Argentyna vs. Kolumbia 1993, czyli pogrom na El Monumental

Czas czytania: 5 m.

My, Argentyńczycy, jesteśmy gdzieś tutaj – powiedział Diego Maradona, sytuując otwartą dłoń na wysokości klatki piersiowej. Kolumbia jest tutaj – dodał, umieszczając drugą dłoń kilkanaście centymetrów niżej. Taka jest historia i nie powinniśmy jej zmieniać. Boski Diego wyraźnie dawał do zrozumienia, że Albicelestes są faworytem starcia, decydującego o losach awansu na Mistrzostwa Świata w 1994 roku. Nie mógł się bardziej pomylić…

Przed meczem

Przytoczona we wstępie wypowiedź, udzielona przez Maradonę argentyńskiej telewizji na kilka dni przed meczem, nie była tylko czczą przechwałką. Kraj Tanga wtedy, jak i teraz był narodem o wiele bardziej utytułowanym piłkarsko niż ekipa Los Cafeteros. Albicelestes dzierżyli dwa ostatnie tytuły mistrzów Ameryki Południowej (łącznie mieli ich 11). Ten drugi padł ich łupem zaledwie trzy miesiące wcześniej. Ojczyzna Pablo Escobara w tamtym momencie nie miała na swoim koncie żadnego takiego sukcesu. Kolumbijczycy zaledwie dwa razy wystąpili na mistrzostwach świata. Kraj Tanga dwa razy sięgał za to po trofeum dla najlepszej reprezentacji globu.

Kolumbijczycy zajęli na kontynentalnym czempionacie w 1993 roku najniższy stopień podium. Ulegli wówczas Argentynie w półfinale, po serii rzutów karnych. Tak nieznaczny triumf zespołu prowadzonego przez Alfio Basile mógłby nakazywać Maradonie – który zresztą na wspomnianym  Copa America nie zagrał – wstrzemięźliwość. Mógłby, gdyby to nie był Maradona.

Zresztą sygnał ostrzegawczy Kolumbijczycy wysłali jego rodakom już trzy tygodnie wcześniej. 15 sierpnia zwyciężyli w pierwszym starciu eliminacyjnym obu ekip w Cali 2:1, kończąc tym samym 33-meczową passę bez porażki w wykonaniu bardziej utytułowanego rywala.

W tabeli eliminacyjnej to właśnie Los Cafeteros przewodzili czterozespołowej grupie (strefa południowoamerykańska była wówczas podzielona w czasie kwalifikacji na dwie grupy). Albicelestes plasowali się o jeden punkt za nimi. Dwa punkty za Argentyną znajdował się Paragwaj, a tabelę zamykało Peru, które nie zdołało wywalczyć żadnej zdobyczy. Do zakończenia kwalifikacji pozostała jedna kolejka spotkań. Gospodarze starcia na szczycie potrzebowali do awansu zwycięstwa, gościom wystarczał remis. Drużynę z drugiego miejsca czekał baraż interkontynentalny z Australią.

Pierwsza połowa

Areną zmagań w czasie starcia z 5 września 1993 roku był stadion El Monumental w Buenos Aires. Obiekt, na którym na co dzień swoje mecze rozgrywa zespół River Plate, miał kontynuować tradycję niepokonanej twierdzy. Wszak do tamtego momentu Albicelestes nigdy nie zaznali goryczy porażki na własnym stadionie w czasie eliminacji do World Cup.

Wymądrzający się przed meczem Maradona występował jedynie w roli eksperta telewizyjnego. Nie miał realnego wpływu na losy spotkania, gdyż trener Basile po raz kolejny nie zdecydował się powołać legendarnego gracza do kadry. Diego od niedawna był piłkarzem Newell’s Old Boys, ale co chwila wybuchały wokół niego skandale, a formą kompletnie nie przypominał piłkarza z poprzedniej dekady. Mimo to decyzja selekcjonera o pomijaniu La Pelusy przy powołaniach nie przypadła do gustu sporej części opinii publicznej. Sam mecz tylko pogłębił to niezadowolenie.

Początek spotkania nie wskazywał na to, co miało się wydarzyć później. Argentyńczycy ruszyli z animuszem na bramkę strzeżoną przez Oscara Cordobę i zyskali optyczną przewagę. Nie potrafili jednak postawić kropki nad „i”.  Później mecz się wyrównał, a niecałe pięć minut przed zakończeniem pierwszej połowy El Monumental ucichło po raz pierwszy.

Carlos Valderrama świetnie wypatrzył na prawym skrzydle Freddy’ego Rincona. Ten pognał niepilnowany w kierunku bramki gospodarzy, wyminął strzegącego jej Sergio Goycocheę i umieścił piłkę w siatce. Wizja bezpośredniego awansu na mundial zaczęła się niebezpiecznie oddalać od Argentyńczyków.

Druga połowa

Nie wiadomo co Alfio Basile powiedział swoim podopiecznym w czasie przerwy, ale nie poskutkowało. Zdecydowanie lepiej na piłkarzy gości wpłynęły słowa Francisco Maturany.

Cztery minuty po wznowieniu gry przewaga Kolumbii wynosiła już dwa gole. Rincon posłał długą piłkę w pole karne rywala, którą przejął Faustino Asprilla. Ówczesny napastnik AC Parmy zakręcił Jorge Borellim i nie dał szans Goycochei. Kibice zgromadzeni na Estadio Monumental kręcili głowami z niedowierzaniem.

Albicelestes nie składali broni. Dwa razy groźnie próbował odpowiedzieć Gabriel Batistuta, ale na posterunku stał Cordoba. Chwilę później pojedynek z kolumbijskim golkiperem przegrał Alberto Acosta. Bramka Los Cafeteros była jak zaczarowana.

W 72. minucie Rincon pogrążył miejscowych fanów w rozpaczy. Gdy wyprowadził swój zespół na trzybramkowe prowadzenie, stało się jasne, że to gracze trenowani przez Maturanę mogą szykować się do wyjazdu na światowy czempionat.

Kolumbijczykom było jednak mało, a gospodarze stracili kompletnie ducha walki. 120 sekund później dublet skompletował również Asprilla, który zabawił się z Goycocheą, lobując źle ustawionego bramkarza miejscowych.

Dzieła zniszczenia dopełnił Adolfo Valencia, który wykorzystał kapitalne zagranie w uliczkę Asprilli. Było to również kolejne trafienie, które obciążało konto Sergio Goycochei, źle wychodzącego do piłki. Zdecydowanie nie był to dobry dzień bramkarza River Plate.

Po meczu całe Estadio Monumental na stojąco, przez kilka minut, oklaskiwało piłkarzy Los Cafeteros, doceniając ich kunszt.

Po meczu

Nie chciałbym nigdy więcej myśleć o tym meczu. To była zbrodnia przeciw naturze. Dzień, w którym chciałem wykopać dziurę w ziemi i własnoręcznie się w niej pochować.

Alfio Basile

Gazeta El Grafico zamieściła dzień po meczu czarną okładkę z wielkim tytułem Verguenza (Wstyd). Program telewizyjny Tiempo Nuevo, w którym omawiano najważniejsze wydarzenia w kraju z ostatniego tygodnia, w całości został poświęcony klęsce w Buenos Aires. Mecz ten porównywano do dwóch innych wielkich porażek argentyńskiego futbolu – przegranej 1:6 z Czechosłowacją w 1958 roku i 0:4 z Holandią w 1974 roku. Obie miały jednak miejsce na mistrzostwach świata. Upokorzenie z rąk Kolumbii stawiało znak zapytania w kontekście udziału Albicelestes na kolejnym mundialu.

Niesamowity styl Kolumbii. Uczta dla ich nóg, radość dla naszych oczu i wszystko zmieniający taniec, wykonany do własnoręcznie skomponowanej muzyki.

Eduardo Galeano, urugwajski pisarz i dziennikarz

Selekcjoner Francisco Maturana tak natomiast opowiadał o tamtej drużynie.

Zanim objąłem po raz pierwszy kadrę w 1987 roku, nigdy nie mieliśmy wytyczonej własnej drogi. Postanowiliśmy, że nasz styl będzie wyrażał to, czym jest Kolumbia jako kraj. Ludzie potrafiący być szczęśliwymi, potrafiący być marzycielami. Ludzie, którzy łatwo się inspirują.

Rincon, Valderrama czy Asprilla. Ci zawodnicy z pewnością potrafili uosabiać tak pięknie określony przez Maturanę styl gry. Mecz z Argentyną był prawdziwym spektaklem, który ucieleśniał ducha radosnego, latynoskiego futbolu z całym ładunkiem zaklętych w nim pastelowych kolorów. Spektaklu odegranego w końcu przez kogoś innego niż Brazylia lub Argentyna.

Niestety kolumbijski futbol miał też drugą twarz, bardziej mroczną. W Bogocie radość ze świętowania awansu na mistrzostwa świata przeistoczyła się w zamieszki, które pochłonęły 80 ofiar.

Mistrzostwa smutku

Ostatecznie Argentyńczycy również pojechali na turniej do Stanów Zjednoczonych. Na barażowy dwumecz z Australią Alfio Basile zdecydował się w końcu powołać Diego Maradonę. Albicelestes nie bez problemu wyeliminowali Kangury, remisując na wyjeździe 1:1 i skromnie pokonując przybyszów z Antypodów u siebie 1:0.

Na samym turnieju udało im się wyjść z grupy, lecz w 1/8 finału musieli uznać wyższość  Rumunii. Cały ich występ został jednak przyćmiony skandalem dopingowym wywołanym przez Maradonę, w którego organizmie wykryto pięć niedozwolonych substancji, co wiązało się z niechlubnym końcem kariery reprezentacyjnej Boskiego Diego.

Jeszcze smutniejsze zakończenie miał udział w czempionacie Los Cafeteros, którzy dzięki udanej kampanii eliminacyjnej byli typowani do roli jednego z czarnych koni turnieju. Niespodziewane porażki z Rumunią i Stanami Zjednoczonymi przekreśliły jednak ich szanse na wyjście z grupy. Na osłodę Kolumbijczycy pokonali Szwajcarów.

Prawdziwa tragedia nastąpiła jednak już po powrocie piłkarzy do domu, kiedy to nie potrafiący się pogodzić z porażką szalony kibic, zastrzelił Andersa Escobara – strzelca samobójczego gola w starciu z zespołem USA.

Absurdy kolumbijskiego futbolu dały o sobie znać po raz kolejny. Niemal dziecięca radość z gry została zastąpioną dziką przemocą. Obie te cechy koegzystowały – jak gdyby nigdy nic – w piłkarskim DNA tego państwa. Zresztą kolorowe ptaki kolumbijskiej piłki, Freddy Rincon i Rene Higuita, również wpisały w swój życiorys związki z rodzimymi kartelami kokainowymi.

Zabójstwo Escobara było smutnym finałem dramatu, który rozpoczął się pięknym aktem w postaci wspaniałego triumfu na Estadio Monumental. Na koniec pozostało tylko wspomnienie tamtego wielkiego zwycięstwa, jednego z najwspanialszych w całej historii kolumbijskiego futbolu.

RAFAŁ GAŁĄZKA

Źródła
Rafał Gałązka
Rafał Gałązka
Futbolowy konserwatysta. Przeciwnik komercjalizacji piłki, fan świateł rac na trybunach. Sympatyk Arsenalu i lokalnego LKS "Dąb" Barcin. Beznadziejnie zakochany w Reprezentacji Polski. Głównie piłka polska oraz angielska.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Archiwum wyników III ligi 1995-96

W tym artykule przygotowaliśmy dla Was wyjątkowe zestawienie statystyczne przedstawiające archiwum wyników 3 ligi w sezonie 1995/96.

Puchar Mistrzów 1961-62 – statystycznie

Zapraszamy do kolejnej części serii statystycznego podsumowania kolejnych edycji Pucharu Mistrzów. Tym razem sprawdzamy statystyki i ciekawostki związane z szóstą edycją tych rozgrywek, czyli sezonem 1961/62

Noby Stiles – skała środka pola

W tym artykule omawiamy sylwetkę dawnej legendy United, która pozostawała w cieniu popularnych gwiazd ofensywy - oto Noby Stiles