Generał Leszek Pisz

Dzisiaj każde uderzenie z rzutu wolnego, które wyląduje w siatce, od razu obiega pół świata i ma setki tysięcy wyświetleń na Youtube. Jak ktoś trzy razy w sezonie strzeli bramkę ze stałego fragmentu gry, od razu obwoływany jest królem rzutów wolnych. Kilka lat przed erą Internetu po polskich boiskach biegał zawodnik, który wolne wykonywał w taki sposób, że gdyby ówcześni komentatorzy znali okrzyk „Que Golazo!”, to mogliby ćwiczyć hiszpańską wymowę praktycznie co weekend. Mały generał z Legii Warszawa, czyli Leszek Pisz.

 

Przeczytaj także: „Roberto Baggio – przeklęty geniusz”

 

Leszek Pisz urodził się w  18 grudnia 1966 roku w Dębicy. Swoją karierę rozpoczynał w miejscowej Wisłoce, skąd w wieku 18 lat przeniósł się do największego rywala zza miedzy, czyli do Iglopolu. To tam niskiego pomocnika wypatrzyli włodarze Legii, którzy zapragnęli mieć go w swoich szeregach i w sezonie 1986/1987 Pisz przeniósł się do Warszawy. Na początku nie mógł się przebić do składu i na chwilę wrócił jeszcze do Dębicy, ale już kolejny sezon rozpoczął w barwach zespołu ze stolicy, z którym w ciągu czterech lat zdobył dwa krajowe puchary i Superpuchar.

Jednak w pewnym momencie filigranowy rozgrywający stracił zaufanie trenerów i na rok został odesłany do Motoru Lublin. Sezon 1991/1992 był jednym ze słabszych dla Legii i do samego końca musiała walczyć o utrzymanie w 1 lidze. W tym czasie Pisz bardzo, mimo słabej postawy Motoru, dobrze spisywał się w Lublinie i zdobył osiem bramek, nie tylko znakomicie wykonując rzuty wolne, ale też rozdzielając piłki na środku pola i dyrygując grą zespołu. Legia się utrzymała, ale konieczne były zmiany i Pisz wrócił do Warszawy, dostając drugą szansę, którą tym razem w pełni wykorzystał.

Już w 1992 roku w Warszawie zmontowano świetną ekipę, w której znakomicie odnalazł się pomocnik z Dębicy. Takie postacie jak Maciej Szczęsny, Wojciech Kowalczyk, Radosław Michalski czy niedawny szkoleniowiec kadry olimpijskiej Janusz Wójcik budziły postrach w całej lidze. Mocne zespoły posiadały również Lech Poznań i ŁKS Łódź i to właśnie ta trójka do samego końca walczyła o mistrzostwo. Ostatecznie przypadło ono Legii, po wysokim zwycięstwie 6:0 nad Wisłą Kraków. W rozgrywanym równolegle meczu, sędziowanym przez Michała Listkiewicza, ŁKS wygrał z Olimpią Poznań 7:1 i zakończył rozgrywki na drugi miejscu. Do akcji wkroczył jednak PZPN i unieważnił oba spotkania, przez co mistrzem został Lech Poznań. W swojej książce wydanej kilka lat później Janusz Wójcik pisze o ukradzionym tytule, wtóruje mu zresztą Wojciech Kowalczyk. Z kolei Maciej Szczęsny między wierszami wspomina, że mecz był ustawiony. Tak czy owak, Pisz i reszta świętowanie musieli odłożyć o kolejny rok.

A o tym, że bawić się potrafili, przekonywali nie raz. Do historii przeszedł słynny Garaż, gdzie spotykali się wszyscy zawodnicy. Jak wspomina sam Pisz, szli wszyscy, zdarzało się, że dwóch albo trzech nie mogło, ale stanowili drużynę zarówno na boisku, jak i poza nim. Nigdy po treningu nie rozchodzili się do domów, a każdy mecz omawiali, nierzadko w twardych męskich słowach, do późnych godzin nocnych. Nie przeszkadzało im to jednak być jedną z najlepszych klubowych ekip w historii polskiego futbolu, dość mocno kontrastującą z obecnymi zespołami, w których głównym tematem rozmów są torebki od włoskich bądź francuskich projektantów.

sanmarinosklad
Reprezentacja przed meczem z San Marino (1993 rok). Od lewej: Roman Szewczyk (kapitan), Piotr Czachowski, Andrzej Juskowiak, Tomasz Wałdoch, Jacek Ziober, Aleksander Kłak; klęczą: Jan Furtok, Leszek Pisz, Jerzy Brzęczek, Marek Koźmiński, Roman Kosecki.

Stracony tytuł powetowali sobie już w następnym sezonie, kiedy pewnie sięgnęli po mistrzostwo, dokładając do tego Puchar Polski. Coraz większą rolę w drużynie odgrywał Pisz, który zdobył sześć bramek, a do tego niepodzielnie rządził w środku pola, zyskując przydomek generał, co doskonale odzwierciedlało jego postawę na boisku. Mimo niskiego wzrostu doskonale operował piłką, grał twardo i nieustępliwie, miał znakomity przegląd pola i był prawdziwym mózgiem Legii. Niestety po bardzo udanym sezonie na krajowych boiskach  przyszedł zimny prysznic w eliminacjach do Ligi Mistrzów, gdzie po dwóch porażkach z Hajdukiem Split dość szybko pożegnali się z rozgrywkami. To jednak nie podcięło skrzydeł drużynie, która ponownie rozdawała karty w polskiej lidze.

Sezon 1994/1995 okazał się jednym z najbardziej udanych zarówno dla Legii, jak i dla Leszka Pisza i to mimo tego, że przystępowali doń z trzema ujemnymi punktami. Klub jako pierwszy w historii sięgnął po potrójną koronę, zdobywając mistrzostwo, Puchar Polski i Superpuchar, a piłkarz z Dębicy zaliczył w sezonie 11 trafień, raz po raz strącając pajęczyny z okienek bramkarzy. Długie godziny spędzone na trenowaniu rzutów wolnych przynosiły efekty i jak tylko ustawiał piłkę przed polem karnym, bramkarze zaczynali drżeć. On sam wspomina, że często, kiedy drużyna trenowała w lesie, on zostawał z bramkarzami i wykonywał setki rzutów wolnych, doprowadzając je do perfekcji. Strzelał do czasu, kiedy ból w nodze stawał się nie do zniesienia, ale potem na boisku w zasadzie nie zdarzało mu się trafiać w kolana stojących w murze piłkarzy. Wojciech Kowalczyk napisał kiedyś, że za dobrze wykonującego rzuty wolne uważa się Roberto Carlosa, który na 10 prób zabijał osiem gołębi, jednego zawodnika w murze, a raz strzelał bramkę, natomiast niewiele mówi się o Leszku Piszu, który na tyle samo prób zdobywa trzy gole, a sześć razy sprawia olbrzymie kłopoty bramkarzowi.

Po tak udanym sezonie na krajowym podwórku, przyszedł czas na podbój Europy. Rywalem w eliminacjach do liczącej wtedy tylko 16 zespołów Ligi Mistrzów był szwedzki IFK Goteborg. Pierwszy mecz w Warszawie zakończył się jednobramkowym zwycięstwem Legionistów, po golu z karnego Jerzego Podbrożnego. Mecz w Szwecji jeszcze przed pierwszym gwizdkiem przyniósł sporo emocji. Będący wtedy trenerem Legii Paweł Janas postanowił, że kapitan zespołu Leszek Pisz zacznie spotkanie na ławce. Wywołało to wściekłość zawodnika, który wcale się z tym nie krył. Jak wspominają jego koledzy, aż się gotował. Murem stanęli za nim również inni, starając się wymóc na trenerze zmianę decyzji. Ten jednak pozostał nieugięty, argumentując, że potrzebuje piłkarzy do ostrej walki, a nie wirtuozów. Rewanż lepiej zaczął się dla gospodarzy, którym prowadzenie dał znany z późniejszych występów w Manchestrze United Jesper Blomqvist. W przerwie popularny Pawka zdecydował się, że wpuści swojego kapitana na boisko, niejako przyznając się do błędnej decyzji. Naładowany energią Pisz dał Legionistom wyrównanie, strzelając bramkę głową! Mimo tego, że mierzył zaledwie 167 centymetrów, przechytrzył rosłych Szwedów i drużyna z Warszawy jedną nogą była w upragnionej Lidze Mistrzów. IFK, które już w pierwszej połowie z powodu czerwonej kartki straciło jednego zawodnika, zupełnie się pogubiło i kończyło mecz w dziewiątkę. W ostatniej minucie spotkania bramkę zdobył jeszcze Jacek Bednarz i to Legia świętowała pierwszy w historii polskiej piłki awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Spotkanie Legia – Rosenborg i dwie bramki Pisza.
Tam musieli mierzyć się z mistrzem Rosji Spartakiem Moskwa, dość niespodziewanym triumfatorem Premiership Blackburn Rovers ze wschodzącą gwiazdą angielskiej piłki Alanem Shearerem i Rosenborgiem Trondheim. To właśnie z mistrzem Norwegii zmierzyli się na inaugurację rozgrywek piłkarze Legii. Na Łazienkowskiej znowu dał o sobie znać geniusz Pisza, który strzelił przybyszom ze Skandynawii dwie bramki. Trzecią dołożył Ryszard Staniek i ekipa ze Stolicy wygrała 3:1. Później udało się jeszcze pokonać u siebie Blackburn, a potem też zremisować w Anglii. Mimo trzech porażek Legioniści z drugiego miejsca wyszli z grupy i jako jedyny w historii polski zespół zagrali w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Tam niestety trafili na znakomicie dysponowanego Krzysztofa Warzychę i jego Panathinaikos. Po bezbramkowym remisie u siebie Legia przegrała 0:3 w Atenach i pożegnała się z europejskimi pucharami.

Długa gra w Lidze Mistrzów właściwie nie miała przełożenia na postawę Legii w polskiej ekstraklasie. Zespół z Warszawy jak zwykle walczył o mistrzostwo, a Pisz notował kolejny znakomity sezon, ponownie strzelając 11 bramek w sezonie. Niestety pod koniec sezonu stracili mistrzostwo na rzecz Widzewa Łódź i zakończył się pewien okres w historii drużyny z Warszawy. Najlepsi zawodnicy rozeszli się po Europie, skuszeni wielkimi pieniędzmi, niedostępnymi w Polsce.

Podobnie postąpił Leszek Pisz, który obrał kierunek południowy i podpisał kontrakt z PAOK-u Saloniki. Liczył, że w Grecji, w której żyło się wtedy bardzo dobrze, zagrzeje miejsce na dłużej. Niestety w pierwszym meczu trener wystawił go na dość nietypowej jak dla niego lewej obronie (Na podobny manewr zdecydował się Henning Berg wystawiając na lewej obronie Stojana Vranjesa. Niestety i efekt był podobny.). Polak zawalił jedną z bramek i został obarczony winą za porażkę. Rozsierdziło go to, bo całe życie kreował grę na środku pomocy, a tutaj ktoś wymagał od niego nagle gry na boku obrony. Postanowił, że kończy z grecką piłką i wraca do Polski. Widocznie jednak Grecja była mu pisana, bo po dwóch tygodniach jego menedżer zadzwonił, że ma dla niego kolejną propozycję, tym razem z Kavali. Pisz zareagował nieco inaczej niż nasz późniejszy selekcjoner, potraktował sprawę poważnie i była to jedna z najlepszych decyzji, jaką podjął w życiu.

W tym niewielkim klubie grającym w greckiej ekstraklasie został prawdziwą gwiazdą i znowu czarował kibiców świetnym rozegraniem i znakomitymi rzutami wolnymi. Już nie musiał grać na lewej obronie i mógł robić to, co wychodziło mu najlepiej, kreował grę. Po kilku latach wybrano go nawet na najlepszego sportowca 40-lecia, co uważa za jedno ze swoich największych osiągnięć. Jak sam mówi, znalazł tam swój drugi dom, ale tęsknił za Ojczyzną i na koniec kariery wrócił do Polski. Zdążył jeszcze zagrać kilka spotkań dla Śląska Wrocław i Pogoni Staszów i zakończył karierę.

01slask2_f12
W barwach Śląska Wrocław, w meczu przeciwko Legii.

Jedyną rysą na jego karierze była reprezentacja. Rozegrał w niej tylko 14 spotkań i zdobył jedną bramkę. Kolejni selekcjonerzy woleli stawiać na innych, a filigranowy rozgrywający mógł tylko oglądać mecze kadry w telewizji. Zresztą całą karierę pozostawał lekko w cieniu. Co prawda w 1995 otrzymał nagrodę Piłkarza Roku tygodnia Piłka Nożna, ale poza tym spadało na niego niewiele indywidualnych zaszczytów. A to przecież środkowy pomocnik, który w swojej karierze strzelił 81 ligowych bramek, doprowadził rzuty wolne niemal do perfekcji, zdobył cztery krajowe Puchary, dwa mistrzostwa, Superpuchar, wprowadził swój klub do Ligi Mistrzów i przez wiele lat czarował kibiców na boiskach ekstraklasy. Był typem klasycznego rozgrywającego w starym stylu, dyrygującego zespołem ze środka pola. Skutecznością i charakterem zawstydziłby większość naszych ligowców. On trenował rzuty wolne, dopóki mógł znieść ból w nodze, dzisiaj zawodnicy mówią, że nie trenują bo nie mogą znaleźć bramkarza albo że rzuty wolne im nie wychodzą, bo piłki są za ciężkie. Dlatego właśnie każdy, kto miał okazję widzieć na żywo jak gra, wspomina te czasy z utęsknieniem.

KUBA KĘDZIOR

 

Kuba Kędzior
O Kuba Kędzior 22 artykuły
Fan futbolu i sportów wszelakich, ekscytuje się zarówno derbami Belgradu jak i Pucharem Świata w bobslejach. Kiedy już nie śledzi sportowych zmagań, chętnie sięga po dobrą książkę albo płytę z ambitną muzyką.