki o muzyce, kryminały, fantastykę. Czy możliwe jest na polskim rynku utrzymanie się tylko i wyłącznie z książek sportowych?

Myślę, że tak. Zresztą zweryfikuje nas rynek. Za jakiś rok będziemy już wiedzieli, czy dobrze to sobie wymyśliliśmy, czy może jednak trzeba wzbogacić ofertę lub ukierunkować się na inne pozycje. Wydaje mi się jednak, że spokojnie damy sobie radę.

Ciągnąc jeszcze wątek SQN, jakby nie było, waszej naturalnej konkurencji. Spotkałem się z opinią, że wypracowali sobie już takie sieci powiązań marketingowych, że nie będziecie ich w stanie przebić. Co ty na to?

W tej chwili faktycznie mają monopol na książki sportowe w Polsce. Byli pierwsi i wstrzelili się w idealny moment, kiedy zaczęły do nas docierać pierwsze sygnały, że zagranicą wychodzi mnóstwo dobrych książek sportowych, a u nas w tym temacie jest słabo. Kiedy jeździłem do Anglii czy Włoch, zawsze przywoziłem ze sobą jakąś fascynującą książkę, którą „połykałem” w jeden bądź dwa wieczory. Myślałem sobie wtedy: „czemu u nas nie ma takich publikacji?”. SQN wyczuło idealnie moment wejścia na rynek i w tej chwili są faktycznie poziom wyżej od nas. Ale spokojnie – skoro Girona może wygrać na Camp Nou z Barceloną, my też możemy zaskoczyć. Tak jak w kolarstwie, z dalszych pozycji łatwiej atakować.

Ciągle wielu polskich piłkarzy/sportowców o ciekawych życiorysach i karierach, choćby Artur Boruc, nie ma swoich biografii. Planujecie w jakiś sposób ich namawiać na książkę w Arenie?

Rozmawiam już na ten temat z jednym z byłych reprezentantów Polski w piłce nożnej. Nazwiska nie będę jeszcze podawał, bo to dopiero luźne ustalenia. Z tego co wiem, Artur Boruc jest w dobrych stosunkach z Krzysztofem Stanowskim, podobnie jak Grzegorz Szamotulski i jego biografia pewnie wyjdzie pod egidą Weszło. Natomiast zrobiłem sobie listę byłych sportowców, nie tylko piłkarzy, z którymi chciałbym coś napisać. Są na niej także koszykarze, a nawet jeden siatkarz. W ciągu 2-3 miesięcy powinno się to wszystko wyjaśnić i podam konkrety.

Jaka książka sportowa zrobiła na tobie największe wrażenie?

Ostatnio najlepszą książką, jaką miałem w rękach, była „Spod zamarzniętych powiek” Adama Bieleckiego. Wiem, że nie wszyscy uznają himalaizm za sport. Opowieść naszego świetnego himalaisty napisana jest z wielkim sercem, nie ma tam owijania w bawełnę, żadnych poetyckich porównań, ale po prostu wartka akcja – są emocje, przeżycia, upadki, fiasko niektórych wypraw i słynna akcja z Broad Peak. Jeśli jednak miałbym wymienić coś z książek stricte sportowych… Hmm… Nie pokuszę się o konkretny tytuł.

A jaki prywatnie jest Tomasz Gawędzki? Co go zajmuje w życiu oprócz pracy w wydawnictwie Arena? Jakie ma plany na przyszłość, marzenia?

Prywatnie jestem mężem, tatą, od niedawna właśnie dyrektorem wydawnictwa Arena. Wcześniej byłem związany z Cracovią, z mediami – Onetem i krakowskim wydaniem „Gazety Wyborczej”. Marzyłem o napisaniu książki i udało mi się to jakiś czas temu. Chciałem je także wydawać i teraz mogę to robić. Mam jeszcze dwa marzenia – po pierwsze chciałbym kiedyś skomentować mecz piłkarski, a po drugie, napisać biografię Roberto Baggio. To mój idol z dzieciństwa, mundial Italia 1990 to pierwszy przeze mnie świadomie obejrzany. On wtedy wchodził do reprezentacji Włoch i dzięki niemu zafascynowałem się włoskim futbolem. Potem grał w Juventusie, któremu przez to do dziś kibicuję. W końcu podróż z nieba do piekła, czyli mistrzostwa świata w 1994 r. Baggio wciągnął wtedy Włochów za uszy do finału, a tam sam zawiódł. Byłem z tatą na meczu Juventusu i zobaczyłem go na żywo. Potem obserwowałem, jak pałeczkę po nim przejmuje Alessandro Del Piero, kolejny fenomenalny zawodnik. Dzisiaj tę wspaniałą tradycję numeru 10 w Juventusie kontynuuje Paulo Dybala. Jadę w tym roku do Włoch, aby zbierać materiały o Roberto Baggio. Nawiązałem już kontakty z klubami, w których grał i obiecali mi pomóc. To byłaby świetna sprawa, gdyby Polak napisał książkę o jednym z największych włoskich piłkarzy.

Niesamowita zwłaszcza jest historia kontuzji Roberto Baggio – przecież on jako nastolatek miał tak zniszczone kolano, że lekarze całkowicie odradzali mu uprawianie wyczynowego sportu. Sam przyznawał, że w sezonie grał maksymalnie 3-4 mecze, w których nic go nie bolało.

Zgadza się, był bardzo mocno eksploatowany jako junior i to się potem odbiło. U nas mamy analogiczną historię z Mirosławem Szymkowiakiem. W wieku 16-17 lat rozgrywał ponad 30 meczów ligowych w sezonie, do tego dochodziły puchary, kadra, a przecież brali go jeszcze na rozgrywki juniorskie w międzyczasie. Potem wszyscy się dziwili, czemu „Szymek” skończył granie w wieku 30 lat, ale fizjologii nie da się oszukać – nie miał już zdrowia. Roberto Baggio, mimo tej fatalnej kontuzji w wieku młodzieńczym, zrobił niesamowitą karierę. W wieku 19 lat właściwie mógł sobie już tylko kopać z kolegami na podwórku, a prawie został mistrzem świata.

Czekamy zatem z niecierpliwością i na tę książkę. Na koniec – czego można życzyć wydawnictwu Arena?

Grona odbiorców. Niektórzy ludzie z branży komentują, że planowane przez nas publikacje są bardzo odważne i ryzykowne, że nie ma na to „targetu” w Polsce. Nie wierzę im, bo skąd mogą wiedzieć, jeśli sami nie spróbowali? Pewnie zdarzą się nam też kiepskie książki, które nie będą „żarły”. Ale póki nie spróbujemy, nie będziemy tego wiedzieć.

Jedno wydawnictwo poszło w książki komercyjne i to się sprawdziło, my chcemy zbadać drugą stronę medalu. „Niezwykłe opowieści sportowe” mają być gwarantem wysokiej jakości. Chciałbym doprowadzić do sytuacji, że jeśli ktoś zobaczy ten logotyp na okładce, pomyśli sobie: „to na pewno świetna historia, biorę tę książkę w ciemno!”. Tego właśnie można nam życzyć na najbliższy czas.

ROZMAWIAŁ: BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Bartosz Bolesławski
O Bartosz Bolesławski 11 artykułów
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.