Jose Luis Chilavert – golkiper, który znalazł drogę do siatki

Chilavert

Stare i wyświechtane piłkarskie przysłowie mówi, że w drużynie najbardziej szalonymi zawodnikami są lewoskrzydłowy oraz bramkarz. To tylko stereotyp,  jednak bohater tego tekstu idealnie wpisuje się w to powiedzenie. Golkiper, który strzelił dziesiątki bramek z rzutów karnych i wolnych. Bójki na boisku, ogromna charyzma, kontrowersyjne wypowiedzi, a nawet wyroki sądowe. Przede wszystkim jednak wspaniałe umiejętności gry między słupkami. Jose Luis Chilavert to bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci piłkarskich boisk lat dziewięćdziesiątych.

Bramkostrzelny El Bulldog

803 spotkania w karierze, 67 zdobytych bramek. To wcale nie są statystki gracza z pola. Właśnie tak przedstawia się rekord strzelecki Jose Luisa Chilaverta. Ta niesamowita statystyka wiele mówi o Paragwajczyku. Atomowe uderzenie z lewej nogi stało się jego prawdziwym znakiem firmowym. Obraz Chilaverta jako skutecznego egzekutora rzutów karnych oraz wolnych jest mocno wpisany w pamięć kibiców. Choć nigdy nie zrobił zawrotnej kariery w Europie, to wymieniany jest jednym tchem wśród najlepszych golkiperów końca XX wieku.

DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU!

Charyzmatyczny bramkarz swoją ogromną popularność zawdzięcza również, a może i przede wszystkim, swojemu niepokornemu charakterowi. Przydomek El Bulldog zdaje się idealnie pasować do Paragwajczyka – nie tylko ze względu na jego bezkompromisowe zachowania w trakcie kariery. Agresja, krzyki oraz nieprzyjazny wyraz twarzy w połączeniu z sylwetką, którą ciężko byłoby określić jako fit, dawał całkiem jasne skojarzenie z tą rasą psów.

Pewien wyczyn Chilaverta przeszedł do historii i zapisał się w księdze rekordów Guinnessa. Jest on bowiem do tej pory jedynym bramkarzem, który ma na swoim koncie hat-trick. W 1999 r., w spotkaniu przeciwko Ferro Carril Oeste wykorzystał wszystkie trzy jedenastki:

Fenomen Paragwajczyka znakomicie opisał Grzegorz Szamotulski w swoich wspomnieniach w książce „Szamo”:

Raz jeden, pamiętam, dostałem cztery sztuki w Paragwaju. Końcówka meczu, rzut wolny, nagle cały stadion zaczyna krzyczeć: „Chilavert, Chilavert!”. Co jest grane? Jaki, do diabła, Chilavert? Patrzę z przerażeniem, bo ten wielki niedźwiedź biegnie przez całe boisko, żeby upokorzyć mnie doszczętnie. Rzadko się modlę na boisku, ale wtedy się pomodliłem: „Dobry Boże, niech się dzieje co chce, ale niech ten grubas mi nie strzeli. Mogę jutro skończyć karierę, ale nie w taki sposób”. Gorąco jak w piekle. Pogoda w sam raz, by spalić się ze wstydu. Chilavert – szalony bramkarz drużyny przeciwnej – podszedł do piłki, sapiąc jak wielki zwierz. Spojrzał na mnie bez cienia współczucia. I kopnął. Centymetr obok słupka, na szczęście z niewłaściwej stro​ny. Mo​dli​twy zo​sta​ły wy​słu​cha​ne.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…