Jak rozrabiaki z Leeds United podbijali Ligę Mistrzów?

Czas czytania: 9 m.

Faza play-off

Na drodze „Pawiom” stanęli piłkarze Deportivo La Coruna. Hiszpanie byli niezmiernie uradowani takim przebiegiem losowania. Jak się miało okazać, po raz kolejny radość rywali była przedwczesna. Deportivo wygrało swoją rywalizację w grupie, zostawiając za plecami Galatasaray, AC Milan i PSG. Leeds wydawało się najsłabszym z przeciwników, którzy byli dokooptowani jako drużyny z drugich miejsc. Pierwszy mecz na Elland Road brutalnie zweryfikował ten pogląd. Forma Leeds zwyżkowała. Na przełomie marca i kwietnia podopieczni O’Learyego wygrali sześć kolejnych spotkań w lidze.

Deportivo trafiło na perfekcyjnie pracujący mechanizm, rozpędzony niczym pociąg TGV. Hiszpanie ustępowali Anglikom szczególnie pod względem fizycznym, momentami odbijając się od nich jak od ściany. W 24 minucie Ian Harte oddał piekielnie mocny strzał z rzutu wolnego i pokonał Molinę po raz pierwszy w tym meczu.

Po przerwie prowadzenie podwyższył Alan Smith, który głową umieścił futbolówkę w siatce. Dzieła zniszczenia dokończył Rio Ferdinand, który w obliczu kontuzji Lucasa Radebe, dumnie nosił na swym ramieniu kapitańską opaskę. On także wygrał powietrzny pojedynek i głową pokonał Molinę po raz trzeci. Hiszpański bramkarz tak upokorzony mógł się czuć ostatni raz chyba wówczas, gdy Marek Citko zapakował mu bramkę z połowy boiska.

Na mecz rewanżowy „Branquiazuis” wyszli bardzo skoncentrowani. Chociaż wiedzieli, że będzie to trudne zadanie, pragnęli dokonać remontady. Bramkę kontaktową Deportivo zdobyło już w 9. minucie, gdy po faulu Kewella na Victorze, rzut karny na gola zamienił Djalminha. Praktycznie przez cały czas to gospodarze napędzali tempo tego spotkania i spychali angielski zespół  momentami do rozpaczliwej defensywy.

W 73. minucie kolejny as atutowy Deportivo, Diego Tristan stopił przewagę Leeds do jednej bramki. Podopieczni O’Leryego wytrwali jednak do końca bez kolejnych strat i mogli cieszyć się z awansu do półfinału. Był to największy sukces klubu na arenie międzynarodowej od 1975 roku, gdy „Pawie” dotarły do finału Pucharu Europy.

W batalii o finał „The Whites” napotkali kolejną przeszkodę z Półwyspu Iberyjskiego. Prowadzona przez Hectora Cupera Valencia chciała powtórzyć ubiegłoroczny sukces i po raz drugi z rzędu zagrać w finale o najważniejsze klubowe trofeum. Pierwsze spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, chociaż obydwa zespoły miał swoje okazje. Marnowali je zarówno Carew, Mendieta czy Vicente po stronie „Nietoperzy”, jak i Viduka, Smith, Matteo czy Bowyer, który trafił w poprzeczkę, po stronie Leeds United.  

Od sporej kontrowersji rozpoczął się mecz rewanżowy. W piętnastej minucie dośrodkował Mendieta, Sanchez urwał się stoperom gości i skierował piłkę do bramki… ręką. Na nic zdały się protesty przyjezdnych. Urs Meier gola uznał, a system VAR zostanie wprowadzony blisko dwie dekady później. Goście pragnęli odrobić straty, ale szczelny blok defensywny, zarządzany przez bramkarza Santiago Canizaresa był nie do sforsowania. Pawie skrzydła zostały podcięte zaraz po rozpoczęciu drugiej połowy. Wówczas Sanchez zdobył gola numer dwa, płaskim strzałem przy słupku. Pięć minut później Mendieta zakończył piękną przygodę „The Peacocks” w Lidze Mistrzów, podwyższając na 3:0. To był koniec marzeń „O’Leary babies” o europejskim triumfie.

Rafał Gałązka
Rafał Gałązka
Futbolowy konserwatysta. Przeciwnik komercjalizacji piłki, fan świateł rac na trybunach. Sympatyk Arsenalu i lokalnego LKS "Dąb" Barcin. Beznadziejnie zakochany w Reprezentacji Polski. Głównie piłka polska oraz angielska.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Statystyki polskich piłkarzy w ligach zagranicznych

Przygotowaliśmy dla Was wyjątkowe zestawienie, które obejmuje statystyki polskich piłkarzy w ligach zagranicznych.

Janusz Kupcewicz – wspomnienie

4 lipca 2022 roku zmarł Janusz Kupcewicz - w tym tekście wspominamy jego sylwetkę.

Mistrzowie. Od Zidane’a do Mbappego

Mistrzowie. Od Zidane’a do Mbappégo. Upadki i wzloty francuskiego futbolu, to książka, która przypasuje nie tylko fanom francuskiej piłki. Oto nasza recenzja