“Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose” – recenzja

Na całym świecie, od Argentyny i Brazylii, przez Francję i Niemcy, aż po daleką Australię, możemy spotkać wielu piłkarzy, którzy mają polskie korzenie. Część z nich bardzo dobrze mówi po polsku i ciepło wspomina nasz kraj, dla innych Polska jest tylko odległą krainą z opowieści rodziców czy dziadków. Niektórzy grają w piłkę na tyle dobrze, że reprezentują swoje nowe ojczyzny na arenie międzynarodowej. Wśród nich zdecydowanie najwięcej sukcesów na swoim koncie mogą zapisać Miroslav Klose i Lukas Podolski, którzy grali dla Niemiec. W listopadzie zeszłego roku ukazała się na polskim rynku książka o pierwszym z nich. Dzięki temu możemy lepiej poznać piłkarza, który kilkanaście lat temu wzbudzał u nas dość duże emocje.

Zadania spisania biografii najskuteczniejszego piłkarza w historii mistrzostw świata podjął się Ronald Reng. Miłośnikom książek sportowych nie trzeba szerzej przedstawiać tego niemieckiego dziennikarza. Na zachodnich rynkach po raz pierwszy zaistniał biografią Larsa Leese. U nas jak dotąd wydane zostały dwie jego pozycje. W 2017 r. na księgarnianych półkach pojawiła się Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu, a dwa lata wcześniej miłośnicy futbolu mogli zaznajomić się z tragiczną historią Roberta Enke, w książce Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk. Obie pozycje zostały wydane przez wydawnictwo Sine Qua Non i obie zostały bardzo dobrze przyjęte, a ta o Enke została uznana Sportową Książką Roku 2015.

Tym razem za ukazanie się pozycji autorstwa Renga na polskim rynku odpowiada Zysk i S-ka Wydawnictwo. Ten poznański wydawca niezbyt często wydaje książki sportowe, a kojarzyć go możemy głównie z opowiadającymi o reprezentacji pozycjami Romana Kołtonia. Warto jednak wspomnieć, że wydawnictwo na swoim koncie ma też autobiografię Maradony El Diego, a także takie perełki jak Pelé, Boniek i ja Stanisława Terleckiego i Rafała Nahornego, Garrincha. Samotna gwiazda Ruya Castro oraz Rękę Boga Jimmy’ego Burnsa. Tak więc jeśli już coś wydają, to są to pozycje z górnej półki.

Podobnie jest z książką o Klose. Miro mimo swojej objętości (ponad 500 stron) nie przytłacza i czyta się ją bardzo lekko. Reng w bardzo przystępny sposób odmalowuje obraz Klosego jako piłkarza, ale też, a może przede wszystkim jako człowieka. Sporo miejsca poświęcono wątkom około- i pozaboiskowym, nie brakuje osobistych przemyśleń piłkarza, dzięki czemu lepiej możemy zrozumieć pobudki, jakie nim kierowały w rozmaitych sytuacjach. Wplecione w opowieść dialogi i wypowiedzi osób z otoczenia Miroslava nadają jej dynamiki, co sprawia, że kolejne strony połykamy bardzo szybko, ale pozwalają też spojrzeć z nieco innej perspektywy na konkretną sprawę.

Zacznijmy jednak od początku. Książkę otwiera scena, w której Miroslav stoi na belce wiązania dachowego i z tej wysokości podziwia okolicę. Jest lato 1998 r., Miro ma 21 lat i marzy o zdaniu egzaminu mistrzowskiego i otwarciu własnego zakładu ciesielskiego. Kiedyś marzył o karierze zawodowego piłkarza, ale teraz uśmiecha się tylko do tych wspomnień. Piłka ciągle jest jednak obecna w jego życiu. Niedawno przeszedł z siódmej ligi do piątej i został zawodnikiem rezerw FC 08 Homburg. Teoretycznie, gdyby któryś z trenerów go zauważył, to miałby jeszcze szansę zostać profesjonalistą gdzieś na skraju zawodowego futbolu w trzeciej lidze. Faktycznie, zwrócono na niego uwagę, ale tylko dlatego, że nie wytrzymywał tempa drużyny podczas leśnych przebieżek w okresie przygotowawczym. Mimo doskwierającego bólu w nogach i kłopotach z wyrównaniem oddechu postanowił jednak przetrwać i zrobić wszystko, żeby zostać częścią tego świata.

Kilkaset kilometrów dalej na zachód, na francuskich boiskach trwają właśnie piłkarskie mistrzostwa świata. Jedną z największych gwiazd turnieju jest Brazylijczyk Ronaldo, który jednak z uwagi na problemy zdrowotne jest w finale z Francją cieniem samego siebie. Cztery lata później obaj panowie staną naprzeciw siebie w finale kolejnych mistrzostw. Zanim jednak Miro wybiegnie na boisko stadionu w Jokohamie, będzie musiał pokonać długą drogę. Dzisiaj w dobie całkowitego podporządkowania życia piłce, specjalistycznych treningów, czy certyfikowanych szkółek, które szkolą od najmłodszych lat, wydaje się wręcz niemożliwe, że świeżo upieczony zawodnik piątoligowej drużyny w ciągu ledwie czterech lat osiągnie poziom mistrzostw świata.

Żeby dojść na szczyt musiał pokonać wiele przeszkód. Miał ledwie dziewięć lat, kiedy jego rodzice zdecydowali się wyemigrować do RFN. Dla małego Mirka był to już trzeci kraj, w którym mieszkał. W 1979 r. jego ojciec podpisał kontrakt z francuskim AJ Auxerre. Kiedy zamieszkali we Francji, Miro miał roczek, a jego siostra Marzena cztery latka. Wokół wszyscy mówili po francusku, więc dla dzieci to ten język był naturalny i właśnie po francusku odpowiadali na polskie pytania rodziców. Kiedy pięć lat później wrócili do Opola matka musiała zatrudnić prywatnego nauczyciela, żeby dzieci szybciej przyswoiły język polski. Po kolejnych trzech latach wyjechali do Niemiec, więc tak naprawdę Miroslav nie miał nawet kiedy zżyć się ze swoją starą-nową ojczyzną.

W Niemczech początkowo zamieszkali w obozie dla uchodźców, a kiedy udało im się wreszcie znaleźć odpowiednie mieszkanie, za stół w kuchni służył rodzinie karton z supermarketu. Dzięki oszczędnościom powoli stawali na nogi, dzieci poszły do szkoły, ale nikogo nie interesowało, że słabo mówią po niemiecku. Raz się zdarzyło, że mały Miro przybiegł z płaczem do domu, bo nie rozumiał, co mówi do niego nauczyciel. W tym trudnym dla niego czasie pomocna okazała się gra w piłkę. Początkowo chłopak stał przy boisku i przyglądał się jak grają inni, a kiedy piłka poleciała daleko w krzaki, to on szybko po nią biegł i oddawał grającym. Stojąca na balkonie mama patrzyła na to z bólem serca, ale nie minęło dużo czasu, kiedy zobaczyła swojego syna pośród innych dzieci. Grając z rówieśnikami szybciej łapał podstawowe słówka i zwroty, a wkrótce sam zaczął poprawiać błędy domowników.

W 1990 r. podczas meczu szkolnych drużyn zwrócił na siebie uwagę trenera Ericha Berndta. Dzisiaj nazwalibyśmy go pasjonatem, bo futbol wypełniał praktycznie całe jego życie. Zaproponował Mirkowi treningi w SG Blaubach-Diedelkopf, gdzie grali też jego dwaj synowie. Klose miał szczęście, że trafił pod skrzydła szkoleniowca, który już wtedy potrafił zadbać o profesjonalny trening, a na dodatek od czasu do czasu zabierał chłopaków na mecze 1. FC Kaiserslautern. W wieku trzynastu lat Miro sprawił sobie szalik tego klubu. Nie rozstawał się z nim nawet na lekcjach i nosił go nawet w ciepłe dni, a gra dla FCK stała się odtąd jego wielkim marzeniem.

Reng krok po kroku opisuje drogę, jaką Klose musiał przejść, żeby trafić do 1. FC Kaiserslautern. Razem z młodym adeptem futbolu przeżywamy pierwsze sukcesy w drużynach juniorskich, ale też pierwsze rozczarowania. Nie wybijał się zbytnio wśród rówieśników. Kiedy ojciec zawiózł go na testy do szkoły sportowej w Edenkoben, Miro po trzech dniach treningów usłyszał od trenera, że jego gra tutaj nie wystarczy. Chłopak płakał w drodze powrotnej, a ojciec po raz pierwszy zaczął mu wtedy opowiadać o swojej karierze i o przeciwnościach, z jakimi on musiał się w jej trakcie mierzyć. Wsparcie okazane przez ojca okazało się bardzo pomocne. Mirek nabrał większej pewności siebie i zaczynał odgrywać bardziej znaczącą rolę w drużynie. U progu pełnoletniości grał już w drużynie seniorów SG Blaubach-Diedelkopf. Razem z zespołem awansował z ósmej ligi do siódmej, a stamtąd, dzięki wstawiennictwu kolegi, którym był Markus Berndt, trafił do Homburga. Stąd jak się później okazało był już tylko krok do dużego futbolu.

Wszystkiego musiałem uczyć się sam albo podpatrywać u innych – mówi Miroslav Klose. – Dla mnie to były wówczas nowe zagadnienia. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak najlepiej zabrać piłkę przeciwnikowi albo w jaki sposób utrudnić mu drybling. Do tamtej chwili po prostu grałem dobrze. W Homburgu zacząłem naprawdę interesować się samą grą. (s. 109).

Niesamowita łatwość uczenia się nowych zagrań, dobry start do piłki i świetna gra głową były największymi atutami Miro. Dodatkowo nie grał egoistycznie, a kiedy widział lepiej ustawionego partnera, nie wahał się do niego zagrać. Najważniejsze dla niego było dobro drużyny i ta zasada przyświecała mu też w dalszej karierze. Z rezerw Homburga szybko trafił do pierwszej drużyny, a w czerwcu 1999 r. został zawodnikiem 1. FC Kaiserslautern. Wiosną 2000 r. zrobił na tyle dobre wrażenie na trenerze Otto Rehhagelu, że ten postanowił dać mu szansę debiutu w pierwszym zespole. 15 kwietnia Miro wszedł z ławki w meczu z Eintrachtem i rozpoczął nowy rozdział w swojej przygodzie z piłką.

Każdy etap jego kariery jest przedstawiony bardzo dokładnie. Nie mamy tutaj nudnych i suchych opisów meczów. Dużo jest natomiast historii spoza boiska. Opowieści cały czas towarzyszą wspomnienia samego Miro, ale też kolegów z drużyny, trenerów, czy rodziny. Bardzo fajnie zostały pokazane kulisy przejścia do Werderu, a później do Bayernu.

Miro wahał się, nie chciał opuszczać ukochanego klubu, ale zrozumiał, że żeby dalej się rozwijać, musi zrobić krok naprzód. Mimo początkowych problemów dość szybko odnalazł się w Bremie, a w Monachium wchodził do drużyny razem z Lucą Tonim i Franckiem Riberym, z którymi przez kilka miesięcy mieszkał w hotelu. Potem jednak na przeszkodzie w harmonijnym rozwoju stanął mu trener Louis van Gaal. Świetnie potrafił wprowadzić do zespołu młodszych zawodników, ale jego współpraca z Klose pozostawiała wiele do życzenia i Miro sporo czasu spędzał na ławce. Nigdy za to nie przestano w niego wierzyć w reprezentacji, a on odwdzięczał się tym, co potrafił robić najlepiej, czyli strzelał kolejne gole.

Grał dla Niemiec, bo to tam się czuł u siebie. Kiedy spojrzymy na to, ile tak naprawdę spędził w Polsce czasu jako dziecko, to trudno się dziwić jego wyborom. Występy z niemieckim orłem na piersi były dla niego czyś naturalnym. O Polsce wypowiadał się jednak bardzo ciepło i ma miłe wspomnienia z nią związane, jak choćby te związane z jedzeniem lodów Śnieżka, kiedy był u kuzynów na wakacjach.

Myślę, że wiele niemieckich dzieci ma podobne, wspaniałe wspomnienia. Ja jednak to ciepło, te żywe spotkania rodzinne przeżyłem właśnie w Polsce; to z Polską kojarzę tę serdeczność. Polska jest dla mnie krajem rodzinnego ciepła (s. 406).

Dlatego tak bardzo bolało go to, że podczas meczu z Polską w Gdańsku został wygwizdany przez naszych kibiców. Zawsze był też wzorem profesjonalisty. Stronił od alkoholu i szybko kładł się spać. Dopiero po przenosinach do rzymskiego Lazio zaczął pozwalać sobie na lampkę wina do kolacji, ale dopiero wtedy, kiedy upewnił się, że nie ma to wpływu na jego formę.

Autorowi dobrze udało się też pokazać rolę, jaką Klose odgrywał w reprezentacji. Początkowo był cichy i trochę wycofany, jak na mistrzostwach w 2002 r., ale z biegiem lat stał się jednym z liderów drużyny. Dbał o to, żeby młodzi zawodnicy, tacy jak Kroos czy Götze dobrze wpasowali się do zespołu. Kiedy w finale mistrzostw w 2014 r. schodził z boiska, to powiedział do zmieniającego go Mario Götze: zrobisz to!. Co w dogrywce zrobił Mario wszyscy chyba dobrze pamiętamy.

Merytorycznie książka jest naprawdę bardzo dobra. Duża liczba szczegółów, opisanych sytuacji, czy anegdot jest jej dużym atutem. Autor swoją opowieść snuje powoli, niczego nie pomija, daje dużo miejsca na wypowiedzi osób z otoczenia piłkarza. Nie brakuje też wątków bardziej osobistych, takich jak spotkanie z papieżem, czy osobny rozdział poświęcony wędkowaniu, które jest jedną z pasji Miro. Na pierwszy rzut oka książka może wydawać się laurką, ale tak nie jest. Słabsze strony piłkarza i problemy, z jakimi się nieraz mierzył nie są tutaj pomijane, choć trzeba uczciwie przyznać, że pozytywnym aspektom jego kariery poświęcono zdecydowanie więcej miejsca.

Słowa uznania należą się też Michałowi Jeziornemu i Tomaszowi Urbanowi, którzy odpowiadali za przełożenie tekstu na polski. W dużej mierze to ich zasługa, że tę pozycję czyta się tak dobrze. Szkoda tylko, że w parze z tłumaczeniem nie poszła korekta. Literówek może nie jest zbyt dużo i nie zakłócają odbioru, ale pisane nazwiska piłkarza przez C, czy wspominanie o mistrzostwach świata w 2012 r. trochę jednak rażą w oczy. Na szczęście podobnych błędów nie ma zbyt wiele.

Osobną kwestią do której na siłę można by się przyczepić jest oprawa graficzna książki. Jeśli już wydawcy zdecydowali się na wzbogacenie tekstu zdjęciami, to fajnie było by, gdyby zamiast czarno-białych wykorzystali kolorowe, choćby na jakiejś wkładce w środku. Inna sprawa, że piętnaście zdjęć na ponad 500 stron tekstu, to jednak trochę mało. Zwłaszcza że przybliża się czytelnikom piłkarza tak dużego formatu.

Podsumowując, książkę Ronalda Renga Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose śmiało można polecić każdemu fanowi piłki. Niektórych może przerazić jej objętość, ale rozdziały nie są długie, a książka naprawdę sama się czyta. Postać Miro wzbudzała na przestrzeni lat sporo emocji w naszym kraju, często dosyć skrajnych. Sam miałem wobec niego ambiwalentne odczucia, ale po lekturze patrzę na niego dużo bardziej przychylnie. Jeśli jednym z zamysłów autora było ocieplenie wizerunku Miro, to udało mu się to bardzo dobrze. Myślę, że warto dać mu szansę i poznać go bliżej, a przy okazji sporo możemy się też dowiedzieć o funkcjonowaniu Kaiserslautern, Werderu, Bayernu, Lazio i reprezentacji Niemiec.

BARTOSZ DWERNICKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Miro. Oficjalna biografia Miroslava Klose oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.