„Christo Stoiczkow. Autobiografia” – recenzja

Ponad 500 stron mocnych opinii i historii, bez zbędnego lania wody i „lukrowania”. Tak właśnie prezentuje się biografia legendy FC Barcelona i reprezentacji Bułgarii, lidera czwartej drużyny świata w 1994 r. i króla strzelców MŚ w Stanach Zjednoczonych. Autoryzowana biografia Christo Stoiczkowa ukazała się w listopadzie tego roku nakładem wydawnictwa Sine Qua Non.

Premiera książki o Christo Stoiczkowie była połączona z jego wizytą w Warszawie. Chętnych do spotkania z nim było tylu, że sala konferencyjna na stadionie Legii pękała w szwach, mimo że było w sumie kilka osobnych spotkań. Przychodzili dziennikarze, kibice „Dumy Katalonii” czy po prostu miłośnicy futbolu, co tylko świadczy o tym, jak postać Bułgara, wiele lat po skończeniu z grą w piłkę, wciąż elektryzuje polskich kibiców. Stoiczkow do spotkań podchodził z taką samą pasją, jak kiedyś do gry – nie narzekał, nie prosił o przerwę czy posiłek, lecz ciągle pytał się organizatorów, jaki jest następny punkt wizyty. To najlepiej obrazuje jego charakter, a autobiografia pozwala nam jeszcze bardziej wniknąć w koleje losu tego nietuzinkowego piłkarza i człowieka.

Wśród miłośników książek sportowych trwa niekończąca się dyskusja o tym, czy lepiej pisać biografie zawodników w trakcie trwania ich kariery, czy lepiej już po jej zakończeniu, kiedy to można na wszystko spojrzeć z dystansem. W przypadku Stoiczkowa mamy do czynienia z drugą opcją, a w dodatku ten dystans jest naprawdę spory, bo Bułgar zdecydował się na wydanie autobiografii dopiero w 2018 r. Było to 15 lat po zakończeniu kariery piłkarskiej, a nawet po zakończeniu przygody trenerskiej (obecnie jest komentatorem hiszpańskojęzycznej telewizji w USA). Nie będąc związany z żadnym klubem, mógł być do bólu szczery i taki właśnie jest w swojej książce. Zresztą – starsi kibice, pamiętający go z gry dla FC Barcelona, nie mogli się spodziewać czegokolwiek innego.

Jeśli chcielibyśmy porównać Stoiczkowa do którejś z wielkich postaci polskiej piłki, to na myśl przychodzi… Jacek Gmoch. Oczywiście Gmoch nie zrobił ani kawałka takiej kariery, jak Stoiczkow (może gdyby nie fatalne złamanie nogi?), jako trener też kojarzy się głównie z zawodem na MŚ w Argentynie w 1978 r. (ile byśmy dali teraz za 5. miejsce na mundialu?…). „Szczęka” też jest niezwykle kontrowersyjny, arogancki i skonfliktowany z wieloma postaciami rodzimej piłki (pozdrawiamy serdecznie trenera Andrzeja Strejlaua), ale nie można mu odmówić wielkiej wiedzy i inteligencji. Panowie zgadzają się także w kwestii ożenku zawodowego sportowca:

Dziś zdaję sobie sprawę, że jeśli nie ożeniłbym się tak młodo, nie osiągnąłbym nawet połowy moich sukcesów. Przelotne pokusy czają się wszędzie w życiu każdej gwiazdy futbolu. Niezależnie od czasów czy państwa – Bułgaria, Meksyk, Hiszpania, Turcja, Rosja lub inny z wielu krajów zakochanych w największej grze. Bez odpowiedzialności związanej ze ślubem i rodziną nie udałoby mi się zapobiec swobodnemu upadkowi. To zdradliwe uczucie, gdy spadasz, a myślisz, że lecisz, jest nieuniknione. Laski, zabawa i codzienne imprezy bez hamulców… Ale istnieje bardziej prozaiczna droga na samo dno. Do wczesnych godzin porannych – w barze. Rano trenujesz, po południu śpisz, a później kawa, restauracja i znowu bar. Bez względu na to, jak bardzo jesteś utalentowany i wytrzymały, w takim wirze beztroski i nieograniczonej frajdy nie masz szans na wielki futbol. W najlepszym razie czeka cię przelotny boom, bohaterskie czyny opisywane na łamach brukowców i spektakularny upadek. Przykłady tego typu sytuacji są naprawdę niezliczone. (s. 75-76)

Można się uśmiechnąć, ale chyba faktycznie za rzadko podkreśla się, jak ważna w karierze piłkarza jest uregulowana kwestia życia prywatnego. Żeby nie szukać daleko: być może Robert Lewandowski nigdy nie doszedłby do swoich sukcesów, gdyby nie wieloletnie wsparcie ukochanej kobiety.

Porad dla młodych piłkarzy oczywiście jest więcej w tej książce, ale przede wszystkim znajdziemy tam mnóstwo ciekawych historii i przykładów niepokornej postawy głównego bohatera. Jako młody chłopak dowiedział się, że nie nadaje się do futbolu. Nie załamał się, ale poszedł grać do amatorskiej drużyny przyzakładowej, gdzie nauczył się walczyć z dorosłymi. Dzięki temu pokazał się potem ze świetnej strony w trzeciej lidze i zapracował na transfer do CSKA Sofia, gdzie zaraz na początku wielkiej kariery został zawieszony i karnie zesłany do służby w armii. Na szczęście dla niego (i światowego futbolu) skończyło się tylko na kilku tygodniach przerwy od występów piłkarskich. Kiedy czynniki decydujące w komunistycznej Bułgarii nie chciały się zgodzić na jego transfer do Barcelony, planował ucieczkę z kraju. Już w pierwszym sezonie na Camp Nou był bohaterem skandalu, kiedy to nadepnął na stopę sędziego i znowu musiał kilka tygodni dyscyplinarnie odpoczywać od gry. Jako reprezentant Bułgarii kłócił się z dziennikarzami, rezygnował z gry w kadrze, by potem do niej wrócić, nie wyzbywając się jednak pretensji do niektórych kolegów. Zawsze był bezkompromisowy i parł do przodu niczym czołg. Oczywiście niebiosa obdarzyły go niezwykłym talentem, ale to jego mentalność pozwoliła mu wdrapać się na sam szczyt piłkarskiego Olimpu (ukoronowaniem była Złota Piłka w 1994 r.). Siła mentalna i pewność siebie bije od niego w autobiografii, czasem przechodzi nawet w megalomanię, ale potrafi też do wielu spraw podejść na luzie i z humorem. Jak chociażby podczas audiencji u Jana Pawła II:

Zacząłem nieśmiało rozmowę, ale papież przełamał lody – zwierzył mi się ze swoich uczuć i sympatii w trakcie ostatnich mistrzostw świata. Bardzo polubił odważną drużynę bułgarską i cieszył się, że całkowicie zasłużenie skradliśmy serca widzom na całym świecie. Następnie zrobił krótką pauzę, po czym dodał, że jest wielkim fanem mojej gry. Wtedy i ja przestałem się krępować – przyznałem mu, że wyczytałem gdzieś, że grał jako bramkarz, ale nie uwierzyłem w to. Właśnie wtedy wypowiedział słowa o wybaczaniu. Na koniec go zaskoczyłem. Nie byłbym sobą, gdybym tego nie zrobił. Nie powinien był mi pozwolić na aż takie rozluźnienie. Zapytał, czy ma pobłogosławić moją lewą nogę. Odpowiedziałem:
– Dziękuję, Wasza Eminencjo, ale wasz szef, tam na górze, już tego dokonał.
Jan Paweł II nie zdołał ukryć uśmiechu. Być może chciał, ale mu nie wyszło. Oddaliłem się w pokłonach, nie mniej podekscytowany niż na początku naszego spotkania.
(s. 328)

Ta sytuacja chyba najlepiej obrazuje charakter Stoiczkowa, gdzie buta i arogancja idzie w parze z pewnym wyczuciem, no i przede wszystkim wielką pasją oraz umiejętnościami. W jego opowieści nie brakuje także wątków mniej humorystycznych, jak np. historia przyjaźni z Ljubosławem Penewem, ojcem chrzestnym jednej z jego córek, który nie pojechał na MŚ 1994 z powody choroby nowotworowej. Ostatecznie drogi Stoiczkowa i Penewa rozeszły się, a gwiazdor Barcelony szczerze napisał, o co ma pretensje do dawnego przyjaciela. Nie bał się także wspomnieć o innym byłym piłkarzu – jechał do niego w środku nocy, ponieważ gangsterzy grozili, że odrąbią mu głowę za długi hazardowe. Także – bywa śmiesznie, ale bywa również bardzo poważnie, a nawet strasznie.

W jednym wypadku może razić „mentalność Kalego” u Stoiczkowa. Oburzał się, że byli piłkarze Realu Madryt w barwach innej drużyny mogliby odpuścić (nie grając już o nic w ostatniej kolejce) mecz „Królewskim”, którym zwycięstwo było niezbędne do tytułu. Sam natomiast szukał kontaktu z Diego Maradoną podczas MŚ w 1994 – chciał go poprosić, aby Argentyna nie przykładała się do ostatniego meczu grupowego z Bułgarią. Zwycięstwo Stoiczkowa i spółki dawało awans obu drużynom. To jest jednak właśnie urok tej książki; Christo Stoiczkow przyznaje, że popełnił wiele błędów, ale niczym Edith Piaf, nie żałuje niczego. Polecam tę książkę, bo to kawał ciekawej piłkarskiej historii.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Christo Stoiczkow. Autobiografia oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.