„Hiszpańskie drużyny, które zadziwiły świat” – recenzja

Kibice hiszpańskiego futbolu z wielką niecierpliwością czekali na piątą część sagi Leszka Orłowskiego. Wreszcie 20 października nakładem SQN ukazała się książka „Hiszpańskie drużyny, które zadziwiły świat. Niezwykła historia sukcesów Deportivo, Valencii i Villareal”.

O Leszku Orłowskim pisałem sporo przy okazji recenzji jego wcześniejszych książek. Z wykształcenia jest historykiem, dzięki czemu w jego książkach futbol jest zawsze osadzony w historycznych realiach. Od 1997 r. pisze dla „Piłki Nożnej”, od 2003 r. komentuje ligę hiszpańską w Canal+ Sport. Trudno jest więc znaleźć bardziej kompetentną osobę do opisywania dziejów najsilniejszych klubów z Hiszpanii.

Teoria teorią, ale często praktyka jej nie potwierdza. Jednak Leszek Orłowski swoimi czterema wcześniejszymi książkami udowodnił, że potrafi pisać na wysokim poziomie merytorycznym, a jednocześnie ciekawie, umiejętnie wplatając w narrację anegdoty i ciekawostki.

Swoją „sagę hiszpańską” zaczął od książki „Barça. Złota dekada” (2016), następnie było „Real Madryt. Królewska era Galacticos” (2017), a w 2019 r. opublikował „Cholo Simeone i jego żołnierze. Atletico Madryt”. Czwarty tom ukazał się w październiku 2020 r. i nosił tytuł „Sevilla FC. Dzieci Monchiego”. Wszystkie książki wyszły pod egidą Wydawnictwa SQN.

Dodać jeszcze trzeba, że nie są to monografie klubowe, ale raczej reportaże o największych sukcesach tych klubów w ostatnich latach. W dwóch dotychczasowych recenzjach (artykuły książek o Barcelonie i Realu pojawią się u nas w 2022 r.) mocno chwaliłem Leszka Orłowskiego. A jak to wygląda w tym przypadku?

Hiszpańskie drużyny, które zadziwiły świat. Niezwykła historia sukcesów Deportivo, Valencii i Villareal” to książka inna niż cztery wcześniejsze. Przede wszystkim tam za każdym razem opisywany był jeden klub. Tutaj natomiast całość składa się z trzech odrębnych części, poświęconych trzem klubom wymienionym w podtytule.

Żadna z tych drużyn nie była kwiatem jednej nocy, który zwiędnął równie szybko, jak zakwitł. Nie będziemy tutaj opisywać historii takich nagłych i krótkotrwałych eksplozji z ostatniego ćwierćwiecza, nie zajmiemy się ostatnim finalistą Pucharu Zdobywców Pucharów – Mallorcą (rok 1999), finalistą Pucharu UEFA z roku 2000 Deportivo Alaves [to był akurat 2001 r. – przyp. BB], który w Dortmundzie uległ Liverpoolowi 4:5 po niezapomnianym boju, nie napiszemy o kapitalnej Celcie Vigo, która w rozgrywkach Pucharu UEFA 1999/2000 zlała 4:0 Juventus Turyn, o dzielnym Espanyolu, który w 2006 roku zdobył Puchar Króla, a w 2007 był w finale Pucharu UEFA, zjawiskowym Athleticu Bilbao Marcelo Bielsy z sezonu 2011/12, o rewelacyjnej Maladze Manuela Pellegriniego z kampanii 2011/12 i 2012/13… Te drobne ryby prześlizgnęły się przez oka naszej sieci. Zostały w niej drużyny, które na topie były przynajmniej przez pięć lat. (s. 7-8)

Tak autor we wstępie tłumaczy, dlaczego akurat te kluby trafiły na łamy jego kolejnej opowieści. Teoretycznie są to trzy zupełnie odrębne części, z których każdą można by czytać osobno. Leszek Orłowski jednak zgrabnie połączył pewne wątki, także historie Deportivo, Valencii i Villarealu tak naprawdę stanowią spójną opowieść.

Mamy do czynienia z trzema różnymi finałami tych opowieści. Złote czasy Deportivo minęły i klub „pałęta się” na trzecim poziomie rozgrywkowym w Hiszpanii. Valencia wciąż gra w La Liga, nawet niedawno była w Lidze Mistrzów, ale stała się raczej hiszpańskim średniakiem, którego nie można porównywać do drużyny z przełomu wieków. Z kolei Villareal wciąż jest na topie, a dowodem na to wygranie Ligi Europy w sezonie 2020/2021. Dlaczego tak różnie potoczyły się losy trzech „hiszpańskich drużyn, które zadziwiły świat”? Odpowiedź znajdziemy oczywiście w książce Leszka Orłowskiego.

Wielką wartością całego pięcioksiągu (tak umownie możemy nazwać te serię) jest inny pomysł na każdy z tomów. W przypadku „Hiszpańskich drużyn, które zadziwiły świat” autor postawił na dużą liczbę ciekawostek i trzeba przyznać, że wyszło mu to bardzo dobrze.

Grudzień 2003 roku to był bardzo ważny czas dla prezydenta Lendoiro. Szykował się wówczas do decydującego ataku na szczyt europejskiego futbolu. Dotychczas sukcesom sportowym nie towarzyszyły żadne przekształcenia organizacyjne w klubie. Dopiero ostatnio Augusto Cesar Lendoiro wziął się do uszycia kostiumu na obecny rozmiar Deportivo, by uczynić z niego potęgę na wiele lat.

Postanowił wykorzystać do tego dzieła pracę profesora uniwersytetu w La Coruni – Jose Manuela Sancheza-Santosa, który akurat opublikował wyniki badań dotyczących popularności klubu w mieście, a zajął się tym zagadnieniem nie bez inspiracji ze strony Lendoiro. Wyszło mu, że gdyby nie było Deportivo, mieszkańcy miasta albo gremialnie by emigrowali, albo zaczęli popełniać samobójstwa. Oto 90 procent obywateli twierdziło, że klub poprawia wizerunek miasta w kraju i w Europie; 70 procent zadeklarowało, że rozmawia w pracy oraz w domu o sprawach drużyny; niemal co drugi czuł się szczęśliwy, gdy zespół wygrywał; 51 procent mieszkańców uważało, że bez Deportivo jakość życia w mieście by spadła; 83 procent oglądało przynajmniej jeden mecz w sezonie, a 60 procent ponad dziesięć spotkań, 45 procent brało udział w świętowaniu na ulicach mistrzostwa kraju w roku 2000, 42 procent deklarowało, że czują się szczęśliwi, gdy El Depor wygrywa, i nieszczęśliwi, kiedy przegrywa. I tak dalej, i tak dalej. (s. 90-91)

W przypadku Deportivo wielką rolę odegrał ekscentryczny prezes klubu Augusto Cesar Lendoiro, który doprowadził klub do największych sukcesów, ale jednocześnie jego działalność była przyczyną późniejszego upadku. Leszek Orłowski bardzo dokładnie opisuje przyczyny i skutki najważniejszych decyzji prezesa Lendoiro, a także kulisy funkcjonowania klubu w tym czasie.

Wiele miejsce poświęca także temu, co najważniejsze, czyli historii sukcesów Deportivo, jego piłkarzy oraz trenerów. Mamy więc sporo o Javierze Irurecie, Diego Tristanie, Juanie Carlosie Valeronie czy choćby Rivaldo i Bebeto. Niektórzy z nich całą swoją karierę związali z El Depor, inni byli tam tylko przez chwilę (jeden sezon Rivaldo), ale każdy dołożył ważną cegiełkę do sukcesów.

Jest też sporo o słynnym karnym Miroslava Dukica czy wspaniałej remontadzie i ograniu wielkiego AC Milan 4:0 w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Słowem – ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Może jedynie do tego, że w przypadku gry Rivaldo w La Coruni Leszek Orłowski podkreślał jego młodzieńczość, a przecież Brazylijczyk miał już wtedy 24 lata. Taki Michael Owen w tym wieku był już po największych sukcesach… (recenzja jego autobiografii tutaj).

W przypadku opisu Valencii mamy wspaniały wstęp historyczny. Leszek Orłowski bardzo umiejętnie połączył też dzieje tego klubu z Villarealem za pomocą rodziny Roigów, niezwykle ważnej dla sportu w regionie Lewantu hiszpańskiego. Nota bene, dzięki Leszkowi Orłowskiemu poznałem określenie Lewant hiszpański i zrozumiałem, skąd nazwa Levante dla drugiego klubu z Valencii. Dzięki jego pracom można poszerzać horyzonty nie tylko w temacie futbolu.

W rozdziałach o Valencii i Villarealu również pojawiają się relacje z najważniejszych meczów, informacje o głównych piłkarzach i trenerach. Znajdziemy choćby kapitalny fragment o tym, dlaczego Diego Godin musiał zrezygnować z pływania (i o tym, że kiedyś był świetnie zapowiadającym się pływakiem), a także o ustawionych meczach w lidze hiszpańskiej. Albo o przyjaźni Villarealu z Celtikiem:

To spotkanie było w Villarealu początkiem ruchu kibicowskiego z prawdziwego zdarzenia. W obliczu perspektywy wizyty ośmiu tysięcy Szkotów miejscowi fani zaczęli się błyskawicznie organizować. Powstało wtedy kilka klubów kibica (peni), w tym La Celtic Submari, której nazwa na zawsze miała przypominać, kiedy grupa została utworzona. Uszyto flagi, przygotowano pieśni. Szkoci okazali się bardzo wesołymi ludźmi, już przed meczem szybko zbratali się z Hiszpanami. W trakcie gry sympatycy obu zespołów siedzieli przemieszani, na zmianę dopingując swoje ekipy. Sztama Celticu i Villarealu trwa zresztą nadal. Jeśli dziś czasami na La Ceramica (jak przechrzczono El Madrigal) panuje podczas meczu gorąca atmosfera, co nie zdarza się nagminnie, to w dużej mierze jest to zasługa tamtej pamiętnej potyczki. (s. 256)

Całość książki Leszka Orłowskiego stanowi bardzo zgrabną mieszankę ciekawostek i anegdotek, ale przede wszystkim możemy wrócić do czasów, kiedy dominacja Realu i Barcelony nie była tak oczywista. Dla kibiców urodzonych w latach 80. przełom wieków to niezwykle romantyczne czasy, np. w mojej pamięci na zawsze pozostanie płacz Jose Santiago Canizaresa po przegranym finale LM w 2001 roku i pocieszającego go Olivera Kahna.

NASZA OCENA: 9/10

Książka „Hiszpańskie drużyny, które zadziwiły świat. Niezwykła historia sukcesów Deportivo, Valencii i Villareal” to kolejna publikacja Leszka Orłowskiego na najwyższym poziomie. Świetnie będą się bawić przy niej czytelnicy, którzy pamiętają dobrze czasy wielkich sukcesów tych trzech klubów na przełomie wieków. Ale to także świetna propozycja dla młodszych, którzy dzięki tej książce poznają te niezwykle historie. Prawdziwe must read dla miłośników piłki nożnej.

A ponadto uważam, że hiszpański cykl Leszka Orłowskiego i Wydawnictwa SQN powinien być kontynuowany.

BARTOSZ BOLESŁAWSKI

Nasz partner Sendsport przygotował dla Was zniżki! Książka Hiszpańskie drużyny, które zadziwiły świat oraz wiele innych tytułów taniej o co najmniej 10%.