„Dawid Janczyk. Moja spowiedź” – recenzja

54515652_370707900439295_1439151284992081920_n

W 2007 r. Robert Lewandowski grał w II-ligowym Zniczu Pruszków i mało kto wróżył mu wielką karierę. W tym samym czasie rok starszy Dawid Janczyk, mistrz Polski z Legią Warszawa i rewelacja MŚ U-20 w Kanadzie, przechodził za 4,2 mln euro do CSKA Moskwa. Wydawało się, że Polska reprezentacja będzie miała świetnego napastnika na lata. Dlaczego wszystko potoczyło się zupełnie inaczej? Odpowiedź znajdziemy w książce Piotra Dobrowolskiego „Dawid Janczyk. Moja spowiedź”, która ukazała się nakładem wydawnictwa SQN w 2018 r.

Kiedy to wszystko zaczęło się pieprzyć, panie Best? – zapytał kiedyś legendę Manchesteru United boy hotelowy.

Niesamowite! Oto spędzałem upojną noc w ekskluzywnym hotelu, w jednym pokoju, co ja mówię, w jednym łóżku z najpiękniejszą kobietą świata, tonąc w forsie i szampanie, a ten tu, pożal się Boże, portierzyna, pełnym współczucia głosem ogłaszał mój koniec! Jak mogłem mu dać wiarę, skoro nie znałem faceta, który nie chciałby być na moim miejscu! – opisał tę sytuację w swojej książce George Best.

To jednak ten portierzyna miał rację. Był to początek upadku wielkiego piłkarza. Porównywanie Dawida Janczyka do George’a Besta to pewnie profanacja, ale „Murzyna” też można by się zapytać – kiedy to wszystko zaczęło się pieprzyć, panie Janczyk?

Piotr Dobrowolski (dziennikarz Super Expressu, napisał także biografię Stanisława Terleckiego) wnikliwie opisał historię Dawida Janczyka, ale trudno znaleźć ten konkretny moment, kiedy zszedł on z właściwej ścieżki. Zazwyczaj mówi się, że problem alkoholowy Janczyka zaczął się w Moskwie, kiedy to zarabiał w CSKA wielkie pieniądze i prawie w ogóle nie grał. Wyskoki zdarzały się już jednak wcześniej:

Cygan” przywiózł nas pod hotel około 4.00 nad ranem. Od razu zastrzegam: nie byliśmy pijani, najwyżej po kilku piwach! Ostrożnie przemknęliśmy przez foyer, niezauważeni przez przysypiającego recepcjonistę, i kiedy cieszyliśmy się, że bez konsekwencji dotrzemy do pokoju, a o nocnej eskapadzie nikt się nie dowie, zrzedły nam miny. Lekarz reprezentacji miał taki zwyczaj, że na klamkach drzwi do pokojów piłkarzy wieszał tubki z suplementami. Zabieraliśmy je o określonej porze. Kiedy zobaczyliśmy, że na naszych drzwiach nie ma tubek, wiedzieliśmy, że jest niedobrze. Doktor musiał je zostawić, a kiedy wrócił po puste, zorientował się, że skoro nie zażyliśmy zawartości, to znaczy, że nie było nas w pokoju. (s. 22)

Dawid Janczyk „poszedł w tango” z Krzysztofem Królem 30 czerwca 2007 r. po wygranym 1:0 meczu z Brazylią na inaugurację MŚ U-20 w Kanadzie. Ostatecznie Polska wyszła z grupy, a Janczyk w każdym kolejnym meczu strzelał gola, więc „mu się upiekło”. Historia trochę analogiczna jak z Bestem – Janczyk był na szczycie (choć zapowiadało się wtedy, że to dopiero początek drogi), a już pojawiały się oznaki klęski. Zapracował na wielki transfer, a potem wjechał na równię pochyłą w dół.

Piotr Dobrowolski analizuje przyczyny tego zjazdu. Rozmawiał dużo z samym Janczykiem, przepytywał dokładnie jego krewnych, przyjaciół, kolegów z boiska i trenerów (wywiady m.in. z Jackiem Magierą, Bogusławem Leśnodorskim, Leszkiem Orłowskim czy mamą Krystyną Janczyk). Obraz, jaki wyłania się z tego opowiadania, to historia głupoty człowieka, który dostał od losu wszystko na tacy i koncertowo to zepsuł. Dawid żali się na łamach książki, że w Moskwie był nieszczęśliwy, bo nie dostawał szans na grę. Z drugiej strony sam przyznaje, że Wagner Love i Jo byli zdecydowanie lepsi, a on miał być melodią przyszłości CSKA. Niesamowite pieniądze wpływały jego na konto, a jedynym zmartwieniem był tylko trening i podnoszenie umiejętności. Przecież mógł korzystać z pomocy dodatkowych trenerów, dietetyka, psychologa, cokolwiek. Zamiast tego wolał latać na imprezy do Londynu i Warszawy razem z żerującymi na jego pieniądzach „kolegami”.

Każdy rozdział to opis kolejnej szansy, pomocnej dłoni wyciągniętej w jego stronę, lecz finał był zawsze taki sam – Janczyk „daje ciała”. W Lokeren opiekował się nim Włodzimierz Lubański, a „Murzyn” pewnego dnia po prostu uciekł do innego klubu i nawet do Lubańskiego nie zadzwonił. Nawet kiedy był już na dnie, leżał w pijackim cugu w swoim mieszkaniu na warszawskim Wilanowie, przyjechali do niego prezes Legii Bogusław Leśnodorski z trenerem Jackiem Magierą.

Dawałem mu szansę trzy razy. Już do niego nie jeździłem, ale rozmawialiśmy telefonicznie. Raz zadzwonił jego kolega, nie pamiętam nazwiska, i oznajmił, że Dawid znów ma duże problemy i trzeba mu pomóc. Zadzwoniłem do żony Dawida i powiedziałem, że ma się stawić na zajęciach. Przyszedł, podjął kolejną próbę powrotu, ale tym razem wytrzymał tylko trzy tygodnie… Niestety, trzeba było mu powiedzieć, że przy takim podejściu nic z tego nie będzie… – mówił Piotrowi Dobrowolskiemu trener Jacek Magiera. (s. 112)

Potem Janczyk marnował jeszcze szansę daną przez Zdzisława Kręcinę w Piaście Gliwice, Sandecję Nowy Sącz i Krzysztofa Stanowskiego z jego KTS Weszło (to już akurat wydarzyło się po napisaniu książki). Schemat zawsze był ten sam – szumne zapowiedzi, wielka mobilizacja na początku, a po pierwszych trudnościach powrót do butelki. Czytając „Moją spowiedź” człowieka ogarnia po prostu złość – ktoś miał taką autostradę do kariery i wszystko zepsuł. Szkoda, bo Polska mogła mieć świetnego piłkarza, drugiego Lewandowskiego. Szkoda człowieka, który się stoczył.

Promykiem w tej całej smutnej historii jest żona Dominika, która nie opuściła Dawida, mimo że z powodu pijaństwa prawie zszedł z tego świata, o roztrwonieniu wielkiego majątku nie wspominając. Tym większym zaskoczeniem są słowa matki Dawida:

P.D.: Kiedy poczuła pani, że traci syna?

K.J.: Nigdy, bo wiem, że on bardzo nas kocha. Ale oddalił się od rodziny w momencie, gdy zaczął się spotykać z Dominiką. Staram się go zrozumieć. Wiadomo, żona musi być na pierwszym miejscu… (s. 268)

Wydaje się, że nie wszystko zostało powiedziane w tej historii. A może to nie tylko wina Dawida, że tak wszystko spieprzył? Trudno powiedzieć. Na pewno warto przeczytać książkę „Moja spowiedź” ku przestrodze – aby wiedzieć, jak nie postępować. Książka była zapowiadana jako mocna i faktycznie taka jest. Czyta się ją zarówno lekko, jak i ciężko, bo to historia upadku i użalania się nad sobą. Janczyk szuka w niej wytłumaczeń wszędzie, tylko nie w sobie. Trener nie dawał szans, kobieta wyjeżdżała na studia i zostawiała go samego, menedżer źle doradzał, kolega wyciągał kasę… To jest właśnie największa wada tej książki – Janczyk po prostu nie wyciągnął żadnych wniosków. Niby się kaja, niby analizuje własne błędy i buńczucznie zapowiada wielki powrót do gry, ale tak naprawdę nie nastąpiła w nim żadna przemiana. Główny bohater nie jest szczery. Nie jest to wina autora Piotra Dobrowolskiego, bo on zwyczajnie zrobił swoje, i to na wysokim poziomie. Winny jest Dawid Janczyk, który do pisania tej książki podszedł jak do kolejnych dawanych mu szans – wiele zapowiadał, a wyszło jak zawsze. Książka miała być rodzajem terapii i rozliczenia się z własnych błędów, a bardzo szybko po jej publikacji wrócił do starych nawyków. Jednym z warunków dobrej spowiedzi jest mocne postanowienie poprawy. U Janczyka kompletnie tego nie widać.

Rzadko kiedy miałem tak mieszane uczucia po lekturze. Z jednej strony książka wciąga, akcja toczy się wartko, jest wiele mocnych momentów. Z drugiej strony, rozliczenia Janczyka ze sobą, które są nieszczere i zapowiedzi, których na pewno nie spełni. Do tego wywiady, w których każdy mówi, że życzy mu jak najlepiej i podkreśla wielki talent, ale po cichu chyba czuje, że piłkarza już z niego nie będzie. Walka toczy się o to, aby wrócił jeszcze do normalnego życia.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

#wspieramretro
O Bartosz Bolesławski 32 artykuły
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.