Jimmy Glass i jego wielka ucieczka (cz. I)

Treningi z Bonettim

Jimmy z trudem wspinał się po szczeblach kariery w Crystal Palace. Problem braku gry tymczasowo rozwiązał się, gdy został wypożyczony do szóstoligowego Dulwich Hamlet FC. Drużyna radziła sobie słabo, zajmowała ostatnie miejsce w tabeli, toteż Glass, reprezentując jej barwy, miał mnóstwo roboty. Niestety, często polegała ona na wyciąganiu piłki z siatki. Nie to było jednak najistotniejsze. Grunt, że mógł zmierzyć się w meczu o stawkę z dorosłymi przeciwnikami.

Gdy wrócił z wypożyczenia, otrzymał podwyżkę do 35 funtów tygodniowo, a na dodatek wkrótce ubył mu konkurent do gry między słupkami młodzieżówki Crystal Palace. 11 sierpnia 1990 r. Andy Woodman skończył 19 lat, więc musiał przejść do seniorskiej drużyny. Wreszcie nadszedł czas Jimmy’ego Glassa.

Dobrych wiadomości było więcej. Klub zatrudnił trenera bramkarzy – został nim Peter Bonetti, legenda Chelsea. Niestety, współpraca z Kotem (taki pseudonim nosił siedmiokrotny reprezentant Anglii) trwała tylko pół roku. Pewnego dnia po prostu rozstał się z Crystal Palace. Glass do dziś nie ma pewności, dlaczego tak się stało. Bonettiego zastąpił Peter Hucker, znany między innymi z gry dla Queens Park Rangers. Ale i on wkrótce bez wyjaśnień opuścił Selhurst Park.

Bez trenera bramkarzy Glass jednak jakoś sobie radził. Robił to na tyle dobrze, że w kwietniu 1991 r. klub zaproponował mu profesjonalną umowę, która gwarantowała mu 200 funtów tygodniowo.

Piłki jak kamienie

Podpisanie profesjonalnego kontraktu z angielskim pierwszoligowcem już samo w sobie było sporym sukcesem. Życie Glassa stało się odrobinę łatwiejsze. Zarabiał dużo więcej niż jako młodzieżowiec, a ponadto miał wreszcie kogoś, kto będzie dbał o jego buty (to zadanie przypadło Glenowi Little’owi, który potem zrobił niezłą karierę jako gracz m. in. Burnley i Portsmouth). Ale wciąż był daleki od zaistnienia w poważnej piłce. W hierarchii Palace zajmował trzecie miejsce, za pierwszym bramkarzem Nigelem Martynem oraz jego bezpośrednim zmiennikiem Andym Woodmanem.

Nigel Martyn – największy rywal Jimmy’ego Glassa

Łatwo nie było. Glass dzielił swój czas pomiędzy młodzieżówkę, której wciąż był członkiem, a pierwszą drużynę. Na dodatek podczas jednego z treningów doznał kontuzji nadgarstka. Jego zdaniem, uraz był efektem używania zbyt napompowanych piłek.

Były niesamowicie napompowane. Graliśmy nimi jak kamieniami – opisywał.

Z bolącą dłonią bramkarz udał się do klubowego fizjoterapeuty, który wysłał go do szpitala. Tam pielęgniarka zrobiła prześwietlenie i bez konsultacji z lekarzem kazała Glassowi wrócić za dwa tygodnie. Po tym czasie Jimmy ponownie pojawił się w lecznicy. Inna pielęgniarka zrobiła kolejne zdjęcie rentgenowskie. Uznała, że doszło do nadwyrężenia ścięgna, które wyleczy się samo.

Trzy miesiące później kontuzja odnowiła się. Znów to samo – kolejna pielęgniarka, kolejne prześwietlenie, brak konsultacji z lekarzem. Jimmy postanowił więc leczyć się sam. Przed każdym treningiem zanurzał rękę w kuble z lodem, a następnie rozciągał ją. Wspomagał się również lekami przeciwbólowymi. Dzięki temu mógł ćwiczyć i grać.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…