Josep Samitier – człowiek langusta

Kiedyś, gdy na świecie nie było jeszcze telefonów komórkowych, a John Logie Baird dopiero zastanawiał się nad skonstruowaniem pierwszego telewizora, w Hiszpanii już wszyscy oddychali futbolem. Stało się za sprawą kilku piłkarzy, którzy natchnęli fanów tej dyscypliny i zaszczepili w nich pasję. Jeden z tych, który był inspiracją, stał się później zarzewiem wielkiej nienawiści pomiędzy Barceloną i Realem Madryt. To Josep Samitier, piłkarz, który oprócz tego, że był czarodziejem boisk, zasłynął z nietypowej ksywki – człowiek langusta.

Skąd w ogóle takie oryginalne przezwisko? Nikt nie wie, kto po raz pierwszy i dlaczego nazwał Samitiera langustą. Jednak zgłębiając historię Barcelony i reprezentacji Hiszpanii można znaleźć pewne wskazówki. Langusta to skorupiak posiadający pięć par odnóży. Wydaje się, że gdyby urządzano walki tych skorupiaków, to tymi odnóżami zadawałyby więcej ciosów niż Lennox Lewis w walce z Andrzejem Gołotą. Co to ma wspólnego z Samitierem? Otóż w opisach jego gry można znaleźć informacje, że Josep bardzo dobrze radził sobie w powietrzu oraz był niezwykle gibki, a także intensywnie pracował łokciami. Jonathan Wilson w książce „Bramkarz, czyli outsider” opisał, jak legendarny włoski golkiper, Giovanni De Pra, dostał cios łokciem w tył głowy od legendarnego Hiszpana podczas meczu na igrzyskach olimpijskich w 1924 roku. Jimmy Burns w książce „Barca. Życie, pasja, ludzie” daje argument przemawiający za tą tezą, mówiąc, że „El Sami” pracował na całym boisku i był filarem defensywy, jednak w pewnym momencie mimochodem stawia ksywkę Samitiera w zupełnie nowym świetle. „Jego langostas, woleje, sprawiały, że mówiono o nim jako o piłkarskim akrobacie” – pisał Burns. Można z tego wywnioskować, że mianem langust (langostas) nazywano strzały z woleja hiszpańskiego asa, ale co jedno ma wspólnego z drugim? Wolno się domyślać, że chodzi o to, jak niesamowicie Josep Samitier wyginał swoje ciało przy tych strzałach, machając przy okazji rękoma, choć trudno jednoznacznie określić, ile w tym jest prawdy, a ile boiskowej legendy. Ta teoria idealnie pasuje do pewnej karykatury, która zachowała się z czasów gry zawodnika w Barcelonie.

W Polsce przyjęło się nazywać Samitiera „Człowiekiem homarem”, co jest pojęciem błędnym. Na zdjęciu widać wyraźnie, że pół człowiek, pół skorupiak nie ma szczypiec, a właśnie tym charakteryzują się langusty. Inne źródła używają zwrotu “Człowiek konik polny”, ale raczej wynika to wyłącznie ze złego tłumaczenia.

Era langusty w Barcelonie

Josep Samitier Vilalta przyszedł na świat 2 lutego 1902 roku w Barcelonie. Już w wieku 17 lat podpisał kontrakt z Dumą Katalonii, za co otrzymał od klubu zegarek z podświetlaną tarczą oraz trzyczęściowy garnitur. Okazało się, że była to bardzo dobra inwestycja, bowiem piłkarz, którego nazywano również „El Mago”, strzelił 333 gole w 454 meczach (niektóre źródła podają 326 lub 319 bramek). To właśnie z nim w składzie Barca po raz pierwszy sięgnęła po mistrzostwo kraju w sezonie 1928-29 i to z nim pięciokrotnie zdobywała Copa del Rey. „El Sami” stał się też pierwszym katem Realem Madryt, strzelając tej drużynie cztery bramki w jednym meczu. Jednak tego, ile Samitier znaczył dla Barcelony, nie da się oddać samymi statystykami. Za jego czasów w Barcelonie nastała „Era langusty”. Często zdarzało się, że to on, a nie trener decydował o wyjściowym składzie. Mało tego, Samitier potrafił nawet wskazać miejsce w szeregu władzom klubu, które nie miały innego wyjścia, jak tylko podkulić ogon i posłuchać najwspanialszego obok Ricardo Zamory i Paulino Alcantary przedwojennego piłkarza Barcelony. Dlaczego? Najtrafniej opisał to Jimmy Burns:

Kiwał i omijał przeciwników na całej długości i szerokości placu gry, od jednego końca do drugiego, wprawiając swoich przeciwników w osłupienie, a czasem nawet sprawiając, że jego koledzy z drużyny sądzili, iż znajdują się na boisku jedynie po to, by mu pomagać.

Era langusty w reprezentacji Hiszpanii

O ile w Barcelonie Josep Samitier stał się legendą, to w reprezentacji kraju nigdy nie udało mu się osiągnąć takiego pułapu. Być może dlatego, że Hiszpania już wtedy była podzielona i Katalończycy nie zawsze potrafili się integrować z drużyną, a być może dlatego, że zwyczajnie nie dopisało mu szczęście. W 1920 roku „La Roja” z Samitierem, Pichichim i Zamorą zdobyła srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Antwerpii, które były wówczas wyznacznikiem układu sił w światowym futbolu. Warto jednak zauważyć, że Hiszpania zdobyła srebro, mimo iż… odpadła w ćwierćfinale. Reprezentację Hiszpanii wyeliminowali gospodarze, którzy w finale zagrali z Czechosłowakami. Belgowie do 40. minuty prowadzili 2:0, ale potem ekipa czechosłowacka zeszła z boiska, po czym zgłosiła protest, poddając w wątpliwość pracę sędziego oraz wskazując jako prowokację wejście belgijskich żołnierzy na stadion. „La Furia Roja” otrzymała więc drugą szansę, którą skutecznie wykorzystała. Hiszpanie po pokonaniu Szwedów, Włochów i Holendrów wygrali turniej decydujący o srebrnym medalu.

Josep Samitier

W 1924 roku Josep Samitier znów pojechał na olimpiadę, ale tym razem Hiszpanów już w pierwszym meczu za burtę wyrzucili Włosi. Podobny scenariusz piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego spotkał w 1928 roku, ale wówczas „El Sami” pozostał w domu. Kto wie, co by się stało, gdyby „El hombre llagosta” wraz z Zamorą pojechali na mistrzostwa świata w 1930 roku… Cztery lata później Hiszpanie w mocno podejrzanych okolicznościach odpadli z mundialu po meczu z Włochami, którzy pod czujnym okiem Benito Mussoliniego sięgnęli później po mistrzostwo świata, jednak to działo się już bez obecności naszego bohatera. Wówczas w Barcelonie mówiono o nim zupełnie inaczej, bowiem „El Sami” – jeden z najsłynniejszych sportowców, jakich kiedykolwiek miała Katalonia – zdecydował się kontynuować swoją karierę w Realu Madryt.

Josep Samitier wszczepia w DNA Barcelony gen zdrady

Jak to się stało, że najważniejszy piłkarz Barcelony wzmocnił szeregi największego rywala? Legenda głosi, że „El Sami” przestał się dogadywać z władzami Barcelony. Przestał się dogadywać, czyli innymi słowy władze klubu przestały go słuchać. Być może miały dość sytuacji, w których młody Samitier odsunął od składu bardziej doświadczonego i nie mniej utalentowanego Paulino Alcantarę, albo podkradał cygara trenerowi, by później częstować nimi prezesa. Niezadowolony zawodnik zdecydował się poszukać nowych wyzwań, a że jednocześnie chciał zagrać na nosie działaczom, to wybrał grę w ekipie największego rywala – Realu Madryt. W nowym klubie „El Sami” spotkał swojego byłego kolegę z boiska, Ricardo Zamorę, który wcześniej podążył podobną ścieżką, choć on akurat przechodził do „Królewskich” z Espanyolu Barcelona. Warto odnotować, że „El hombre llagosta” nie był pierwszym, który przeszedł bezpośrednio z Barcelony do Realu. Pionierem przecierającym ten szlak był 16-letni student, Alfonso Albeniz Jordan; w 1902 roku zamienił Barcę na Real, by kontynuować naukę w stołecznym mieście. Historia transferów na linii Barcelona – Real ma też polski ślad. W 1913 roku do ekipy „Królewskich” dołączył Polak z francuskim paszportem, Walter Rozitsky, który wcześniej występował w ekipie Blaugrany jako obrońca bądź pomocnik. Wówczas jeszcze nie rzucano w piłkarzy świńskimi głowami, ale już wtedy zaczęła się napędzać spirala nienawiści pomiędzy tymi dwoma klubami, której kumulacja nastąpiła przy transferze Luisa Figo.

Człowiek langusta w Realu wielkiej kariery nie zrobił. Jego bilans gier w białej koszulce zamknął się na ośmiu występach i czterech bramkach, ale to wystarczyło, by wzbogacić się o kolejne mistrzostwo Hiszpanii. W ten sposób nasz bohater stał się pierwszym piłkarzem, który zdobył najważniejsze hiszpańskie trofeum zarówno w Barcelonie, jak i w Realu Madryt.

Langusta ucieka do lepszego świata

Ostatni mecz w Realu Madryt, Josep Samitier zagrał w 1934 roku. Wydawało się, że jego boiskowa kariera się zakończyła, bowiem El Sami w 1936 roku został trenerem Atletico Madryt. Jednak sytuacja w Hiszpanii robiła się coraz bardziej napięta i w końcu w 1936 roku wybuchła wojna domowa, w której po jednej stronie stanął rząd republiki, a po drugiej prawicowa opozycja z generałem Francisco Franco na czele. Tych pierwszych wspierał Związek Radziecki, z kolei Franco miał wsparcie w Trzeciej Rzeszy. Dopóki rząd hiszpański płacił złotem radzieckim ochotnikom, konflikt pozostawał nierozstrzygnięty, jednak kiedy złoto się skończyło, Franco mógł w pełni przejąć panowanie nad krajem. Niektórzy zwolennicy opozycji natychmiast wyjechali za granicę, obawiając się o własne życie. Nie bez powodu, bo przecież prezes Barcelony, Josep Sunyol, został zamordowany, a w pewnym momencie pojawiła się też nieprawdziwa plotka o śmierci Zamory. Samitier został aresztowany, ale na szczęście udało mu się zbiec. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, zdecydował się na emigrację do Francji, gdzie spotkał się właśnie z Zamorą. Obaj piłkarze zdecydowali się raz jeszcze założyć piłkarskie buty i przez pewien czas występowali razem w OGC Nice. Niektóre źródła podają, że El Sami rozegrał w tym klubie około 80 meczów i strzelił ponad 40 bramek.

Dom jest tam, gdzie syn marnotrawny zawsze może powrócić

Po tym, jak wojna się zakończyła, a nastroje w Hiszpanii uległy poprawie, Samitier wrócił do domu, a jego dom był w Barcelonie. Legenda głosi, że to właśnie z jego powodu Barcelona wybudowała w 1922 roku stadion Les Corts. Samitier budził tak wielki zachwyt, że na mecze Barcy przychodziło coraz więcej kibiców i Camp del Carrer zwyczajnie nie był w stanie pomieścić wszystkich chętnych do kupienia biletu. Nic dziwnego, że „El hombre llagosta” czuł do klubu wielki sentyment. Po powrocie do Blaugrany zasiadł na fotelu trenerskim i poprowadził klub do tytułu mistrzowskiego. Jednak jego późniejsze dokonania oraz motywacje wciąż pozostały niejasne. Z jednej strony to on stał za ściągnięciem do klubu jednego z najlepszych piłkarzy lat 50., legendę węgierskiej Złotej Jedenastki, Ladislao Kubali. Z drugiej – to właśnie jego niejasne posunięcia spowodowały, że Alfredo di Stefano ostatecznie nie założył koszulki Barcelony, lecz ubrał trykot Realu Madryt. Istnieją podejrzenia, według których Samitier był w Barcelonie podwójnym agentem, działającym na korzyść Realu, lecz z perspektywy czasu wydaje się to mocno naciągana teoria. Wiadomo natomiast, że zaprzyjaźnił się on z generałem Franco i być może właśnie nacisk polityczny zdecydował o tym, że di Stefano stał się legendą Realu, a nie Barcelony. Zresztą w latach 60. nasz bohater ponownie zdradził Barcelonę na rzecz pracy skauta w Realu, by po kilku latach znów wrócić do Katalonii. No cóż, Josep Samitier przenosił się na pewien czas w głąb kraju, ale langusty podobno mają to do siebie, że co jakiś czas odbywają sezonowe wędrówki, przenosząc się na głębszą wodę. Jego życiowa wędrówka dobiegła końca 4 maja 1972 roku. Odszedł tam, gdzie zaczynał swoją wielką piłkarską przygodę. Odszedł w domu, w Barcelonie.

Josep Samitier

Niektórzy po przeczytaniu tytułu zapewne wyobrażali sobie naszego bohatera jako szaleńca, który właśnie wyszedł z domu wariatów, uszył strój superbohatera, wzorując sie na Batmanie, tylko zastępując nietoperza langustą, i poszedł w tym stroju na pierwsze lepsze boisko, by pograć w piłkę. Ten pseudonim wydaje się tak surrealistyczny, że mógłby się zrodzić wyłącznie w opętanym umyśle. Ale historia człowieka o dźwięcznej ksywce „Człowiek langusta” jest jak najbardziej prawdziwa i choć dziś mało kto wierzy, że można przebyć drogę z Barcelony do Realu i z powrotem, to on rzeczywiście tego dokonał. Przy tych wszystkich swoich migracjach i konfliktach z kibicami czy władzami klubu w obu klubach pozostał człowiekiem, który lubił korzystać z ludzkich przyjemności. Potwierdza to pewna anegdota. Pewnego razu Santiago Bernabeu zaprosił Samitiera do domu publicznego. Pep chcąc poszerzyć horyzonty kolegi zapytał o dziewczynę, która potrafi robić to po katalońsku. Burdel mama zaoferowała najładniejsze dziewczyny, ale żadna z nich nie wiedziała, jak to się robi po katalońsku. Zaoferowała więc, by Pep wziął najbardziej atrakcyjną dziewczynę i nauczył ją nowych trików, by ta mogła później dać przyjemność Bernabeu. Josep Samitier, śmiejąc się, powiedział:

Nie jestem zainteresowany, ponieważ ja już wiem, jak to się robi po katalońsku

GRZEGORZ IGNATOWSKI

OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE! POLUB NAS NA FACEBOOKU!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis

Dodaj komentarz