“Zapiski z Królestwa” – recenzja

Przemysław Rudzki został już tak wychwalony za swoją najnowszą książkę, że aż chciałoby się znaleźć w niej coś, do czego można byłoby się przyczepić. Jest to jednak bardzo trudne… W listopadzie ukazała się trzecia publikacja byłego redaktora naczelnego „Przeglądu Sportowego”. „Zapiski z Królestwa” to 50 bardziej i mniej znanych opowieści o angielskim futbolu. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Ringier Axel Springer, jest to kolejna pozycja z serii „Biblioteka Przegląd Sportowy”.

Premier League to najpopularniejsza piłkarska liga na świecie, co ma także swoje odzwierciedlenie na polskim rynku książek sportowych. W żadnym jednak wypadku nie można posądzić Przemysława Rudzkiego o koniunkturalizm – jego miłość i wierność lidze angielskiej jest powszechnie znana, komentuje ją w Canal+ od wielu lat. Prowadzi do tego kanał Kick Off na YouTube oraz podcast English Breakfast, wszystko oczywiście o lidze angielskiej. „Zapiski z Królestwa. 50 niesamowitych opowieści o angielskim futbolu” to trzecia książka w dorobku Przemysława Rudzkiego, jednak pierwsza będąca futbolową literaturą faktu. „Gracz” był utrzymany w klimacie kryminału, natomiast „Futbol i cała reszta” to literacka wersja dzieciństwa i młodości autora pod znakiem piłki nożnej w rodzinnej Czeladzi. Zresztą słabość Rudzkiego do pisania fabuł znalazła także swoje odzwierciedlenie w „Zapiskach z Królestwa”.

Jako redaktor naczelny Przemysław Rudzki wprowadził w „Przeglądzie Sportowych” wiele innowacji, w tym cieszący się wielką popularnością czytelników czwartkowy dodatek historyczny. Właśnie tam publikował co tydzień felietony pt. „Zapiski z Królestwa”, co dało także tytuł całej książce. Nie jest to jednak po prostu przedruk jego felietonów z czwartkowego „Przeglądu Sportowego” – część to historie zupełnie nowe, część się powtarza, ale zostały przez autora rozbudowane i przeredagowane. Każdy z tych 50 rozdziałów ma podobną strukturę: bardzo krótki wstęp (analogiczny do leadu, poprzedzającego każdy artykuł prasowy), część pierwszą w formie opowieści literackiej (oznaczona kursywą) oraz drugą i kluczową, w której znajdziemy dokładny faktograficzny opis danej historii. Posłowie napisał Rafał Nahorny, kolego redakcyjny „Rudiego” z Canal+.

Piękna okładka w tylu retro autorstwa Mateusza Sadowskiego zdradza zawartość. Nie znajdziemy w książce Przemysława Rudzkiego zbyt wielu opowieści z najnowszej historii Premier League, no chyba że te wyjątkowo romantyczne, jak mistrzostwo Anglii Leicester City w sezonie 2015/2016. Przejęcie Chelsea FC przez Romana Abramowicza w 2003 r. nie jest już tak romantyczne, ale historia jawi się na tyle ciekawie, że również znalazła swój rozdział w „Zapiskach z Królestwa” (w tym akurat przypadku opis fabularny trąci trochę przerostem formy nad treścią – to tak, jeśli chcielibyśmy się koniecznie do czegoś przyczepić). Największą wartością „Zapisków z Królestwa” jest jednak przede wszystkim odkrywanie mało znanych i nieoczywistych historii. A nawet w przypadku tych znanych Przemysław Rudzki potrafił dotrzeć do nowych faktów lub opisać je pod zupełnie innym kątem:

Wszystko zaczęło się w Budapeszcie. To właśnie tam w 1909 roku Ferenc Molnár, słynny dramaturg (w Polsce znany głównie jako autor „Chłopców z Placu Broni”), napisał sztukę „Liliom”. To poruszająca opowieść o tym, jak chłopak obsługujący karuzelę w wesołym miasteczku zakochuje się w dziewczynie o imieniu Julie. Ich romans jest bardzo burzliwy. Ona zachodzi w ciążę, on jest oczywiście szczęśliwy, ale nie ma pieniędzy na wychowanie potomka. Postanawia więc wziąć udział w napadzie rabunkowym. Jego partnerowi udaje się uciec, ale on – nie chcąc zostać schwytanym – popełnia samobójstwo. Trafia do czyśćca i szesnaście lat później dostaje szansę, by wrócić na ziemię na jeden dzień i spotkać się z córką Louise. Zawodzi jednak w tej próbie, której stawką jest pójście do nieba, co sprawia, że jego przeznaczeniem staje się piekło. A wszystko przez to, że kiedy daruje córce skradzioną z niebios gwiazdę, ta – nie wiedząc, kim on jest – odmawia przyjęcia prezentu. Za to Liliom uderza ją w twarz – stąd nieunikniona kara. Córka powie potem matce, że to wcale nie bolało, lecz było jak pocałunek kogoś bliskiego. (s. 71)

Brzmi to trochę jak połączenie „Boskiej Komedii” Dantego z mitem o Orfeuszu i Eurydyce i pewnie dlatego ta sztuka nie zyskała światowej sławy. Wydaje się, że w takim momencie odlatujemy bardzo daleko od świata futbolu, ale tak właśnie zaczyna się rozdział dotyczący historii pięknego hymnu Liverpoolu pt. „You’ll never walk alone”. Kolejne akapity dokładnie wyjaśniają, jakimi pokrętnymi drogami sztuka węgierskiego pisarza została przemieniona w musical, a następnie jeden z motywów muzycznych, w aranżacji popularnego w latach sześćdziesiątych zespołu, przebił się do serc kibiców „The Reds”. Właśnie tego typu historie są wielką wartością tej książki – kiedy kibicowi Liverpoolu wydaje się, że wie, jak powstał hymn jego ukochanego klubu, może dowiedzieć się jeszcze czegoś nowego. Osobiście nigdy bym nie pomyślał, że autor wzruszającej powieści dla dzieci „Chłopcy z Placu Broni” przyczynił się do powstania „You’ll never walk alone”. W innych rozdziałach poznajemy historię, jak 13 widzów oglądało najwyższe zwycięstwo w historii angielskich profesjonalnych rozgrywek ligowych czy opowieść o zawodniku pogryzionym przez psa, co przyczyniło się do utrzymania jego drużyny w lidze. Przemysław Rudzki przekopywał się nocami przez ocean archiwów cyfrowych angielskich gazet i wyławiał z nich takie właśnie nieoczywiste fakty, a czasem nawet mity (jak choćby ten o słynnym Christmas Truce i meczu piłkarskim między okopami podczas I wojny światowej). Postać Berta Trautmanna pewnie jest już lepiej znana, ale nie zaszkodzi jeszcze raz przypomnieć sobie jego heroicznego występu w bramce Manchesteru City podczas finału FA Cup:

Ostatni kwadrans meczu, jak sam później przyznał, Bert spędził „we mgle”. W zasadzie to cud, bo mógł nie żyć. W 75. minucie, przy prowadzeniu Manchester City 3:1, zderzył się z Peterem Murphym. Rywal uderzył go kolanem w kark. Był to moment spotkania, w którym Birmingham przypuszczało kolejne ataki, by odrobić straty, a Citizens znaleźli się w odwrocie. Trautmann pokazywał klasę, nieświadom zupełnie tego, co wykaże później rentgen: pięć przemieszczonych kręgów, jeden z nich pęknięty na dwie części, jeden w roli ratownika, blokujący tę najbardziej zniszczoną kość przed całkowitą destrukcją. Kilka milimetrów dalej stała śmierć. Trautmannowi nie przyszło to do głowy ani kiedy odbierał medal, ani na bankiecie po meczu, ani kiedy kładł się spać. Był przekonany, że ból minie po odpowiedniej dawce snu. Tym samym z człowieka znienawidzonego przez tak wielu fanów City stał się bohaterem. (s. 287)

Bert Trautmann był Niemcem, wziętym do niewoli żołnierzem Luftwaffe – dla Anglików tuż po wojnie po prostu nazistą i wrogiem. Początkowo nie akceptowali go nawet kibice jego własnej drużyny, ale wzorową postawą na boisku i poza nim przekonał do siebie wszystkich, z czasem stając się legendą angielskiego futbolu.

Wspomniane wyżej historie to tylko mała próbka tego, co możemy znaleźć w „Zapiskach z Królestwa”. Na potrzeby niniejszej recenzji książkę przeczytałem „od deski do deski”, ale równie dobrze można po nią sięgać w dowolnej chwili i na „chybił trafił” czytać którąkolwiek z pięćdziesięciu opowieści (zaleca to też w posłowiu Rafał Nahorny). Pięćdziesiąta historia jest bardzo osobista – Przemysław Rudzki opisuje swoją pierwszą wizytę na meczu Premier League i to, jak ona wpłynęła na jego dalsze życie. Wtedy właśnie, po słynnym e-mailu do śp. Pawła Zarzecznego, rozpoczęła się jego przygoda, a właściwie – możemy to już śmiało napisać – kariera dziennikarska. „Rudi” z pewnością zebrał dużo więcej materiału niż te 50 opowieści i z niecierpliwością czekamy na jego kolejne publikacje.

Podkreślić można jeszcze raz przepiękną okładkę Mateusza Sadowskiego, a drobne wpadki edytorskie (w kilku przypadkach numer strony z początkiem jakiegoś rozdziału, podany w spisie treści, nie zgadza się ze stanem faktycznym) dodają tylko uroku tej niezwykłej publikacji. Koledzy Przemysława Rudzkiego z Canal+ zachwycają się tą książką i nie ukrywają swojej zazdrości. Po lekturze można spokojnie przyznać, że nie jest to jedynie koleżeńska uprzejmość, ale prawdziwa i rzetelna ocena „Zapisków z Królestwa”. Polecamy z czystym sumieniem i czekamy na kolejne opowieści od Przemysława Rudzkiego. A może Rafał Nahorny, Marcin Rosłoń bądź Andrzej Twarowski zdecydują się napisać coś podobnego?

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

#wspieramretro
O Bartosz Bolesławski 49 artykułów
Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.