„Piłkarki. Urodzone, by grać” – recenzja

Piłka kobieca rozwija się w Polsce bujnie, ale wciąż bardzo daleko jej do popularności męskiego futbolu. Nad zmianą tych proporcji pracuje Polski Związek Piłki Nożnej, a przykładem jest wydana w minionym roku publikacja o futbolu kobiet pt. „Piłkarki. Urodzone, by grać”.

Piłką nożną interesuję się właściwie od zawsze, ale szczerze przyznam, że jej damską odmianę rzadko śledziłem. Przed lekturą książki „Piłkarki. Urodzone, by grać” znałem jedynie nazwiska Katarzyny Kiedrzynek i Ewy Pajor, wiedziałem też o mistrzostwie Europy U17 z 2013 r. Kojarzę także Joannę Tokarską, ale to już ze względu na jej działalność w mediach. Mówiąc krótko – o futbolu kobiecym właściwie nic nie wiedziałem, ale zmieniło się to dzięki książce pod redakcją Adama Drygalskiego i Zuzanny Walczak

Jestem jednym z niewielu szczęśliwców, którzy posiadają wersję papierową książki „Piłkarki. Urodzone, by grać”. PZPN nie zdecydował się na komercyjną dystrybucję i nie trafiła ona do sprzedaży. Bezpłatny PDF można pobrać tutaj, natomiast egzemplarze drukowane rozeszły się w dystrybucji wewnętrznej. Trochę szkoda, że książka nie trafiła na rynek – jej sprzedaż dałaby pewien obraz, jak duże jest obecnie zainteresowanie futbolem kobiecym. Ale być może wydawcy uznali, że jeszcze na to za wcześnie. Pionierem i miernikiem popularności futbolu kobiecego nad Wisłą będzie więc książka o Megan Rapinoe („Megan Rapinoe. Jedno życie”, wydawnictwo Relacja – premiera pojutrze, a recenzja na Retro Futbol 15 marca).

Większość tekstów do książki „Piłkarki. Urodzone, by grać” napisał Adam Drygalski, znany głównie z serii Skarby Miasta (recenzja tomu dotyczącego Poznania tutaj). Oprócz niego autorkami są Paula Duda i Hanna Urbaniak, a całość powstała pod redakcją wspomnianego Adama Drygalskiego i Zuzanny Walczak z PZPN. Książka to coś w rodzaju przewodnika po piłce nożnej kobiet w Polsce, adresowana jest do czytelnika, który tematu za bardzo nie zna (czyli takiego jak ja). Składa się z czterech zasadniczych części: najpierw są portrety najsłynniejszych polskich piłkarek w historii, potem dzieje reprezentacji Polski, historia piłki klubowej i skarb kibica na sezon 2020/2021.

Na pewno trzeba podkreślić świetną szatę graficzną – wydawnictwo ma format albumowy, w całości jest wydane na kredowym papierze (o czym niestety nie przekonają się ci, którym pozostaje jedynie wersja PDF). W środku znajdziemy sporo unikalnych zdjęć z różnych okresów polskiej piłki kobiecej. Całość ma formę reportażu, bo autorzy dotarli do większości opisywanych bohaterek, mimo że wiele z nich mieszka za granicą. Po tej lekturze mam wielki podziw dla pionierek, które ponosiły niesamowite wyrzeczenia, aby grać w meczach, którymi mało kto się interesował:

Krystyna Miśkiewicz miała ksywkę Ende. Gdy piłkarki Zagłębianki pakowały się do pociągu na mecz z Checzą, podstawowej obrończyni zabrakło na zbiórce. Tuż przed odjazdem Ende wparowała jednak na peron, przeprosiła wszystkich i szybko zajęła miejsce w wagonie. Na pytanie trenera, skąd się wzięło spóźnienie, odparła, że skaleczyła się w pracy. Gdy Ende pokazała skaleczenie, co wrażliwsze zawodniczki o mało nie pomdlały. Miśkiewicz pracowała w hucie. Tamtego dnia śpieszyła się na mecz, więc jak najszybciej chciała skończyć załadunek jednego z wagonów towarowych. Pośpiech w takich sytuacjach nie jest jednak wskazany. Klapa od wagonu dosłownie zmiażdżyła jej palce. Trener Baran złapał się za głowę, radząc swojej zawodniczce, aby ta natychmiast wysiadła i szybko udała się do szpitala. Ende wpadła we wściekłość: „To ja pędzę tu na złamanie karku i mam nie grać? Nigdy w życiu!”. Z Checzą rozegrała całe spotkanie i była jedną z wyróżniających się na boisku. Dłoń na szczęście udało się uratować. (s. 148)

No i w tym momencie słynny mecz z Argentyną na wyjeździe i postawa broniącego w nim ze złamanym palcem Józefa Młynarczyka nie wydaje się aż takim aktem heroizmu…

Podczas lektury „Piłkarek” można odkryć wiele takich kompletnie nieznanych historii. Sympatycy męskiej sekcji Łódzkiego Klubu Sportowego (a do tego klubu mam wielki sentyment od 1998 r.) znajdą ciekawe wątki, np. w rozdziale poświęconym Anastazji Kubiak:

Teofilów przekształcił się później w Kolejarza Łódź. Ja dopięłam swego, bo choć koleżanki pokazywały mi ogłoszenia w prasie o naborach do Czarnych Sosnowiec, to powiedziałam sobie, że dopóki w Łodzi nie powstanie kobiecy zespół, to wystarczy mi moja polanka z pieńkami. Ale powstał. Zaledwie trzydzieści kilometrów od domu. Autobusem i tramwajem pokonanie tej trasy zajmowało mniej więcej półtorej godziny. Trenerem Kolejarza był Piotr Suski. Piłkarz ŁKS-u Łódź, reprezentant Polski, który zagrał na Maracanie przeciwko Brazylii z Garrinchą i Pele. Na nas wszystkich robiło to duże wrażenie. (s. 27)

Od siebie dodam, że tenże Piotr Suski po skończeniu 30 lat wyjechał do Irlandii i w sezonie 1972/1973 zdobył mistrzostwo tego kraju z Waterford United. Zmarł niestety w 2009 roku, ale jego i tak bujny życiorys okazał się mieć jeszcze epizod związany z kobiecym futbolem, czego bez książki Adama Drygalskiego i Zuzanny Walczak raczej bym nie odkrył.

W ostatniej części mamy artykuł na temat ekstraklasowej drużyny TME UKS SMS Łodź, której trenerem jest legenda ŁKS-u Marek Chojnacki. Aby było ciekawiej, na trenera bramkarzy wziął sobie Michała Sławutę, który w mistrzowskim sezonie 1997/1998 (później zresztą też) nie dał rady wyjść z cienia Bogusława Wyparły. Potem jednak przez wiele lat grał z sukcesami w Finlandii i nawet został tam po zakończeniu kariery zawodniczej. Do czasu, aż do kobiecej dumy Łodzi ściągnął go stary znajomy Marek Chojnacki.

Te różne ciekawostki i dodatkowe wątki na pozór dobrze już znanych historii świetnie oddają klimat książki „Piłkarki. Urodzone, by grać”. W kwestii historii męskiego futbolu trwają już bardzo szczegółowe spory, np. ile minut dany zawodnik zagrał w jednym meczu sezonu 1930 itp. Historia kobiecego futbolu to wciąż temat niezgłębiony i czytając tę książkę czułem się, jakbym odkrywał coś zupełnie nowego. Punkty zaczepienia łapałem jedynie w momentach, kiedy pojawiały się nazwiska świetne znane mi z futbolu męskiego.

Cieszy rosnąca popularność kobiecej piłki nożnej, ale nie mam zamiaru się oszukiwać – nigdy nie będzie choć w połowie tak popularna, jak futbol męski. Ale z pewnością powinno być jej więcej w mediach i takie publikacje, jak „Piłkarki. Urodzone, by grać” są bardzo dobrym narzędziem.

Przede wszystkim jest to książka kompletna. Jeśli chcemy dowiedzieć się czegoś o historii polskiej piłki nożnej kobiet, to właściwie znajdziemy tam wszystkie podstawowe zagadnienia; jest reprezentacja, jest piłka klubowa, są portrety najważniejszych zawodniczek, wywiady z trenerami, działaczkami. Dokładnie opisano także największy sukces polskiej piłki reprezentacyjnej kobiet – każda zawodniczka ze zwycięskiego składu juniorek z 2013 r. ma swój biogram. Styl książki jest reportażowy, czyta się bardzo dobrze, większość opisywanych bohaterek była chętna do współpracy z autorami, więc najczęściej mamy narrację w pierwszej osobie.

Jeśli miałbym się czegoś czepiać, to trochę mi brakuje tych czasów „legendarnych”, czyli zanim rozegrano pierwsze oficjalne mistrzostwa Polski (1979/1980) i pierwszy mecz reprezentacji (27 czerwca 1981 r.). Jest bardzo ciekawy artykuł o Checzy Gdynia, która zdominowała mistrzostwa Polski w czasach nieoficjalnych, ale pojawiły się zaledwie wzmianki o meczach z lat pięćdziesiątych, ponoć były też jakieś próby wdrożenia futbolu pań przed II wojną światową. Ale dodam, że to już z mojej strony zwykłe „czepialstwo”, bo zbadanie takich tropów wymagałoby porządnej pracy badawczej, a w zasadzie nie wiadomo, co udałoby się odkryć…

Zachęcam Was do pobierania wersji PDF książki „Piłkarki. Urodzone, by grać”, bo naprawę warto zapoznać się z podstawowymi informacjami na temat piłki nożnej kobiet. Wydawców zachęcam do szerszej dystrybucji, bo myślę, że znalazłaby się spora grupa osób, która chętnie zapłaciłaby za nią parę złotych. Poza tym świetną robotę grafika łatwiej docenić na egzemplarzu papierowym.

NASZA OCENA: 8/10

Książkę „Piłkarki. Urodzone, by grać” polecam bardzo gorąco. Napisana dobrym stylu, czyta się ją lekko, a przede wszystkim opisuje tematy do tej pory mało znane i zaniedbane. Bardzo potrzebna publikacja.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI