Porwanie Alfredo Di Stefano, czyli domino, karty i odwiedziny masażysty

Polityczny kontekst i hiszpański trop

Za porwaniem stała wenezuelska lewicowa bojówka FALN (Uzbrojone SIły Wyzwolenia Narodowego), jedna z wielu działających w drugiej połowie XX wieku na terenie Ameryki Południowej. Grupa znana była z różnego rodzaju akcji wywrotowych, uderzających bezpośrednio w rządzącego wówczas Wenezuelą prawicowego Romulo Betancourta. W lutym tego samego roku porwali oni pływający pod wenezuelską banderą frachtowiec “Anzoategui”, a w lipcu posunęli się nawet do próby zamachu na Betancourta, zakończonego fiaskiem.

Wszystkie te wydarzenia miały w głównej mierze zwrócić uwagę świata na “sprawę”, w imieniu której FALN walczył z władzami Wenezueli. Uważali oni, że prezydent Betancourt jest skorumpowany i kieruje się interesem swoim, a nie kraju. Dodatkowo chcieli zapobiec, mającym odbyć się niedługo wyborom prezydenckim i parlamentarnym, które w ich opinii władze Wenezueli zamierzały sfałszować.

Grupą kierował Maximo Canales, syn hiszpańskich lewicowych działaczy, wygnanych z Hiszpanii po przegranej wojnie domowej. Patrząc na życiorys Canalesa i przeszłość jego rodziców, pomysł porwania największej gwiazdy kojarzonego z frankistowskim rządem klubu musiał wydawać się w jego oczach bardzo interesującym. Tym bardziej, że sama akcja miała przybrać kryptonim “Julian Grimau” na cześć jednego z hiszpańskich komunistów…

Porwanie Di Stefano w wersji “light”

Miałem zasłonięte oczy, kiedy wyciągnięto mnie z hotelu, przewieziono, a następnie zamknięto w pokoju. Myślałem, że mnie zabiją – relacjonował po latach Di Stefano.

Dosyć szybko zdał sobie jednak sprawę z tego, że terroryści absolutnie nie zamierzali robić krzywdy ani jemu, ani nikomu z jego bliskich.

-“Porwaliśmy ze względu na jego sławę. Jego prestiż i sława Realu Madryt pomogły osiągnąć nasze cele. Można powiedzieć, że drużyna przyjechała rozegrać towarzyski turniej, a my wyciągneliśmy czerwoną kartkę o 6. rano” – mówił Canales w wywiadzie dla madryckiej gazety AS już w 2005 roku.

I rzeczywiście, samo porwanie przybrało trochę piknikowy charakter. Di Stefano grał z porywaczami w domino, karty czy też szachy. Co więcej, sparował się z najbardziej biegłym w różnego rodzaju gry porywaczem, tworząc z nim duet, bezlitośnie ogrywający jego innych towarzyszy broni. W efekcie atmosferę obawy o swoje życie, zastąpiło trochę luźniejsze podejście, które podsumowane zostało określeniem porywaczy przez Di Stefano jako “dżentelmenów”.

PRZECZYTAJ TEŻ:

Dowodzący porywaczami Canales był z Di Stefano praktycznie cały czas. Gdy odchodził, zastępowany był przez jednego ze współtowarzyszy. W efekcie argentyńska gwiazda była obserwowana na okrągło przez 24 godziny. Co ciekawe, Di Stefano wspominał na konferencji prasowej tuż po uwolnieniu, że Canales przepraszał go za całe wydarzenie dziesiątki razy. Co więcej, pozwolił mu też słuchać radiowej relacji ze spotkania Realu z FC Porto.

Porywacze wykazywali też wielką troskę jeżeli chodzi o stan zdrowia argentyńskiej gwiazdy. Nakłaniali go do jedzenia rzucając teksty w stylu “Co powie twój trener, jeżeli nie będziesz jadł, ani spał”. Co więcej, w momencie kiedy jego stan zdrowia się pogorszył, wezwali od razu lekarza. Z kolei kiedy Di Stefano narzekał na ciągły ból w nodze, porywacze wezwali… masażystę, który zajął się piłkarzem. Pozwolili mu także wysłać depeszę do Madrytu informującą o jego dobrym stanie zdrowia.

Poszukiwania na szeroką skalę trwały 56 godzin. W międzyczasie żona argentyńskiego napastnika błagała za pomocą prasy o uwolnienie jej męża. -“Terroryści osiągnęli swój cel, zwracają uwagę na siebie. Teraz błagam ich o wypuszczenie mojego męża” – mówiła na łamach Daily Express. Jej prośby zostały spełnione i Di Stefano w końcu został uwolniony. Przy czym nie obyło się bez komplikacji, w tym przypadku dotykających komizmu.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…