„Zieloni. Szombierki, niezwykły śląski klub” – recenzja

Mistrzostwo Polski wywalczone przez Szombierki Bytom w sezonie 1979/1980 do dzisiaj uchodzi za wielką niespodziankę. Złośliwi uznają „Szombry” za jednego z najsłabszych mistrzów Polski… Wbrew tym opiniom była to jednak bardzo ciekawa i mocna drużyna, prowadzona przez wielkiego Huberta Kostkę, mistrza olimpijskiego z 1972 r. i gwiazdę Górnika Zabrze. Niezwykłą historię „Zielonych” opisał w swoim reportażu znany śląski dziennikarz Paweł Czado, a jego książka ukazała się wiosną tego roku nakładem Wydawnictwa Żwakowskiego.

Paweł Czado od ponad 20 lat pracuje w katowickim oddziale „Gazety Wyborczej” i jest postacią cenioną w świecie dziennikarstwa sportowego. Słów uznania nie szczędzi mu nawet Andrzej Gowarzewski, twórca Encyklopedii Piłkarskiej FUJI – nie jest to zbyt częste.

Poza wspomnianym właśnie Gowarzewskim i Mariuszem Kowollem (autorem książki „Futbol ponad wszystko”, opowiadającej o piłce nożnej na Górnym Śląsku w latach 1939-1945) Pawła Czadę musimy uznać za jednego z najlepszych specjalistów od piłki nożnej na Górnym Śląsku.

W 2017 r. opublikował świetnie przyjętą książkę „Górnik Zabrze. Opowieść o złotych latach”, wcześniej (w 2015 r.) razem z Beatą Żurek napisał biografię trenera Antoniego Piechniczka („Piechniczek. Tego nie wie nikt”). 40-lecie niezwykłego i jedynego tytułu mistrzowskiego dla „Szombrów” stał się świetną okazją do napisania reportażu o klubie z zielonej części Bytomia.

KLIKNIJ I DOŁĄCZ DO NASZEJ GRUPY NA FACEBOOKU

Na początku trzeba zaznaczyć, że nie jest to w żadnym wypadku typowa monografia klubu sportowego. Paweł Czado specjalizuje się w reportażu i taką właśnie formę wybrał w swojej opowieści.

Szombierki kojarzą się przede wszystkim z 1980 r. i niespodziewanym mistrzostwem, więc największa część książki jest właśnie temu poświęcona. Autor dotarł do imponującej ilości bohaterów mistrzowskiej drużyny, ale do roli głównego narratora wyrasta trener Hubert Kostka, główny twórca tego wielkiego sukcesu (przejął Szombierki na ostatnim miejscu w tabeli, zapewnił utrzymanie, a 2,5 roku później zdobył mistrzostwo; kiedy odszedł z klubu, rok później Szombierki spadły do II ligi).

Opowieść zaczyna się od wizyty na „Hasioku”, nieistniejącym już dzisiaj starym stadionie Szombierek. Możemy poczytać o jego historii, budowie nowego obiektu przy ul. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego i także o tym, dlaczego mimo wszystko mistrzowskie Szombierki często grały na starym obiekcie. A potem już czeka nas opis bardziej skomplikowanej budowy, czyli tworzenia tej drużyny przez Huberta Kostkę.

Wątek każdego piłkarza jest wyczerpany, oczywiście najwięcej dowiadujemy się o tych, z którymi Paweł Czado zdołał porozmawiać. Niezwykle ciekawą postacią okazał się Jan Byś, do którego… żaden dziennikarz nigdy wcześniej nie dotarł! Wiele stron autor poświęcił Romanowi Ogazie, utalentowanemu napastnikowi, który jednak nie wykorzystał nigdy w pełni swojego potencjału, a po karierze piłkarskiej zmarł przedwcześnie na obczyźnie.

Poza częścią opisującą mistrzów z 1980 r. książka ma jeszcze dwie mniejsze: przybliżającą czasy starsze i nowsze (świetnie przedstawiona sylwetka Zenona Lisska), aż po dzisiejszą odbudowę klubu w IV lidze.

Z jednej strony może smucić, że były mistrz i wicemistrz Polski raczej nie ma perspektyw na grę na poziomie centralnym, ale z drugiej możemy się cieszyć, że „Szombry” wydostały się z długów i są stabilnym klubem, dającym wiele radości miejscowej społeczności.

Na wielki plus także aneksy na końcu książki: historie klubów z dzielnicy sprzed istnienia Szombierek, czyli Poniatowskiego i Schomberg SV 1922 oraz opowieść o szybie „Krystyna”, stanowiącym element klubowego herbu. Do tego garść statystyk, np. reprezentanci Polski z Szombierek czy wykaz wszystkich ligowych meczów w mistrzowskim sezonie.

„Zieloni. Szombierki, niezwykły śląski klub” to fascynująca reporterska opowieść przede wszystkim o klubie z Bytomia. Jednak ilość ciekawych rozmówców i historii sprawia, że dowiadujemy się tam naprawdę wielu interesujących faktów z dziejów polskiej „kopanej”; mamy np. kolejny kamyczek do ogródka trenera Jacka Gmocha, dlaczego najlepsza reprezentacja Polski w historii zawiodła na mundialu Argentyna 1978:

Ale w Rembertowie dzieją się cuda. Kostka do dziś pamięta treningi o godz. 4 rano. – To były wymysły Jacka Gmocha. Uznał, że w meczach sparingowych obrońcy grali zbyt mało agresywnie. Dlatego zaaplikował im nad ranem trening… dżudoków. Przyszedł trener dżudo i zaczął z obrońcami ćwiczyć przewroty, przerzuty itd. A przed śniadaniem poszli spać. Kiedy się na nie zwlekli z łóżek, to właściwie chodzić nie umieli. Plecy ich bolały, nogi… – wspomina.

Kiedy Gmoch chce to powtórzyć, obrońcy się buntują. Stawiają ultimatum: „jeśli to powtórzysz – wyjeżdżamy!”. – Postawili go pod ścianą – mówi Kostka. Posiada już czteroletnie doświadczenie trenerskie w lidze i zauważa, że coś jest nie tak. – Jeśli chodzi o wytrzymałość, Jacek wszedł w beztlenowe warunki trenowania. Zabił u piłkarzy szybkość, oni w pewnym momencie zaczęli człapać. Tymczasem do mundialu zostały już tylko dwa tygodnie i selekcjoner kadry się przestraszył. Zaprosił na trening szkoleniowca czołowych sprinterek Andrzeja Piotrowskiego, trenera Szewińskiej, Kłobukowskiej, Góreckiej. To był warszawiak, znajomy Gmocha. Piotrowski miał powiedzieć, co zrobić, co poprawić, żeby było lepiej. Byłem na tej odprawie. Piotrowski powiedział na niej to, co ja wcześniej: „Niestety Jacek, tego już nie naprawisz. Wszedłeś w warunki beztlenowe, ci chłopcy – choćbyś nie wiem co teraz robił – szybkości już nie zdobędą. To znaczy zdobędą: szybkość przyjdzie dwa tygodnie po mistrzostwach świata.  (s. 68-69)

Skoro mundial 1978, to też i Zbigniew Boniek. Hubert Kostka po raz kolejny potwierdza tezę, że „Zibi” uwielbiał rządzić i ustawiać wszystko po swojemu już od najwcześniejszych lat kariery:

Boniek miał już wtedy w Widzewie głos decydujący. Trenerem ich był Stasiu Świerk z Lubina, za bardzo go nie znałem. Pamiętam jak dziś: Boniek po dwóch golach podbiega do ławki rezerwowych i wrzeszczy na tego Świerka. „Ty pastuchu, nie widzisz, co się dzieje? Zrób coś?!”. Wiedziałem, dlaczego ten mecz tak przebiega, ale gdyby mnie tak piłkarz powiedział, nawet minuty dłużej na boisku by nie przebywał! Od razu wywaliłbym go do szatni! A Świerk tylko spuścił głowę na dół i nic nie powiedział. Ja go potem pytałem: „Stasiu, jak ty sobie możesz pozwolić, że zawodnik obraża cię publicznie, trenera zespołu?! Przecież my, trenerzy, nie możemy dawać się obrażać takim smarkaczom!”

– No widzisz Hubert, tak to jest… Jak ja bym Bońka ściągnął, to mnie by zaraz w Widzewie nie było. (s. 109)

A skoro już jesteśmy przy prezesie PZPN, wart wspomnieć o chyba jego największym oponencie spośród byłych kolegów z boiska:

– Jak na tamte lata Roman był napastnikiem niezwykle wszechstronnym i eleganckim w grze. Wspaniale zastawiał się ciałem, był szybki i znakomicie wyszkolony technicznie. Posiadał wspaniałą wizję gry. Grał i poruszał się po boisku z wielką inteligencją. Poza tym miał to coś, co nazywam „instynktem przewidywania”, intuicję w wyczuwaniu najlepszych rozwiązań na boisku. Jako człowiek był duszą zespołu, ale… cichą. Nigdy nie zabierał głosu, nikogo nie korygował, na nikogo nie podnosił głosu. Do dzisiaj dziw mnie bierze, gdy pomyślę, że tak spokojny człowiek jak Roman, mógł i był tak charakternym, zadziornym piłkarzem. Był przy tym człowiekiem niezwykle uczynnym i zawsze słuchającym rad innych. Okres pobytu w Lens i wspólna gra z Romanem były dla mnie jednym z najpiękniejszych okresów mojego życia, zarówno w kontekście sportowym, jak i ludzkim, przyjacielskim – podkreśla Tłokiński. (s. 101)

Mirosław Tłokiński na swojej stronie na Facebooku słynie z ostrej krytyki Zbigniewa Bońka, ale jak widać, może również wystawić laurkę osobom, które według niego na to zasługują.

Czytając takie pięknie wspomnienie o Romanie Ogazie, aż trudno uwierzyć, że tak dobry piłkarz tak słabo zapisał się w pamięci kibiców; z pewnością nie w takim stopniu, w jakim na to zasługuje. W książce Pawła Czady znajdziemy dużo więcej takich ciekawych historii o ludziach polskiej piłki, przede wszystkim jest to jednak opowieść o Szombierkach Bytom. O drużynie, ale też o kibicach – może nielicznych, ale niezwykle dumnych ze swoich „Szmobrów”:

Co się dzieje po ostatnim gwizdku? – Ach… Pierwsi kibice, źli jak diabli, opuszczali „Hasiok”, kiedy przegrywaliśmy 2:4. Rozgoryczeni szli się napić – wspomina Jan Wilim.

W Szombierkach była taka knajpa na rogu Róży Luksemburg [dziś ul. Wincentego Witosa, przyp. aut.] i Skromnej – z halą do tańca na pierwszym piętrze. Nazywała się „Dołek u Lubosa” – gospodarz warzył własne piwo.

Wilim: – Kibice pomstowali. „Ach, nasi przegrali, znowu przegrali!”. Po paru minutach przychodzi druga fala fanów z aktualizacją stanu gry. – „Zremisowali 4:4” – krzyczeli z daleka do tych, którzy przyszli wcześniej. A potem pojawia się ostatnia rozentuzjazmowana grupa ze szczęśliwymi wieściami. „Skończyło się 5:4! Wygraliśmy!”

I zaczęło się. Ci, co przyszli wcześniej nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Myśleli, że szczęśliwcy, którzy cierpliwie dotrwali do końca, nabijają się z nich. „Ja, chyba mosz ipi! Chybaś jes gupi!” – pomstowali. Niektórzy żałowali, że wyszli wcześniej. Zaczęła się bijatyka między kibicami! Ale potem, kiedy już wszyscy uwierzyli, zaczęli się ściskać i całować. A my? Po ostatnim gwizdku oszaleliśmy! Ile meczów w życiu wygrywa się w ten sposób?! (s. 171)

W recenzji książki „Zieloni. Szombierki, niezwykły śląski klub” wstawiłem aż cztery cytaty, więcej i obszerniej niż zazwyczaj. Ale to tylko świadczy o wartości dzieła Pawła Czady – nie ma sensu o niej zbyt wiele się rozpisywać, trzeba ją po prostu przeczytać!

Oczywiście może nie będzie aż tak interesująca dla kogoś, kto śląski futbol i mistrzostwa Polski sezonu 1979/1980 ma w głębokim poważaniu, ale wydaje mi się, że taka niezwykle ciepła i wciągająca opowieść zainteresuje każdego czytelnika, nawet niezbyt pasjonującego się piłką nożną na co dzień. Mistrzostwo Szombierek było wydarzeniem bardzo ciekawym, a o klubie wypowiadała się nawet noblistka Wisława Szymborska:

Odkąd Szombierki wypadły z pierwszej ligi, nie mam na temat futbolu nic do powiedzenia.

Na szczęście Paweł Czado miał do powiedzenia bardzo dużo. Wykonał świetną pracę, dotarł do mnóstwa ciekawych rozmówców i niezwykle zgrabnie przelał ich słowa na papier. Nawet jeśli nazbyt często Stanisław Kwaśniowski w tekście przeistacza się w Kwaśniewskiego, w żadnym stopniu nie wpływa to na jakość książki. Jest to świetna publikacja i polecam, a wręcz gorąco namawiam do przeczytania!

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Zieloni. Szombierki, niezwykły śląski klub oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.