Diego Maradona? Mamy Lajosa!

N ajlepsza jedenastka wszech czasów węgierskiego futbolu mogłaby właściwie składać się tylko z graczy „Złotej Jedenastki”, która w latach 50. najpierw dominowała w światowym futbolu, by wreszcie w pamiętnym finale mistrzostw świata przegrać w Bernie z Niemcami. Nie oznacza to jednak, że później Madziarom brakowało piłkarzy klasy światowej. Jeszcze w 1967 roku po Złotą Piłkę sięgnął Florian Albert, który jednak nigdy nie wyściubił nosa poza ligę węgierską. W zasadzie nigdy nie ruszył się nawet ze stołecznego Ferencvarosu. W latach 80. transferowe rekordy bił inny Węgier – Lajos Detari.

Dziś to nie do pomyślenia, że Eintracht Frankfurt bije rekord transferowy Bundesligi, kupując piłkarza z ligi węgierskiej. Trzeba jednak przyznać, że Lajos Detari w swoich ostatnich trzech sezonach w Honvedzie Budapeszt zdecydowanie przerastał rozgrywki, w których grał. W latach 1985-87 zdobył dwa mistrzostwa kraju i raz triumfował w krajowym pucharze. Do tego dołożył trzy korony króla strzelców ligi węgierskiej, a trzeba pamiętać, że mówimy o nominalnym pomocniku. Pojechał też oczywiście na Mistrzostwa Świata w 1986 roku, choć akurat meksykańskiego mundialu Detari do szczególnie udanych nie może. Węgrzy zebrali łomot od Francji (0:3) i – co gorsza – od Związku Radzieckiego (0:6). Udało się pokonać 2:0 tylko jeszcze słabszą reprezentację Kanady, a jedną z bramek w tym meczu zdobył Lajos Detari i do dziś pozostaje autorem ostatniej bramki dla Węgrów na MŚ.

Podobnie jak w Polsce, tak i na Węgrzech komunistyczne władze zgodę na zagraniczne transfery wydawały tylko piłkarzom, którzy ukończyli już 30. rok życia. W obliczu zbliżających się zmian politycznych w Europie Wschodniej i słabej postawy reprezentacji Węgier na MŚ, Ministerstwo Sportu na Węgrzech nieco zliberalizowało swoją politykę, dzięki czemu 24-letni Lajos Detari mógł wyruszyć na wymarzony zachód. Nie wszystko zależało jednak od niego. Jak sam przyznaje, podpisał już wstępne umowy z Barceloną i Monaco, ale wskutek politycznej decyzji trafił do średniaka Bundesligi – Eintrachtu Frankfurt. W dwóch ostatnich sezonach przed przyjściem Detariego zespół z Waldstadion zajmował w lidze 15. miejsce – ostatnie bezpieczne. Kluczową rolę przy transferze odegrał skarbnik Eintrachtu Wolfgang Knispel, który podobno pił tokaja z węgierskimi działaczami i z każdą opróżnioną butelką zbijał cenę o sto tysięcy marek. Mimo to 3,6 milion marek było w 1987 roku najwyższą sumą, jaką jakikolwiek niemiecki klub zapłacił za piłkarza.

W momencie przyjścia Detariego Eintracht był klubem, który wciąż miał w pamięci wywalczony w 1980 roku Puchar UEFA, ale w Bundeslidze od kilku dobrych sezonów kończył rozgrywki w dolnej połówce tabeli. Już wtedy żyjącą legendą Eintracht był Karl-Heinz Körbel – obrońca, który rozegrał rekordowe 602 mecze w Bundeslidze. Obok niego w drużynie prowadzonej przez Karl-Heinza Feldkampa występowali również tacy zawodnicy jak Uli Stein, Manfred Binz czy młody Andreas Möller, a jedynymi obcokrajowcami w drużynie byli Polacy – Włodzimierz Smolarek i Janusz Turowski. Początki w Niemczech nie były dla węgierskiego playmakera łatwe. Brak znajomości ligi i języka sprawiły, że w pierwszych piętnastu kolejkach strzelił tylko jedną bramkę. Mało jak na zawodnika, który z miejsca miał rozpocząć marsz Eintrachtu w górę tabeli. Jakby tego mało Detari nie był z początku ulubieńcem kolegów z drużyny. Jako jeden z pierwszych piłkarzy Bundesligi grał w kolorowych butach (Puma przygotowała dla niego korki w węgierskich barwach narodowych), co było powodem szydery na treningach. Na domiar złego nowy zawodnik nie gryzł się w język, wypowiadając się dla prasy. Gdy po głupio straconym golu z Bayernem powiedział w wywiadzie, że zachowali się jak amatorzy, następnego dnia w gazecie przeczytać można było:

Detari obraża kolegów z drużyny: jesteście amatorami!

Dopiero zimą Detari odnalazł swoją dawną formę, a pomogły w tym bardzo popularne w tym czasie w Niemczech… turnieje halowe, w których błyszczał razem z Włodzimierzem Smolarkiem. „Ja byłem królem strzelców, a on najlepszym technikiem na halowych zawodach piłkarskich” – opowiadał w swojej biografii „Smolar”. Detari szybko nauczył się języka, mógł poczuć się częścią drużyny i wreszcie rozstrzelał się na dobre. Został najlepszym strzelcem drużyny, strzelając we wszystkich rozgrywkach czternaście bramek, w tym tę najważniejszą – na 1:0 w finale Pucharu Niemiec z VfL Bochum. Eintracht sięgnął po upragnione trofeum (swoją na drogą na kolejne czekał trzydzieści lat, aż do triumfu drużyny Niko Kovaca w 2018 roku, również w Pucharze Niemiec), a kibice klubu z Frankfurtu wywiesili na trybunach flagę z napisem „Diego? Mamy Lajosa!”.

Z okazji zdobycia Pucharu Niemiec odbyła się oczywiście wielka feta. Detariego od razu wyłapał Georgios Koskotas – prezydent Olympiakosu Pireus. „Jestem w 100% pewien, że będziesz moim graczem” – oznajmił i przeszedł do negocjacji z klubem. Koskotas był na tyle zdeterminowany, że zaoferował za najlepszego gracza Eintrachtu osiemnaście milionów marek – takiej oferty Niemcy odrzucić nie mogli. Za podobne pieniądze przeszedł rok wcześniej Ruud Gullit z PSV do Milanu, bijąc tym samym transferowy rekord świata, a nieco mniej kosztował sprowadzony w 1984 roku do Napoli Diego Maradona. Eintracht musiał co prawda podzielić się kasą z węgierskim związkiem piłkarskim, ale i tak zarobione pieniądze pomogły mu podreperować nieco podupadłe finanse. Podobnie jak i przed transferem do Niemiec, tak i tym razem Detari nie miał wiele do powiedzenia w kwestii transferu. Podpisał już wstępną umowę z Juventusem, ale ostatnie słowo należało do węgierskiej federacji. Koskotas dawał więcej, więc Detari został oddelegowany do Grecji. A sam prezydent Olympiakosu wkrótce po przeprowadzeniu transferu uciekł do USA, po tym jak okazało się, że nie wszystkie jego interesy były czyste jak łza.

Detari w Grecji witany był jak król – zaraz po przyjeździe, w drodze na stadion jego transfer świętowało 50 000 ludzi. O fanatyzmie greckich kibiców krążą legendy i nie inaczej w tym temacie wypowiada się Detari:

W Niemczech rzadko kiedy zdarzało mi się grać przed więcej niż 25 000 ludzi. Kiedy graliśmy Stadionie Olimpijskim w Atenach, na mecz przychodziło nawet 80 000 ludzi! Po meczach musieliśmy czekać dwie-trzy godziny w szatni, bo na zewnątrz kibice zablokowali wszystkie drogi. Kiedy przegrywaliśmy zostawaliśmy nawet siedem do ośmiu godzin – ze strachu

Sam pobyt w Grecji ze sportowego punktu widzenia był dość udany, choć do pełni szczęścia zabrakło mistrzostwa Grecji – w rozgrywkach Alpha Ethniki lepsze okazały się najpierw AEK, a potem Panathinaikos. Na pocieszenie udało mu się zdobyć krajowy puchar.

Po dwuletnim pobycie w Pireusie ponownie pojawiła się szansa transferu do wymarzonego Juventusu. Ze „Starą Damą” Detari pojechał nawet na przedsezonowe tournée do USA, ale ostatecznie do Turynu nie trafił. Na przeszkodzie stanęło ograniczenie liczby obcokrajowców do trzech dla klubów Serie A. Po Węgra zgłosiła się tylko przeciętna Bologna. Przygody z „rossoblu” Węgier do udanych zaliczyć jednak nie może. Nie reprezentował już tego poziomu, co w Niemczech i Grecji, a Bologna w 1991 roku spadła z ligi. Później Detari grał jeszcze w mniejszych klubach we Włoszech, Austrii, Szwajcarii i w swojej ojczyźnie.

Czy Lajos Detari zrobił karierę na miarę swojego talentu? Pewnie gdyby urodził się dziesięć lat później, sam mógłby decydować o tym, w jakim klubie chce grać. Wówczas w jego piłkarskim CV pojawiłyby się nieco większe kluby, niż Eintracht, Olympiakos i Bologna. Z drugiej strony należy pamiętać, że przez lata komunizmu zagraniczna kariera była dla węgierskich piłkarzy tylko marzeniem, a Detari wyjechał z kraju już w wieku 24 lat. W latach 80. węgierska prasa nazwała go nawet najlepszym piłkarzem w kraju od czasów Ferenca Puskasa i Nandora Hidegkutiego. Gorzej, że na piłkarzy tej klasy Węgrzy wciąż muszą czekać.

TOMASZ KRUSZONA

#wspieramretro
Jesteśmy niczym Corinthians - przesiąknięci romantycznym futbolem, który narodził się z czystej pasji i chęci rywalizacji, nie zysku. Kochamy piłkę nożną. To ona wypełnia nasze nozdrza, płuca i wszystkie komórki naszego ciała. To ona definiuje nas takimi, jakimi jesteśmy. Futbol nie jest naszym sposobem na życie. Jest jego częścią. Jeżeli myślisz podobnie to już znaleźliśmy wspólny język. Istniejemy od 2014 roku. e-mail: rekrutacja@rfbl.pl lub marketing@rfbl.pl