Finał Ligi Mistrzów 2009 – pierwsze mgnienie trenerskiego geniuszu Pepa Guardioli

Barca na tronie, Barca w potrójnej koronie. Stało się to, na co czekali wszyscy fani Dumy Katalonii. Po wywalczonym dwa tygodnie wcześniej Mistrzostwie Hiszpanii oraz triumfie w finale Pucharu Króla przyszedł czas na finał Ligi Mistrzów. 27 maja 2009 roku na wypełnionym po brzegi Stadio Olimpico w Rzymie, piłkarze Barcelony udowodnili swą wyższość nad mistrzem Anglii Manchesterem United. Tym samym zdobyli trzecie trofeum w sezonie 2008/2009.

Przed pierwszym gwizdkiem

Tamten mecz był drugim w 17-letniej historii Ligi Mistrzów, a czwartym w ogóle w historii Pucharu Europy finałem rozgrywanym na tym stadionie. Jako rozjemcę tego spotkania UEFA wyznaczyła szwajcarskiego arbitra Massimo Busacce, dla którego był to drugi finał Ligi Mistrzów, jaki przyszło mu sędziować (w 2002 roku prowadził spotkanie Realu Madryt z Bayerem Leverkusen).

Zespoły zaczęły w następujących składach:

FC Barcelona:Víctor Valdés, Carles Puyol, Yaya Touré, Gerard Piqué, Sylvinho, Xavi, Sergio Busquets, Andrés Iniesta, Leo Messi, Samuel Eto’o, Thierry Henry     

Manchester United: Edwin van der Sar, John O’Shea, Rio Ferdinand, Nemanja Vidić, Patrice Evra, Anderson, Michael Carrick, Ryan Giggs, Park Ji-sung, Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney

Obie ekipy zaskoczyły ustawieniem. Wiadomo było, że trener Barcy Josep Guardiola może mieć kłopoty z zestawieniem defensywy, ale najbardziej zaskakujące dla wszystkich było wystawienie na środku ataku Lionela Messiego. To samo tyczy się Manchesteru, w którym od początku spotkania na szpicy zagrał Cristino Ronaldo. Co ciekawe było to dopiero trzecie spotkanie, w którym ci dwaj panowie stanęli naprzeciw siebie. Poprzednie dwa, to były mecze półfinałowe Ligi Mistrzów rozegrane sezon wcześniej. Wtedy w dwumeczu padła jedna, jedyna bramka, którą w rewanżu na Old Trafford strzelił Paul Scholes, dzięki czemu do finału awansowali gracze z Manchesteru. Czerwone Diabły ostatecznie wygrały tamtą edycję LM, pokonując w rzutach karnych londyńską Chelsea.

Mecz

Tak więc dwie już wtedy największe gwiazdy światowej piłki, gracze, których pojedynek miał być dodatkowym smaczkiem tego finału, zawodnicy uniwersalni jednakże na co dzień grający jako skrzydłowi, mieli pełnić funkcje egzekutorów i wykańczać akcje kolegów. Jak się potem miało okazać, było to trochę złudne. Od początku do ataku ruszył Manchester, zyskując optyczną przewagę w pierwszych minutach gry. Red Devils mogli nawet objąć prowadzenie, po strzale z rzutu wolnego wspomnianego Ronaldo, ale bramkarz Barcy Victor Valdes z trudem odbił strzał Portugalczyka, a resztę załatwili obrońcy. W 10. minucie Barcelona przeprowadziła właściwie pierwszą składną akcję. Jak się okazało, była to zabójcza kontra. Messi ze środka pola obsłużył wbiegającego prawym skrzydłem Samuela Eto’o, ten wpakował się pomiędzy trzech obrońców i sprytnym, mocnym strzałem w krótki róg zdobył gola. Od tego momentu Barca kontrolowała przebieg wydarzeń na boisku. Piłkarze United grali natomiast momentami tak jakby dostali obuchem w głowę, nie mogąc się otrząsnąć po otrzymanym ciosie.

Obraz gry w drugiej połowie niewiele się zmienił. Tym razem od samego początku zaatakowała Duma Katalonii, tworząc sobie kilka dogodnych sytuacji. Po jednej z nich Thierry Henry mógł podwyższyć wynik meczu. Udało się to jednak dopiero w 70. minucie, kiedy to Xavi Hernandez – architekt gry ofensywnej Barcelony – z niewiarygodną precyzją wrzucił piłkę z prawej strony boiska w pole karne Manchesteru. Tam dopadł do niej Lionel Messi, który zawisł na chwilę w powietrzu niczym Michael „Air” Jordan za najlepszych lat i skierował piłkę do siatki rywala. Bezradny Edwin van der Sar odprowadził tylko futbolówkę wzrokiem. Najniższy obok Xaviego gracz na boisku wykorzystał lukę pomiędzy dwoma „wieżami” obrony United – Johnem O’Shea i Rio Ferdinandem –  ośmieszając ich strzałem głową.

Asystujący przy tym golu Xavi, był niewątpliwie najlepszym zawodnikiem tego spotkania. Jak zwykle świetnie spisywał się zarówno w ofensywie jak i w defensywie. Mało tego – niewiele brakowało, by sam wpisał się na listę strzelców, kiedy to piłka po jego strzale z rzutu wolnego odbiła się od słupka. W sukurs partnerowi z drugiej linii szedł Andres Iniesta, który odbierał, kreował i kiwał, jakby w czasie tego meczu piłka była przyklejona do jego stopy. Przydarzyła mu się tylko jedna akcja w ofensywie, przy której stracił piłkę. Przyzwoite spotkanie zagrał również wspomniany wcześniej Francuz Thierry Henry, który po przegranym finale Arsenalu z Barceloną w 2006 roku odszedł z londyńskiego klubu do Blaugrany właśnie po to, by wreszcie móc wygrać Champions League. Na wielkie brawa zasłużył również kapitan Blaugrany Carles Puyol, który z konieczności zagrał na prawej obronie. Walczył jak gladiator, był wszędzie i również on miał szanse pokonać van der Sara, lecz przegrał pojedynek sam na sam z tym ostatnim.

Diabły na kolanach

Wielka gwiazda Manchesteru Cristino Ronaldo z minuty na minutę gasł, a wraz z nim cała drużyna. W jego grę wkradało się coraz więcej niedokładności i coraz więcej nerwów, czego efektem była żółta kartka, otrzymana przez niego pod koniec spotkania. Nie pomogło nic, nawet zastosowanie przez sir Alexa Fergusona w drugiej połowie ultraofensywnej taktyki (Ronaldo – Rooney – Tevez – Berbatov). Ten chwyt udał się raz, w meczu ligowym z Tottenhamem Hotspurs, kiedy to Manchester przegrywał 0:2, by wygrać spotkanie 5:2. Jednak nigdy więcej ten wariant nie przyniósł skutku, tym bardziej na Stadio Olimpico przy tak dysponowanym przeciwniku.

Rzymski finał ostatecznie zakończył się wynikiem 2:0 dla piłkarzy Blaugrany. Bez wątpienia jednak w tym meczu spotkały się dwie najlepsze ekipy rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2008/09. Spotkanie to nie należało do pięknych, bo finały rzadko zachwycają. Na pewno jednak nie raz widzieliśmy brzydsze mecze o to trofeum. Barca zdominowała środek pola i pokazała, że tę formację miała w tamtym czasie najmocniejszą na świecie. Manchester natomiast momentami grał tak, jakby linii pomocy nie posiadał w ogóle. Wygrała wielka drużyna. Młoda i jednocześnie dojrzała. Ekipa pełna bardzo silnych osobowości z zamiłowaniem do widowiskowej piłki.

Narodziny trenerskiego geniusza i zmarnowana szansa United

Barcelona zdobyła Puchar Europy po raz trzeci w swej historii, a jej trener Pep Guardiola dołączył do wąskiego grona tych, którzy zdobyli to trofeum zarówno jako piłkarze, jak i trenerzy. Był on przecież zawodnikiem pamiętnego teamu Johana Cruyffa, gdy Barca w 1992 roku na stadionie Wembley sięgała po swój pierwszy w historii puchar. Guardiola zasłużył na szczególne uznanie, gdyż był to przecież jego debiutancki sezon jako trenera Barcelony. Ba, nigdy wcześniej oprócz rocznej pracy z rezerwami Barcy nie prowadził żadnej drużyny. To on zdecydował się na przewietrzenie składu przed tamtą kampanią. Pozbył się paradoksalnie najsłabszego ogniwa w drużynie, czyli Ronaldinho. Piłkarza, będącego kilka sezonów wcześniej największą gwiazdą Dumy Katalonii. Niestety gwiazda Brazylijczyka szybko gasła z powodu mało sporotwego trybu życia. Pep Guardiola nie bał się ryzyka. Poza odpaleniem wypalającej się gwiazdy Canarinhos okiełznał zbuntowanego Samuela Eto’o, dokupił jednego piłkarza, który notabene nie mógł zagrać w finale – Daniego Alvesa – poukładał drużynę po swojemu i efekty były piorunujące. Trzy trofea w debiutanckim sezonie, w tym to najcenniejsze, jakim był Puchar Mistrzów.

Manchester United miał szansę po tym meczu stać się pierwszym w historii Ligi Mistrzów zespołem, który obroni puchar zdobyty rok wcześniej. Niestety nie udało się i zespół sir Alexa Fergusona dołączył do grona składającego się z Juventusu, AC Milan i Ajaxu Amsterdam, które również zaprzepaściły taką okazję. Dodatkowo nasz rodak, rezerwowy bramkarz Manchesteru United Tomasz Kuszczak, mógł zostać pierwszym Polakiem, który zdobyłby Puchar Mistrzów dwukrotnie.

Jak wspomniałem na początku FC Barcelona sezon 2008/09 zakończyła, triumfując w Copa del Rey, Primera División i Lidze Mistrzów. Pieczętując zwycięstwo w tym finale, stała się pierwszym hiszpańskim klubem w historii, któremu udało się zdobyć potrójną koronę. Ten wyczyn powtórzyła w sezonie 2014/15, już pod wodzą Luisa Enrique i do dziś pozostaje jedyną drużyną z Hiszpanii, której się to udało. Oprócz tego Leo Messi został królem strzelców tamtej edycji Ligi Mistrzów, strzelając 9 bramek.

Znawcy futbolu, dziennikarze, kibice – wszyscy przed tym spotkanie zastanawiali się, kto wyjdzie zwycięski z elektryzującego pojedynku Leo Messiego z Cristiano Ronaldo, kogo będzie można obwołać nowym cesarzem Rzymu. Tym razem górą był Messi i jak stwierdził po tym triumfie  Guardiola, to jego nazwisko już w tym momencie było grawerowane na Złotej Piłce dla najlepszego piłkarza świata (jak się później okazało, nie pomylił się). A kibice mogli po meczu wykrzyczeć:

AVE BARCA! AVE CESAR MESSI!

WOJCIECH ŚLUSARCZYK