„Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie” – recenzja

Wiele można powiedzieć o Tomaszu Hajcie, ale każdy musi się zgodzić, że nie jest to osoba zbyt często gryząca się w język. Dlatego zapowiedź jego autobiografii poruszyła środowisko piłkarskie, bo zapowiadało się na bezkompromisową opowieść. Skończyło się jednak na małym niedosycie.

Autobiografia Tomasza Hajty ukazała się w listopadzie 2020 r. nakładem Wydawnictwa Sine Qua Non. Wspomnienia 62-krotnego reprezentanta Polski spisał znany z Polsatu Sport dziennikarz Cezary Kowalski, m.in. autor publikowanych w Cafe Futbol felietonów filmowych pt. „Cezary z pazurem”. Bezkompromisowy dziennikarz i bezkompromisowy piłkarz – czytelnicy czekali więc na niezwykle mocną książkę.

Nic nie śmieszy mnie bardziej niż pryszczaci internetowi onaniści, którzy siedzą przed monitorem tylko po to, by wychwycić jakiś błąd i poszydzić z kogoś rozpoznawalnego. Fachowców znających się na wszystkim i mających patent na mądrość jest tylu, ile adresów IP. (s. 293)

Momentami bywa więc mocno (to akurat cytat z zakończenia), a Tomasz Hajto jest dokładnie taki, jakim poznaliśmy go w telewizji: podkreśla swoje osiągnięcia sportowe, zachwala niemiecką organizację, a kiedy czasem fakty nie zgadzają się z jego tezami, to tym gorzej dla faktów. Gdy natomiast brakuje argumentów, to zawsze można brnąć w taktykę oblężonej twierdzy, czyli trochę jak tymi „pryszczatymi internetowymi onanistami”. Często Hajto sprowadza wszystko się do tezy – skoro sam nie grałeś w piłkę, to jak możesz oceniać innych piłkarzy? Sam jednak ocenia trenerów, a przecież jako trener zbyt wiele nie osiągnął…

W pewnym sensie książka „Tomasz Hajto. Ostanie rozdanie” przypomina mi autobiografię Dawida Janczyka („Dawid Janczyk. Moja spowiedź”, SQN, Kraków 2019). Aby być dobrze zrozumianym – Janczyk swoją karierę zmarnował, natomiast Hajto był świetnym piłkarzem, zawsze dającym z siebie maksa, osiągającym spektakularne sukcesy w klubie i reprezentacji. Również po zakończeniu kariery radzi sobie o niebo lepiej, choć również ma swoje demony, przede wszystkim hazard i długi.

„Pożyczył i nie oddał” – mówią. Jeśli ktoś udziela ci pożyczki, to przecież dlatego, że chciał ci jej udzielić. I w większości przypadków zamierzał na tym zarobić. Bo przecież, nie oszukujmy się, to są pożyczki na procent. Najczęściej znacznie większy niż w banku. Co zresztą za różnica, czy pożyczyłem pieniądze na duży procent od gościa, który wydawał się kolegą, czy w banku i nie spłacam pożyczki w terminie? Przecież wiadomo, że będę musiał oddać wszystko z nawiązką. Tyle że jak się w banku spóźnisz z ratą, nie ogłaszają tego wszem wobec. Nawet jeśli jeszcze czegoś komuś nie oddałem, to przecież nie oznacza, że już nigdy nie oddam. (s. 172)

Czyli nasz bohater niby wie, że źle robi, że to nieładnie pożyczać i nie oddawać, ale w sumie to wina tych, co się niepotrzebnie upominają. Dawid Janczyk też się przyznawał, że przesadzał z piciem, ale w sumie to była wina dziewczyny, bo za późno przyjechała, złych kolegów, co go na imprezę wyciągali itp. itd. W tym kontekście warto jeszcze przytoczyć taki fragment:

Zadzwonił jednak do mnie prezes ŁKS i zapytał, czy nie chciałbym jeszcze trochę pokopać w Łodzi. No i mnie namówił. Dostałem 12 tysięcy na rękę. Zjeżdżałem z siedmiu tysięcy funtów tygodniowo w Southampton, poprzez cztery tysiące w Derby do tych groszy w ŁKS. (s. 259)

Chciałbym zarabiać 12 tysięcy miesięcznie. Rozumiem, że wówczas percepcja Tomasza Hajty, ile to jest dużo, była zupełnie inna niż w przypadku „przeciętnego” człowieka. Umieszczanie jednak w tej samej książce takich wzmianek obok tego, że ma długi i może kiedyś odda… Trochę to niespójne.

Zacząłem od dość mocnej krytyki, ale ogólnie rzecz biorąc, książka „Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie” jest naprawdę przyzwoita. Przede wszystkim Hajto „wziął na klatę” i opisał dwie największe wpadki swojego życia: aferę z przemytem papierosów i śmiertelne potrącenie kobiety na pasach. Nie mam wystarczającej wiedzy, aby zweryfikować, czy przedstawiona przez Hajtę wersja afery z papierosami jest prawdziwa. Jeśli było tak, jak napisał, to w sumie ciężko to nazwać aferą. Kto z nas nigdy nie kupił alkoholu bądź papierosów (lub czegokolwiek innego) z pominięciem obowiązku podatkowego, niech pierwszy rzuci w niego kamieniem.

Tak samo z potrąceniem kobiety na pasach. Tomasz Hajto jechał za szybko i nie boi się do tego przyznać. Z pewnością zawinił. Ale czy nikt z nas nigdy nie przekroczył prędkości? Zawsze jeździmy 50 km/h w terenie zabudowanym, nawet jak jest pusta droga i bardzo się śpieszymy? W tej kwestii nie mam dla Tomasza Hajty nic innego oprócz współczucia. Jego wytłumaczenia w tej sprawie są naprawdę wiarygodne i pełen szacunek za opisanie tej historii.

Pod koniec książki Hajto też żałuje, że tak mało czasu spędzał z rodziną. Ktoś złośliwy mógłby odpowiedzieć, że gdyby rzadziej odwiedzał kasyno, pewnie miałby więcej czasu na zacieśnianie więzi z najbliższymi. A propos kasyna… Jest to chyba jeden z najlepszych rozdziałów książki. Hajto nie boi się przyznać, że jednej nocy przegrał 350 tysięcy złotych, sumę dla „przeciętnego” człowieka niewyobrażalną. Świetnie opisuje mechanizmy uzależnienia i całą zgraję „pijawek”, czyli ludzi, którzy żerują na osobach uzależnionych od hazardu. Jeśli uznajemy, że depresja, alkoholizm czy narkomania to choroby i ich ofiarom należy współczuć, tak samo musimy podejść do osób mających problemy z hazardem. Tutaj też dużo zrozumienia dla Tomasza Hajty.

Pomijając już tematy poza piłkarskie, w autobiografii 62-krotnego reprezentanta Polski znajdziemy naprawdę dużo ciekawostek. Na pewno może imponować, jak zawodnik bez wielkiego talentu, ale z niezwykłą pewnością siebie i chęcią zaistnienia, poradził sobie w lidze niemieckiej. Bardzo ciekawa historia wiąże się z Olafem Thonem, gwiazdą Schalke 04 Gelsenkirchen. Tuż po swoim przyjściu do Schalke, Hajto postanowił pokazać, że nie pęka przed wielką gwiazdą klubu z Zagłębia Ruhry i ostro potraktował go na treningu:

Potraktowałem tak legendę, gościa, który był w Bayernie, zdobywał z Niemcami mistrzostwo i wicemistrzostwo świata. Coś mi tam bluznął, więc odwróciłem się do niego i powiedziałem: „Olaf, nie wiem, kto tu był przede mną i nie interesuje mnie, co robił. Teraz ja tu walczę o swoje miejsce. Jak coś ci nie pasuje, zawsze możemy to wyjaśnić”. Trzech kumpli stanęło w jego obronie. Za mną ujęli się Tomek, Bohme i jeszcze kilku chłopaków. Wtedy już wiedziałem, kogo mam po swojej stronie, poczułem, że młodsza generacja piłkarzy może trzymać się razem. (s. 93)

Hajto potem przyznaje, że chyba trochę przesadził. Dzisiaj sam by pewnie potępił młodziana, który przychodząc ze słabszego klubu do Legii, na dzień dobry wszedłby w konfrontację z Arturem Borucem. Tak samo Hajto potrafi przyznać, że w pewnym momencie z powodu dużych pieniędzy udzieliło mu się gwiazdorstwo i zachowywał się tak, że dziś można się tylko wstydzić.

Nie brakuje też wielu wątków reprezentacyjnych. W przypadku mundialu w Korei i Japonii są to głównie tłumaczenia – z powodu słabej postawy na boisku i średniego zachowania poza nim, kiedy to wyzywał dziennikarzy. Bardzo ciekawe są też jego spostrzeżenia odnośnie nieżyjącego już Janusza Wójcika:

Ale warsztat trenerski Wójcika ograniczał się w zasadzie do tych jego tekstów. Przed meczem instruował nas, jak mamy grać, w takim mniej więcej stylu: „Z nimi to trzeba jak z kobietą”. Patrzyliśmy po sobie, bo nic nie rozumieliśmy, a on: „Pozwolić, pogłaskać, a potem, kurwa, zapakować!”. Taką miał wizję gry i strategię na mecz. Zastanawiałem się, o co tutaj kaman. Jakie zapakować, jakie kiełbasy do góry? (s. 206)

Anegdotek o śp. Januszu Wójciku jest dużo więcej. Poznajemy też wiele rzeczy o innych selekcjonerach z czasów kariery Hajty, interesujące są również wzmianki o innych kadrowiczach, choćby miłośniku książek i papierosów Tomaszu Łapińskim.

Mimo pewnych zastrzeżeń, opisanych na początku, książka „Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie” jest warta przeczytania. Wyłania się z niej taki Tomasz Hajto, jakiego znamy z telewizji. Dużo jest pozerstwa, dużo autoreklamy i zadęcia, ale w tym wszystkim znajdzie się też sporo refleksji i trafnych spostrzeżeń. Może pewne tematy dałoby się bardziej rozwinąć, ale w zasadzie wszystkie najważniejsze zostały poruszone. Narracja jest wartka i przyjemna, w czym zasługa Cezarego Kowalskiego. Na plus tego okładka i dwie wkładki z kolorowymi zdjęciami.

NASZA OCENA: 6/10

Po autobiografii Tomasza Hajty z pewnością spodziewaliśmy się więcej, ale nie jest to też tak zła książka, jak dało się przeczytać czy posłuchać w niektórych recenzjach. Na pewno warto poznać spojrzenie jednego z najlepszych polskich piłkarzy przełomu XX i XXI wieku.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Tomasz Hajto. Ostatnie rozdanie oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.