„Basta. Moje życie, moja prawda” – recenzja

Maj tego roku nie rozpieszcza nas pogodą, ale kibice AC Milan mogą czuć się rozpieszczeni przez wydawnictwo SQN. Miesiąc ten przyniósł m.in. polską wersję autobiografii Marco van Bastena, legendy Ajaxu, AC Milan i reprezentacji Holandii.

Książka „Basta. Moje życie, moja prawda” to autobiografia, więc głównym autorem jest oczywiście tytułowy bohater. W spisaniu i poukładaniu treści pomógł mu dziennikarz Edwin Schoon, współpracujący z wieloma programami sportowymi w telewizji holenderskiej. Właśnie Schoon wraz z Bertem van Marwijkiem napisał w 2010 r. książkę o historii piłki nożnej w krajach afrykańskich („De macht van de bal”, pol. „Potęga piłki”), uhonorowaną w Holandii nagrodą za najlepszą sportową książkę roku. Mała dygresja – może któreś z polskich wydawnictw (zerkam szczególnie w stronę SQN) pokusiłoby się o polską wersję tej książki? W końcu o piłce afrykańskiej za dużo po polsku nie ma.

Wracając jednak do książki o Marco van Bastenie – powstała ona w holenderskim oryginale w 2019 r., czyli aż 24 lata po zakończeniu przez niego kariery. Po raz kolejny pojawia się pytanie, kiedy piłkarze powinni pisać swoje autobiografie: będąc na szczycie swojej kariery piłkarskiej, czy już po jej zakończeniu, kiedy na wiele spraw można spojrzeć z dystansem? Rozumiem prawa rynku i to, że książki wydaje się wtedy, kiedy jest na nie największy popyt. Natomiast z takiego czysto kibicowskiego punktu widzenia, zdecydowanie wolę autobiografie pisane wiele lat po „zawieszeniu butów na kołku”. Taką miałem refleksję po lekturze bardzo dobrej autobiografii Christo Stoiczkowa, utwierdziła mnie w tym przekonaniu książka „Basta. Moje życie, moja prawda”.

Dlaczego tak sądzę? Zdarzają się w życiu każdego piłkarza (i człowieka) wydarzenia, o których nie ma on zamiaru nikomu i nigdy opowiadać, ale kiedy już temat gry jest zamknięty, można sobie pozwolić na dużo więcej szczerości. Czy gdyby Marco van Basten był czynnym piłkarzem, nazwałby wielkiego Johana Cruijffa „fiutem” (s. 428)? Od razu zaznaczę, że jest to mocno wyrwane z kontekstu i van Basten tak naprawdę darzy Cruijffa wielkim szacunkiem, jednak takie określenie padło. Gdyby miał choć 1% szans, że może jeszcze go spotkać na swojej drodze zawodowej, raczej powstrzymałby się przed używaniem takich określeń.

Kolejne dwa powody, dla których wolę takie właśnie autobiografie „po latach”; główny bohater może spojrzeć na wiele rzeczy z dystansem i przyłożyć właściwie proporcje do swoich osiągnięć. A musiało minąć sporo czasu od przedwczesnego zakończenia kariery przez van Bastena, aby dokonał pewnej reinterpretacji wydarzeń:

W letnich miesiącach znowu zaczęliśmy jeździć na plażę do Juan-les-Pins. Nie mieliśmy daleko. Pewnego razu zobaczyliśmy grupkę chłopców grających w siatkonogę. Dołączyłem do nich, co nie było zbyt ryzykowne, ponieważ grając w piasku, trochę mniej obciążałem staw. Wprawdzie mogłem podskoczyć tylko z najwyższym trudem, ale dzięki nadzwyczajnemu wyczuciu piłki udawało mi się to jakoś rekompensować.

Kiedy już zagrałem z nimi kilka razy, wdałem się w rozmowę z pewnym Francuzem koło czterdziestki. Był niesamowicie dobry, silny i zdecydowanie się wyróżniał. Był dobrze zbudowany, technicznie doskonały i niezwykle uzdolniony taktycznie.

Towarzystwo było międzynarodowe, z Brazylijczykami i Argentyńczykami. Wielu z nich grało tam codziennie, ale ten facet był absolutnie najlepszy. Miał na imię Jean-Claude. W pewnym momencie spytałem, co robi zawodowo. Okazało się, że jest zatrudniony jako bagażowy na lotnisku w Nicei. Zdejmuje bagaże z taśmy i je odstawia. Ciężka i żmudna praca.

– Ale cóż, coś trzeba robić – stwierdził.

Był jednak tak znakomity w siatkonogę, wygrywał wszystkie pojedynki, że w końcu spytałem go, dlaczego nie został zawodowym piłkarzem.

– Próbowałem i nawet nieźle się zapowiadałem – powiedział. – Ale gdy miałem 16 lat, zerwałem więzadła w kolanie. Długi okres rehabilitacji uniemożliwił mi zawodową karierę. (…)

W drodze powrotnej z Juan-les-Pins do Monako nie opuszczał mnie obraz Jean-Claude’a przy taśmie bagażowej. Ten człowiek stracił jakąkolwiek możliwość zrobienia kariery, nigdy nie został zawodowym piłkarzem. A ja przynajmniej dostałem szansę, mogłem przez całe piękne dziesięć lat grać na światowym poziomie. To był moment, kiedy uświadomiłem sobie, że szklanka nie jest do połowy pusta, ale do połowy pełna. Że powinienem się cieszyć i być wdzięczny, że dane mi było przeżyć wszystkie te piękne momenty piłkarskiej kariery. (…)

W czasie podróży samochodem do Monako nagle ta świadomość dotarła do mnie z niesłychaną mocą. Oczywiście mogę dalej się nad sobą użalać, że przepadła mi połowa kariery, ale z drugiej strony połowę przecież zaliczyłem. I w trakcie tej połowy miałem jeszcze w dodatku szczęście uczestniczyć w mnóstwie wspaniałych wydarzeń. Nagle otworzyły mi się oczy. To było prawdziwe objawienie. (s. 249-251)

Parę lat musiało minąć od problemów z kostką, aby van Basten właśnie z takim z dystansem spojrzał na swoją piłkarską karierę. Bardzo spodobał mi się ten fragment, bo pokazuje, jak z pozoru błahe zdarzenie może odmienić nasze postrzeganie wielu ważnych rzeczy.

Przyznam też szczerze, że dość szokujący jest cały rozdział o kontuzji van Bastena. Akurat schodził ze sceny, kiedy zaczynała się moja świadomość kibicowska. Mówiło się, że przez problemy z kostką musiał przestać grać, ale nigdy bym nie pomyślał, jak dramatyczna była jego sytuacja zdrowotna (po operacji z grudnia 1992 r. już nigdy nie wrócił do poważnego grania).

Kontuzja kostki – to dość trywialne stwierdzenie, bo tym można określić zwykłe skręcenie. Zupełnie nie oddaje pełni dramatu, bo van Bastenowi w pewnym momencie groziło poważne kalectwo. Koniecznie trzeba to przeczytać, bo jest to wciągająca historia grania mimo bólu, niekompetencji lekarzy i szeregu błędnych decyzji.

Wielką wartością tej książki jest również szczerość głównego bohatera. Marco van Basten wspomina traumatyczną historię z dzieciństwa, kiedy to podczas zabawy utopił się jego najlepszy przyjaciel. Opisuje dość dokładnie swój rodzinny dom, który z wielu powodów daleki był od idealnego. Opisuje też historię swojego związku z obecną żoną, nie unikając przyznawania się do błędów.

Oprócz opisów z kariery piłkarskiej i zmagań z kontuzjowaną kostką, niemal połowę książki stanowi życie Marco van Bastena na piłkarskiej emeryturze. Pisze bez ogródek o swoich kłopotach finansowych. Analizuje swoją pracę w roli trenera i selekcjonera reprezentacji Holandii. Przyznaje wprost, że to nie była odpowiednia praca dla niego. Rzetelnie opisuje też swój konflikt z Ruudem van Nistelrooyem z mistrzostw świata 2006 (s. 300-301).

W wielu innych przypadkach, kiedy Marco van Basten wraca do różnych konfliktowych historii (z Johanem Cruijffem czy Zvonimirem Bobanem), po prostu przedstawia swój punkt widzenia. Możemy się z nim zgadzać, możemy uważać, że postąpił źle, ale mamy po prostu świetny materiał źródłowy do analizy pewnych zdarzeń.

Zasadniczo nie lubię, kiedy w autobiografiach piłkarzy jest za dużo banalnych przemyśleń i porad, ale akurat w książce „Basta. Moje życie, moja prawda” można znaleźć naprawdę ciekawe spostrzeżenia. Zanim uznamy, że jakiś piłkarz jest bufonem, który nie chce udzielać wywiadów ani rozmawiać z kibicami, przeczytajmy to:

Razem z Frankiem zawsze czekaliśmy nieco dłużej w autokarze, żeby najpierw wyszedł Ruud i ściągnął na siebie uwagę wszystkich, tak żebyśmy mogli spokojnie wymknąć się bocznymi drzwiami. W Milanello jest skrót, którym można ominąć zebranych dziennikarzy i wyjść bezpośrednio na parking. Niewiele osób o nim wie. Ja korzystałem z niego najczęściej ze wszystkich zawodników naszej drużyny, bo zainteresowanie prasy czy fanów wydawało mi się bardzo często niezwykle uciążliwe.

Uważam, że człowiek osiąga więcej, gdy optymalnie wykorzystuje energię. A energię czerpie się ze snu, dobrego jedzenia, uwielbienia dla uprawianego przez siebie sportu i unikania całego tego zamieszania wokół. Im człowiek jest wrażliwszy, tym większą mu to robi różnicę. Trzeba unikać wszystkiego, co prowadzi do straty energii. Bo kiedy ta maleje, zmniejszają się nasze możliwości, nasza elastyczność, umiejętność dania z siebie wszystkiego. To odbiera nam siły i nas osłabia. Jestem co do tego przekonany. A więc zdrowy egoizm to nic złego. Kiedy człowiek o siebie dba, to osiąga tyle, ile jest w stanie, i ludzie wokół niego też są zadowoleni. Można im się wtedy odwdzięczyć.  (s. 188)

Bardzo ciekawy jest też ostatni rozdział, w którym autorzy cytują obszernie zapiski Marco van Bastena z 1995 roku, czyli z okresu jego największych cierpień związanych z kontuzjowaną kostką. Materiał ciekawy chociażby z psychologicznego punktu widzenia – jak czuł się piłkarz, który nie dość, że musiał przedwcześnie zakończyć karierę, to w ogóle nie był się w stanie normalnie poruszać.

Ciekawych wątków w książce „Basta. Moje życie, moja prawda” jest bardzo dużo, poza tym to jedna z bardziej szczerych piłkarskich autobiografii. Naprawdę warto zagłębić się w świat Marco van Bastena, bo jest on niezwykle ciekawy, a w dodatku interesująco opisany. Ponad czterysta stron „połknąłem” w trzy wieczory (pewnie znajdą się tacy, co powiedzą, że to słaby wynik), co świadczy o tym, że czyta się bardzo lekko i sprawnie.

Jeśli do czegoś trzeba się przyczepić, to do dość dużej liczby literówek. Nie jest to jakiś wielki problem, nie wpływa na odbiór książki, no ale korekta trochę „przysnęła” w kilku miejscach. Jest też jedna zabawna wpadka tłumaczeniowo-redakcyjna:

Tuż przed końcem spotkania wprowadziliśmy jeszcze jako ostatnią deskę ratunku Jana Vennegoora za Hesselinka… (s. 300)

Chodzi o mecz 1/8 finału MŚ w 2006 r. pomiędzy Holandią i Portugalią, kiedy to Jan Vennegoor of Hesselink zastąpił Phillipa Cocu. No cóż, tłumacz pewnie nie kojarzył tego napastnika z prawdopodobnie najdłuższym nazwiskiem w historii. Ale żeby była jasność – nie jest to jakiś wielki błąd, w sumie dość zabawnie wyszło.

W książce mamy dwie kolorowe wkładki z ciekawymi zdjęciami, np. młodego van Bastena czy dość przerażająco wyglądające fotografie chorej nogi Holendra z aparatem Ilizarowa. To tak jeszcze w temacie różnych szalonych pomysłów lekarzy, które zmasakrowały zdrowie van Bastena… Gdyby piłkarz nie zdecydował się na operację w grudniu 1992 roku, być może grałby jeszcze na wysokim poziomie do 1997 czy 1998 r.

NASZA OCENA: 9/10

Basta. Moje życie, moja prawda” to bardzo dobra książka, jedna z lepszych autobiografii piłkarskich, jakie miałem okazję do tej pory czytać. Polecam bardzo gorąco, nie tylko fanom Ajaxu Amsterdam, AC Milan czy reprezentacji Holandii.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Basta. Moje życie, moja prawda oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.

Autor: Bartosz Bolesławski

Psychofan i zaoczny bramkarz KS Włókniarz Rakszawa. Miłośnik niesamowitych historii futbolowych, jak mistrzostwo Europy Greków w 2004 r. Zwolennik tezy, że piłka nożna to najpoważniejsza spośród tych niepoważnych rzeczy na świecie.

Zobacz wszystkie wpisy autorstwa: Bartosz Bolesławski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *