Skojarzeń z Warszawą każdy z nas ma z pewnością wiele. Mało komu jednak stolica naszego kraju kojarzy się z żużlem. Nie ma tam klubu, brakuje toru, sportowi kibice pasjonują się na co dzień zupełnie innymi dyscyplinami. A jednak właśnie w Warszawie odbyło się jedno z najważniejszych wydarzeń w światowym speedwayu. Zapraszamy na naszą opowieść z podróży na Drużynowy Puchar Świata.
Na początek tradycyjnie przedstawiamy kontekst. Drużynowy Puchar Świata jest kontynuacją drużynowych mistrzostw świata rozgrywanych w przeszłości. Ich pierwsza edycja odbyła się w 1960 roku. Zawody pod szyldem DPŚ zaczęto rozgrywać co roku w latach 2001 – 2017. Od 2018 roku najlepszą żużlową reprezentację wyłaniają rozgrywki Speedway of Nations będące rywalizacją par.
W roku 2020 ogłoszono, że do kalendarza powróci klasyczny DPŚ, lecz będzie organizowany tylko raz na trzy lata – zamiast tradycyjnego SoN. Najwięcej tytułów – piętnaście – ma w dorobku Dania. W klasycznym formacie najlepsza jest jednak Polska, która triumfowała w nim dziewięciokrotnie.
Silne polskie tradycje
To właśnie dominacja Biało-czerwonych sprawiła, że format został zmieniony. Od kiedy drużynowego czempiona wyłania się w zmaganiach par, Polacy ani razu nie zdobyli złota. Od 2018 roku trzykrotnie zwyciężali Rosjanie, później na najwyższym stopniu podium stawali Brytyjczycy i Australijczycy.
Powrót klasycznej odmiany drużynowych mistrzostw przypadł na 2023 rok. Nasi żużlowcy od razu wrócili na szczyt, wygrywając turniej we Wrocławiu. Przez kolejne dwa lata znów rywalizowano w parach. Najlepsze okazywały się Wielka Brytania i Australia. Teraz przyszedł czas na kolejną odsłonę DPŚ. Format ten sprawiał, że polscy kibice znów mogli nastawiać się na wielki sukces.
Areną rywalizacji w DPŚ 2026 był PGE Narodowy w Warszawie – stadion kojarzący się głównie z piłką nożną. Mniej więcej raz w roku obiekt ten zamienia się w świątynię żużla. Zazwyczaj odbywa się tam runda Grand Prix, teraz jednak postanowiono zorganizować imprezę wyłaniającą najlepszą drużynę. Zrobiono to zresztą z ogromną pompą.
Przypomnijmy, że w kwietniu w Rzeszowie odbyły się Drużynowe Mistrzostwa Europy, o których pisaliśmy tutaj. Polacy zajęli w stolicy Podkarpacia drugie miejsce, uznając wyższość Duńczyków. W Warszawie reprezentacja prowadzona przez Stanisława Chomskiego celowała w złoty medal.
Pociągiem do stolicy
Podróż z Rzeszowa do Warszawy przebiegała spokojnie, przynajmniej w porównaniu do kilku innych tegorocznych wojaży. Nie było niepewności związanej z pociągowymi łóżkami, jak w przypadku wyjazdu do Poznania, ani też pogmatwanych przesiadek, jak przy okazji wycieczki do Łodzi.
Pociąg mknął szybko i bez problemów dotarł do mety. Tuż po wysiadce na warszawskim dworcu ruszyliśmy w poszukiwaniu dobrej gastronomii. Trafiliśmy do przeuroczej, malutkiej knajpki. W środku były tylko dwa stoliki, panował za to swojski klimat, a pizza smakowała doskonale.
Jeszcze tylko krótki odpoczynek w hotelu i można było ruszyć spacerem w kierunku PGE Narodowego. Już na początku przechadzki zatrzymała nas grupka ludzi, którzy widząc, że mamy biało-czerwone szaliki, zapytali o to, co za mecz odbywa się dziś w Warszawie.
Cóż, z dala od stadionu atmosfera wielkiego sportowego wydarzenia nie była zbyt mocno odczuwalna. Zdecydowanie inaczej było w okolicach naszego narodowego obiektu. Już dwie godziny przed rozpoczęciem zawodów dookoła dominowały barwy najdroższe polskim sercom.
Na stadion przez Park Skaryszewski
Droga do miejsca żużlowej rywalizacji wiodła nas przez przepiękny Park Skaryszewski. Zanim więc rzuciliśmy się w wir sportowych emocji, oddaliśmy się podziwianiu uroków przyrody. Po prawej ręce płynie strumyk, po lewej szumią potężne drzewa, a pod nogami przebiega wiewiórka w ogóle niespeszona obecnością ludzi, a nawet chętnie pozująca do zdjęć.

W Parku Skaryszewskim natrafiamy na ciekawy sportowy akcent – stadion warszawskiego Drukarza. Klub założony w 1926 roku występuje obecnie w V lidze mazowieckiej. W przeszłości grali w nim bracia Marcin i Michał Żewłakowowie. Duże sukcesy odnosiła też sekcja łucznicza, którą reprezentowała Irena Szydłowska, wicemistrzyni olimpijska z Monachium.

Gdy wyszliśmy z Parku Skaryszewskiego, naszym oczom ukazał się PGE Narodowy w pełnej krasie. Jeszcze przed bramą można było poczuć namiastkę wrażeń, które na nas czekały. A po wejściu na obiekt emocje rosły coraz bardziej.
Trudno wskazać faworyta
Oprócz reprezentacji Polski w turnieju finałowym Drużynowego Pucharu Świata wystąpiły Australia, Dania i Wielka Brytania. W półfinałach, które odbyły się w Landshut i Rydze, odpadły Czechy, Niemcy, Ukraina, Szwecja, Łotwa i Norwegia. Wielu ekspertów upatrywało triumfatorów w zespole z Antypodów.
W przepięknie wydanym programie zawodów znalazł się między innymi wywiad z Bradym Kurtzem. Aktualny wicemistrz świata jest obecnie jednym z głównych rywali Bartosza Zmarzlika i wiele wskazuje na to, że ich rywalizacja może stać się wkrótce prawdziwą sportową klasyką. Australijczyk zwrócił uwagę na to, że tor postawiony specjalnie na warszawskie zmagania niezupełnie może pomóc gospodarzom:
Zawody w Warszawie zapowiadają się wyjątkowo ciekawie, bo nie sądzę, aby Polacy mieli taki atut toru, jaki mieliby na każdym innym obiekcie w swoim kraju. To powoduje, że może być bardzo wyrównanie i nieprzewidywalnie.
Na kolejnych stronach opublikowana została rozmowa z naszym selekcjonerem, Stanisławem Chomskim, który przyznał, że walka na PGE Narodowym zapowiada się wyjątkowo ciekawie, a o wskazanie faworyta jest bardzo trudno:
Dawno nie było tak, żeby finał zapowiadał się aż tak wyrównany. Składy są podobne. Każdy ma wielkie gwiazdy. Myślę, że to jest akurat dla nas korzystne. Z każdym będzie można wygrać, ale z każdym też stracić punkty. Tu nie będzie tak, że o złoto będą biły się dwie reprezentacje. Często było tak, że jak były dwie silne ekipy, to jakieś jedno potknięcie miało ogromne znaczenie i trudno było to odrobić. W Warszawie będzie inaczej. Zakładam, że każdy będzie mógł liczyć się w grze o złoto do samego końca.
Wielki triumf Australijczyków
Ponad 40 tysięcy kibiców zasiadło w sobotni wieczór na trybunach PGE Narodowego. Był wśród nich Ove Fundin. Legendarny szwedzki żużlowiec, patron Drużynowego Pucharu Świata, ma już 93, ale mimo wieku wsiadł na motocykl i przed rozpoczęciem zawodów przejechał przed polską publicznością.
Później na torze pojawili się aktualnie startujący zawodnicy, którzy rozpoczęli walkę o główne trofeum. Nasz kraj reprezentowali Bartosz Zmarzlik, Maciej Janowski, Dominik Kubera, Patryk Dudek i Kacper Woryna.

Od początku karty rozdawali jednak Australijczycy, którzy w pierwszej serii wygrali wszystkie biegi, zdobywając komplet dwunastu punktów. Polacy na pierwsze zwycięstwo musieli czekać aż do ósmej gonitwy, w której najlepszy okazał się Zmarzlik. Po dwóch seriach nasi byli na drugim miejscu, ale do liderów tracili osiem oczek.
Po trzeciej serii strata zmniejszyła się do sześciu punktów i nadzieja na złoto wciąż tliła się w sercach miejscowych kibiców. Z drugiej strony Biało-czerwoni musieli się mieć na baczności, gdyż ich przewaga nad Duńczykami i Brytyjczykami była minimalna.

Świetnie zaczęła się dla nas czwarta seria. Rezerwowy Woryna odniósł zwycięstwo, które przybliżyło gospodarzy na cztery punkty. Australijczycy coraz mocniej czuli na plecach oddech Polaków. Później przewaga naszych rywali znów zaczęła rosnąć. W jednym z kolejnych biegów Woryna zaliczył upadek i został wykluczony, co nie spodobało się publiczności.
Przed biegami nominowanymi spadliśmy na trzecie miejsce. Wyprzedziła nas Dania, a Australia coraz bardziej przybliżała się do upragnionej wiktorii. Obrazek, który być może najmocniej zostanie zapamiętany z warszawskich zawodów, miał miejsce w osiemnastym biegu. Zmarzlik wyprzedził Mikkela Michelsena. Duńczyk przewrócił się, a później rozzłoszczony ruszył w kierunku indywidualnego mistrza świata.

Udało się go na szczęście zatrzymać, ale po całej akcji długo było słychać z trybun przeszywające gwizdy. Michelsen zareagował, przykładając dłoń do ucha. Został wykluczony, a gdy realizator pokazał go na ogromnym telebimie, publiczność znów wyrażała silną dezaprobatę.
Już po dziewiętnastym biegu wszystko było jasne. Australijczycy zapewnili sobie tytuł. Stawką ostatniej gonitwy był srebrny medal, na który szansę mieli Polacy i Duńczycy. Ostatecznie drugie miejsce padło łupem Skandynawów, gospodarzom przypadł zaś najniższy stopień podium.
Show na torze i poza nim
Ryan Douglas, Brady Kurtz, Jason Doyle, Max Fricke i Rohan Tungate (rezerwowy, który nie pojawił się na torze). To oni wywalczyli złoto dla Australii. Pewnie nieprzypadkowo w chwili ich triumfu z głośników popłynęła muzyka AC/DC – jednego z najsłynniejszych zespołów z kraju drużynowych mistrzów świata.
Zawody w Warszawie były nie tylko ciekawym widowiskiem sportowym, ale również prawdziwym show przygotowanym przez organizatorów. Oprawa imprezy była szalenie efektowna, a kibice dostali sporą dawkę wrażeń także po zakończeniu rywalizacji. Gdy medale zostały rozdane, na widzów czekał pokaz fajerwerków pod zamkniętym dachem. Przy dźwiękach utworu „Don’t Stop Me Now” zespołu Queen odbył się niezwykły spektakl.

Później kibicom opuszczającym trybuny towarzyszyły jeszcze polskie szlagiery na czele ze „Snem o Warszawie” Czesława Niemena. To był piękny i emocjonujący wieczór, po którym trudno było zasnąć. Jedyny niedosyt stanowił brak triumfu reprezentacji Polski, ale taki jest sport. Australijczycy tego dnia byli po prostu najlepsi.
Pożegnanie z Warszawą
Na drugi dzień trzeba było opuścić Warszawę. Powrót do Parku Skaryszewskiego, spacer po Saskiej Kępie, przejście nad Wisłą, szybkie zwiedzanie Łazienek Królewskich. Tak przedstawiały się ostatnie punkty naszej wizyty w stolicy.

Udało się jeszcze trafić na ulicę Myśliwiecką, skąd nadaje Program Trzeci Polskiego Radia i gdzie mieszczą się korty Legii. Na stadion tego klubu przy ulicy Łazienkowskiej spojrzeliśmy tylko z daleka, bo czas odjazdu pociągu nadchodził nieubłaganie.

Do Rzeszowa wróciliśmy z pięknymi wspomnieniami. Kiedyś trzeba będzie ponownie odwiedzić Warszawę, by zobaczyć jeszcze więcej. A przy okazji uszyć kolejną sportowo-podróżniczą opowieść.

