Wielka Barca i bezradne United. Finał Ligi Mistrzów 2011

28 maja 2011 na stadionie Wembley spotkały się dwie drużyny, o których śmiało można powiedzieć, że zdominowały europejskie rozgrywki w ciągu ostatnich paru lat. Dla Manchesteru United był to trzeci finał Ligi Mistrzów na przestrzeni czterech sezonów, a dla Barcelony – drugi pod wodzą Pepa Guardioli. Dziś, jeden dzień przed starciem Manchesteru City z Chelsea, przypominamy ostatni występ zespołu Katalończyka na tym etapie Champions League.

Włoska robota

Oczywiście nie był to pierwszy raz, gdy Barcelona starła się z Manchesterem United na arenie europejskiej. Jednym z ich najbardziej klasycznych spotkań jest to z 1991 roku, kiedy obie drużyny zmierzyły się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Po dwóch golach Marka Hughesa ekipa Aleksa Fergusona pokonała wówczas Dream Team Johana Cruyffa. W XXI wieku kibice Czerwonych Diabłów najlepiej wspominają mecz na Old Trafford z 2008 roku, podczas którego Paul Scholes zerwał pajęczynę w bramce strzeżonej przez Victora Valdesa, gospodarze wygrali 1:0, a kilka tygodni później sięgnęli po trofeum, pokonując w Moskwie Chelsea po serii rzutów karnych. 

Rok później wszyscy ludzie związani z czerwoną stroną Manchesteru marzyli o powtórzeniu tego wyczynu. Trzeba przyznać, że mieli ku temu solidne podstawy – mimo nieco wymęczonego zwycięstwa w ćwierćfinale z FC Porto, Anglicy wcześniej w świetny sposób poradzili sobie z Interem Mediolan (prowadzonym przez Mourinho), a następnie rozbili Arsenal w półfinale. Mieli tak naprawdę tylko jeden problem – nazywał się on Barcelona.

Sezon 2008/09 był debiutanckim Pepa Guardioli. Katalończyk swoje panowanie w klubie rozpoczął od trzęsienia ziemi – pozbył się z drużyny Ronaldinho oraz Deco, czyli zawodników, którzy odegrali ogromną rolę w wywalczeniu ostatniego Pucharu Mistrzów (2006 rok). Później zespół pod jego wodzą szedł jak burza przez kolejne rozgrywki, wygrywając La Ligę oraz Puchar Króla. Pokonanie w finale Ligi Mistrzów Manchesteru oznaczałoby, że zostaliby pierwszą hiszpańską ekipą w historii, która sięgnęła po Potrójną Koronę.

To, co wydarzyło się później w Rzymie, wie już każdy – dobry początek w wykonaniu United, następnie kluczowa zmiana pozycji Leo Messiego oraz Samuela Eto’o, która dała Barcelonie pierwszego gola. Druga połowa spotkania przebiegała pod znakiem rozpaczliwych ataków Anglików, na co Katalończycy odpowiedzieli drugim trafieniem, słynnym uderzeniem głową Messiego. W taki sposób narodziła się legenda Guardioli. Mimo że przed spotkaniem to Manchester uznawany był za faworytów, nie był w stanie zagrozić rywalom. Sir Alex Ferguson obiecał wówczas sobie, że pokona swojego młodszego kolegę po fachu przy kolejnej sposobności. Szkot był nawet gotowy grać rewanż następnego dnia.

PRZECZYTAJ TEŻ:

Faza grupowa – okrążenie rozgrzewkowe

Zanim jednak los ponownie połączył oba zespoły w kolejnym finale, zarówno United, jak i Barca zanotowały rozczarowującą edycję Ligi Mistrzów w sezonie 2009/10. Manchester, osłabiony odejściem Cristiano Ronaldo do Realu Madryt, w dramatycznych okolicznościach odpadł w ćwierćfinale z Bayernem Monachium. Katalończycy z kolei, w okolicznościach może nie tyle dramatycznych, co na pewno kontrowersyjnych, zostali pokonani w półfinale przez Inter Mediolan, którym z ławki rezerwowych dowodził Mourinho. Portugalczyk następnie poprowadził swój klub do wygranej nad Bayernem w madryckim finale.

Oba kluby do kolejnego sezonu w Europie podchodziły zatem z podrażnioną dumą, choć trudno było w przypadku United upatrywać w nich głównych faworytów do zgarnięcia głównej nagrody. Barcelona pod batutą Guardioli wciąż grała najpiękniejszą piłkę na Starym Kontynencie, czego potwierdzeniem były trzy mistrzostwa Hiszpanii w latach 2009 – 2011. Bayern pod wodzą Louisa Van Gaala myślał o powtórzeniu osiągniecia sprzed roku i awansu do finału, a marzeń o europejskich triumfie nie porzucała też Chelsea z Carlo Ancelottim na ławce. Przy stole pojawił się także nowy gracz – Real Madryt, który dosyć miał już upokorzeń na międzynarodowej arenie i zdecydował się na zatrudnienie Mourinho.

Faza grupowa rozgrywek pokazała jednak, że Manchester również należy traktować poważnie. Co prawda nie wylosowali zbyt wymagającej grupy (Valencia, Rangersi oraz Bursaspor), ale zajęli w niej pierwsze miejsce, nie ponosząc żadnej porażki i tracąc zaledwie jednego gola.

Niemal identyczną sytuację na tym etapie miała Barca – nie przegrała żadnego spotkania i z dorobkiem czternastu punktów zajęła pierwsze miejsce, wyprzedzając Kopenhagę, Panathinaikos oraz Rubin Kazań. Jak to zatem bywało w ostatnich latach, faza grupowa okazała się mało wymagającą rozgrzewką dla obu klubów.

Faza pucharowa – pierwsze kolizje

Losowanie w 1/8 finału okazało się łaskawe dla Manchesteru, przynajmniej w teorii. Trafili na Olympique Marsylię prowadzoną przez Didiera Deschampsa, która co prawda kilka miesięcy wcześniej wygrała krajowy tytuł, ale trudno było jednak uważać ją za europejski top – mimo że w swoich szeregach miała takich zawodników jak Andre-Pierre Gignac, Steve Mandanda, Loic Remy, Cesar Aziplicueta, Mathieu Valbuena czy bracia Jordan i Andre Ayew. Po bezbramkowym remisie we Francji, dwie bramki Chicharito na Old Trafford dały awans Czerwonym Diabłom.

Barcelona miała zdecydowanie mniej szczęścia, bo trafiła na Arsenal, który niespodziewanie musiał uznać w grupie wyższość Szachtara Donieck. Był to prawdopodobnie ostatni wielki dwumecz drużyny Arsene’a Wengera na europejskiej arenie. W pierwszym spotkaniu w Londynie gości objęli prowadzenie, ale gospodarze w końcówce zadali dwa śmiertelne ciosy i po golach Robina Van Persiego oraz Andrieja Arszawina wygrali. W rewanżu Barca długo waliła głową w mur, aż w końcu w trzeciej minucie doliczonego czasu gry do pierwszej połowy Messi zdobył upragnioną bramkę. Arsenal nie złożył jednak broni i zaraz po przerwie wyrównał stan spotkania dzięki samobójczemu trafieniu Sergio Busquetsa. Po chwili sędzia podjął kontrowersyjną decyzją, która miała wpływ na przebieg dalszych losów rywalizacji – mający na swoim koncie żółtą kartkę Van Persie kopnął piłkę zaraz po gwizdku, od razu tłumacząc się, że nie słyszał go w gwarze panującym na Camp Nou. Arbiter nie miał litości – pokazał mu drugę kartkę i wyrzucił go z boiska. Barcelona wykorzystała grę w przewadze i dołożyła rywalom jeszcze dwa gole, dzięki czemu awansowała do kolejnej rundy.

Ćwierćfinał nie był dla niej wielkim wyzwaniem – trafiła na wspomniany wcześniej Szachtar. Drużyna Guardioli załatwiła sprawę już podczas pierwszego spotkania na Camp Nou, gdzie wbiła rywalom pięć bramek. W rewanżu wystarczyło jej skromne zwycięstwo po strzale Messiego.

Zdecydowanie bardziej napocić musieli się piłkarze sir Aleksa Fergusona, którzy zmierzyli się z londyńską Chelsea. Gol Wayne’a Rooneya zapewnił im z dawna oczekiwane zwycięstwo na Stamford Bridge. W rewanżu niezawodny Chicharito zdobył bramkę tuż przed przerwą. Z każdą minutą wydawało się, że gospodarze dowiozą spokojnie prowadzenie do ostatniego gwizdka. Niecały kwadrans przed końcem jednak Didier Drogba efektownym uderzeniem dał remis swojej drużynie. W tamtym momencie do awansu The Blues potrzebowali jeszcze tylko jednego gola. I gol padł już po upływie niecałej minuty… ale dla United – Park Ji-Sung strzałem w długi róg nie dał żadnych szans Petrowi Cechowi. Czerwone Diabły grały dalej.

W półfinałach oba zespoły ponownie zamieniły się rolami – Manchester toczył bój z, dosyć niespodziewanie, Schalke 04, natomiast Barcelona rywalizowała ze swoim odwiecznym rywalem, czyli Realem Madryt. Wielu ekspertów liczyło, że El Classico zostanie rozegrane dopiero w finale, jednak w tej edycji nie było im to dane. O tym dwumeczu możecie poczytać więcej w tekście, który pojawił się na naszej stronie parę dni temu. Z kronikarskiego obowiązku zaznaczymy jednak, że Barca, m.in. dzięki indywidualnego akcji Messiego, zameldowała się w finale. United, który sprawy załatwił zwycięstwem 2:0 w pierwszym starciu, czekało na zemstę za klęskę w Rzymie.

Przegląd wojsk

Oba kluby przed finałem na Wembley zapewniły sobie ligowe tytuły w swoich krajach – Manchester wyprzedził o dziewięć punktów Chelsea, natomiast Katalończycy na finiszu okazali się lepsi od Realu pod wodzą Mourinho. Dzięki temu obaj trenerzy mogli dać odpocząć swoim kluczowym zawodnikom. Barcelona, która puchar zaklepała sobie trzy tygodnie przed finałem Ligi Mistrzów, oszczędzała m.in. Davida Villę – rozgrywającego swój debiutancki sezon na Camp Nou. „Przystąpił do finału w świetnej formie, uwierz mi, David” – miał mu powtarzać przez kolejne dni Guardiola.

Zanim jednak doszło do decydującego starcia, Barcelona miała przeżyć niezbyt miłe deja vu. Rok wcześniej jej przygotowania do półfinałowego dwumeczu z Interem zakłóciła chmura pyłu wydzielająca się z islandzkiego wulkanu – doprowadziła ona do wstrzymania na jakichś czas ruchu powietrznego w Europie i zmusiła mistrzów Hiszpanii do podróżowania na spotkanie autokarem. Aby uniknąć powtórki z rozrywki, klub zdecydował się na przyspieszenie lotu i wylądowanie w Anglii dwa dni wcześniej.

Jeśli chodzi o sytuacje kadrowe, to oba zespoły przystępowały do meczu niemal w najmocniejszych zestawieniach. Zwłaszcza Barca, która miała tak bardzo ucierpieć w tej kwestii podczas finału w Rzymie (brak Daniego Alvesa, Rafaela Marqueza oraz Erica Abidala), tym razem nie miała problemów z kontuzjami i kwestiami dyscyplinarnymi. Na końcówkę sezonu do zdrowia powracał także Abidal, który w tamtym czasie musiał przejść operację usunięcia guza wątroby. Została ona przeprowadzona w marcu, a już pod koniec maja był w stanie wybiec na murawę w pierwszym składzie podczas finału Ligi Mistrzów. Małym zaskoczeniem w przypadku Barcelony była obecność tylko na ławce rezerwowych Carlesa Puyola, dręczonego przez uraz kolana – Guardiola postawił w środku obrony na parę Gerard Pique-Javier Marscherano. Za sznurki w pomocy pociągać mieli Busquets, Xavi oraz Andres Iniesta, a w ataku siłę rażenia dawać mieli Messi, Villa oraz Pedro.

Jeśli chodzi o United, to sir Alex Ferguson mógł mieć wątpliwości przede wszystkim co do obsadzenia prawej strony obrony – w meczu nie mógł wystąpić Rafael, a Chris Smalling wydawał się zbyt mało ruchliwy jak na możliwości rywala. Z tego względu Szkot wystawił tam drugiego z braci, Fabio, dla którego był to zaledwie piąty mecz w wyjściowym składzie. Na ławce rezerwowych zasiadł min. Darren Fletcher – wielki nieobecny finału sprzed dwóch lat, który zdaniem Fergusona mógł w tamten wieczór odegrać kluczową rolę w angielskim zespole. Zamiast niego od pierwszej minuty w środku pola wybiegli Ryan Giggs oraz Michael Carrick. Największym zaskoczeniem był jednak brak nie tylko w wyjściowym składzie, ale w ogóle w kadrze meczowej Dimitara Berbatova – napastnika, który kilka dni wcześniej odebrał nagrodę dla króla strzelców Premier League. Z tej decyzji Ferguson tłumaczył się po latach w swojej autobiografii, wyjaśniając, że w przypadku gonienia wyniku i tak wpuściłby na plac Michaela Owena, natomiast, gdyby trzeba było bronić korzystnego rezultatu – powolny styl Bułgara niewiele mógłby pomóc. Za szybkie ataki Anglików odpowiadać mieli Chicharito, Rooney, Park oraz Antonio Valencia.

Był to szósty raz, kiedy finał Pucharu Mistrzów rozgrywany był na stadionie Wembley. Ostatni raz londyński obiekt był gospodarzem w 1992 roku, kiedy po trofeum sięgnęła… Barcelona, pokonując po dogrywce włoską Sampdorię. W porównaniu do tamtego dnia, na zmodernizowanym Wembley w maju 2011 roku usiadło ponad siedemnaście tysięcy kibiców więcej. Sędzią głównym starcia United z Barceloną był Węgier Viktor Kassai.

Pierwsza połowa – remis ze wskazaniem

W porównaniu do 2009 roku, tym razem to mistrz Hiszpanii był zdecydowanym faworytem. Manchester zdawał sobie sprawę z tego, że będzie musiał się zaprezentować o wiele lepiej niż dwa lata wcześniej. Anglicy od pierwszych minut ruszyli do intensywnego pressingu, czego efektem było stworzenie pierwszej okazji dla Chicharito – choć Meksykanin znajdował się na pozycji spalonej, to sygnał ostrzegawczy w stronę Barcelony został wysłany. Początek spotkania pokazał też, że mecz będzie wyglądał mniej więcej tak, jak sobie każdy to wyobrażał przed jego rozpoczęciem – zespół Guardioli będzie długo utrzymywał się przy piłce, a United swoich szans będzie szukać w szybkich atakach i piłkach zagrywanych za plecy obrońców Dumy Katalonii. Jedno z takich podań, posłanych przez Edwina Van der Sara, omal nie dotarło do Rooneya, którego jednak w ostatniej chwili uprzedził wychodzący z bramki Victor Valdes.

Zaraz po tych mikroszansach dla Manchesteru Guardiola zarządził dwie korekty, które miały okazać się kluczowe dla dalszych losów finału. Najpierw nakazał cofać się Xaviemu głębiej po piłkę, dzięki czemu znajdował się przy niej częściej i miał zdecydowanie więcej miejsca niż w pierwszej fazie meczu. Żeby jeszcze bardziej utrudnić zadanie rywalom, swoją pozycję obniżył również Messi, który miał szukać sobie wolnych stref pomiędzy liniami pomocy i obrony zawodników Fergusona. Dla Rio Ferdinanda oraz Nemanji Vidica, którzy lepiej czuli się we własnym polu karnym niż na trzydziestym metrze od bramki, był to twardy orzech do zgryzienia.

Te dwie korekty pozwoliły Barcelonie stopniowo przejmować kontrolę nad spotkaniem, a co za tym szło – stwarzać coraz więcej sytuacji podbramkowych. Groźne strzały oddali Villa oraz Pedro, ale były albo niecelne, albo na ich drodze stawał Van der Sar. W końcu jednak angielski mur został skruszony – Xavi obsłużył Pedro świetnym podaniem zewnętrzną częścią stopy, a ten przyjęciem przygotował sobie od razu piłkę do uderzenia i posłał ją obok holenderskiego bramkarza, który spodziewał się strzału po dalszym słupku. Barcelona wyszła na prowadzenie i wydawało się, że United jest w poważnych kłopotach. Dosyć niespodziewanie jednak siedem minut później mieliśmy już remis. Ładną dwójkową akcję przeprowadzili Rooney z Giggsem, a ten pierwszy popisał się jeszcze efektowniejszym uderzeniem niemal w okienko bramki. Ze wszystkich goli strzelonych w barwach Czerwonych Diabłów, tamten mógł być najważniejszym w karierze Anglika. Warto odnotować także, że bramka teoretycznie nie powinna zostać uznana, gdyż Giggs, zanim zanotował asystę, znajdował się na spalonym. Tak czy inaczej, sędzia wskazał na środek boiska i kilka minut później zaprosił obie ekipy na przerwę, choć groźną sytuację zdążyła sobie wcześniej jeszcze stworzyć Barcelona, ale Messi minimalnie minął się z piłką w polu bramkowym mistrza Anglii.

Druga połowa – dominacja absolutna

Różne źródła podają, że w szatni Manchesteru po pierwszej połowie wrzało. Obrywało się zawodnikom przede wszystkim za nietrzymanie się założeń przedmeczowych – Czerwone Diabły miały jak najczęściej wrzucać piłkę w pole karne rywali, a także szukać swoich szans przy stałych fragmentach gry (zwłaszcza podczas rzutów rożnych – co ciekawe, w czasie całego finału nie wywalczyli ani jednego…).

Druga połowa rozpoczęła się podobnie jak pierwsza. Najpierw, dosyć nieśmiało, United znalazło się pod bramką przeciwników, ale z każdą minutą dominacja Barcelony zaczęła rosnąć. W 52 minucie dało o sobie znać przesunięcie Messiego na pozycję fałszywej „dziewiątki” – przyjął piłkę, następnie podprowadził ją w okolice dwudziestego metra i zdecydował się na uderzenie na bramkę. Strzał nie był idealny, ale złe ustawienie Van der Sara między słupkami sprawiło, że piłka wpadła do siatki. Barca ponownie objęła prowadzenie, ale tym razem nie zamierzała go już tak łatwo oddać.

Nieco ponad kwadrans później, po kolejnym ataku, Katalończycy wywalczyli rzut rożny. Zanim jednak doszło do jego wykonania, Ferguson zmuszony został do zmiany kontuzjowanego Fabio – wpuścił w jego miejsce Naniego, co oznaczało, że pozycję prawego obrońcy zajmie Valencia. Nie upłynęła nawet minuta, a Barcelona zdobyła trzeciego gola. Mistrzowie Anglii nieudolnie próbowali wybić piłkę z własnego pola karnego, ta trafiła pod nogi Busquetsa, który następnie wycofał ją do Villi. Były napastnik Valencii w futsalowym stylu przyjął ją podeszwą, by od razu po tym oddać piękny, techniczny strzał w samo okienko bramki Van der Sara. W tym momencie finał był już rozstrzygnięty.

Wartym odnotowania wydarzeniem z dalszej fazy meczu jest jeszcze tylko wejście na murawę Paula Scholesa na kwadrans przed końcem, dla którego miał to być ostatni występ w karierze. Po końcowym gwizdku kilku zawodników Barcelony, w tym Iniesta oraz Xavi, chciało wymienić się z nim koszulkami. Rudowłosy pomocnik trzy dni później ogłosił oficjalnie, że zawiesza buty na kołku.  

Podsumowanie

Barcelona sięgnęła po swój czwarty Puchar Mistrzów w historii i drugi pod wodzą Guardioli. Dla Fergusona z kolei był to drugi przegrany finał – obie porażki poniósł w starciach z drużyną Pepa. Dla szkockiego menedżera było to tak naprawdę ostatnie tchnienie na europejskiej arenie – rok później United sensacyjnie odpadło już w fazie grupowej, a w kolejnym sezonie, w dosyć kontrowersyjnych okolicznościach, odpadli na etapie 1/8 finału z Realem Madryt.

Jeśli chodzi zaś o Barcelonę, to swój wyczyn powtórzyła stosunkowo szybko, bo cztery lata później, pod wodzą Luisa Enrique, pokonała w Berlinie Juventus 3:1 i sięgnęła po piąte trofeum. O wiele dłużej na swój kolejny finał musiał czekać sam Guardiola – do tej fazy rozgrywek awansował z Bayernem Monachium, a w Manchesterze City udało mu się to dopiero za piątym razem. Jutro rozegra swój najważniejszy mecz na ławce trenerskiej Obywateli z londyńską Chelsea.

Barcelona z lat 2009 – 2011 uważana jest przez wielu za najlepszą klubową drużynę w historii dyscypliny. Ta opinia ma oczywiście też swoich przeciwników, ale śmiało można zaryzykować tezę, że gdyby nie Guardiola, to Manchester United miałby na swoim koncie przynajmniej o jedno trofeum Ligi Mistrzów więcej – na pewno w 2009 roku nie było wątpliwości, że byli jedną z dwóch najlepszych ekip na kontynencie. Co do ich dyspozycji z sezonu opisywanego w tym tekście, to wydaje się, że zwłaszcza losowanie półfinałów przebiegło dla nich pomyślnie – można oczywiście tylko gdybać, ale mieliby ogromne problemy z przejściem Realu Madryt. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół Guardioli był najmocniejszym rywalem, z jakim przyszło rywalizować Fergusonowi, o czym wspominał w swojej autobiografii:

Barcelona to najlepsza drużyna, z jaką kiedykolwiek zmierzył się Manchester United podczas mojej pracy w klubie. Bez wątpienia najlepsza. Wnieśli do rywalizacji szczególną mentalność. (…) Drużyna Barcelony, która pokonała nas na Wembley w finale Ligi Mistrzów w 2011 roku, była lepsza niż ta, która zwyciężyła nas w Rzymie dwa lata wcześniej. Grupa z 2011 znajdowała się na samym szczycie swoich możliwości i wnosiła do gry wielką dojrzałość. W obu przypadkach musiałem się pogodzić z tym, że choć byliśmy naprawdę dobrym zespołem, trafiliśmy na drużynę, która poradziła sobie w finałach lepiej niż my.

28 maja 2011
FC Barcelona – Manchester United 3:1 (1:1)
Bramki: Pedro 27, Messi 54, Villa 69 – Rooney 34
Barcelona: Valdes – Dani Alves (Puyol 88), Pique, Mascherano, Abidal – Xavi, Busquets, Iniesta – Pedro (Afellay 90+2), Messi, Villa (Keita 86)
United: Van der Sar – Fabio (Nani 69) Ferdinand, Vidić, Evra – Valencia, Carrick (Scholes 77), Giggs, Park – Rooney, Chicharito

KUBA GODLEWSKI

Źródła
  • „Alex Ferguson. Autobiografia”, tłum. Krzysztof Skonieczny, Wydawnictwo Literackie, 2014.
  • Guillem Balague, „Pep Guardiola. Sztuka zwyciężania”, tłum. Piotr Czerniecki-Sochal, Wydawnictwo SQN, 2015.

Autor: Kuba Godlewski

Licencjat filologii polskiej. Początkujący trener. Kibic Manchesteru United i cichy wielbiciel czarnych koszul Diego Simeone.

Zobacz wszystkie wpisy autorstwa: Kuba Godlewski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *