Kanada i jej debiut na mundialu

Ostatni krok

Kanada była o krok od historycznego sukcesu i piłkarskie władze tego kraju nie chciały niczego zastawiać przypadkowi. Zamierzano do maksimum wykorzystać przewagę własnego boiska. Jako miejsce zawodów wybrano położone w Nowej Fundlandii miasto St. John’s. Taka decyzja dla wielu była zaskakująca, a niektórzy zwyczajnie pukali się w czoło. W tym szaleństwie była jednak metoda. Położone nad Atlantykiem miasto słynie ze spowijających je mgieł, które utrzymują się tutaj przez średnio ponad 120 dni w roku. Przeszywający wiatr od oceanu i często padające deszcze miały być jednym z atutów gospodarzy.

Jako arenę zmagań wybrano King George V Park. Był to położony w centralnej części publicznego parku prowizoryczny stadion, który nie miał nawet trybun. Na czas meczu zainstalowano tymczasowe miejsca dla publiczności, które miały odgrodzić boisko od reszty parku. Zdołało się na nich pomieścić aż 13 tys. kibiców, którzy w napięciu wyczekiwali pierwszego gwizdka.

Dla graczy z Hondurasu miejsce zawodów było prawdziwym szokiem. Z St. John’s bliżej jest przecież na Wyspy Brytyjskie niż do Vancouver. Kiedy pojawili się w Nowej Fundlandii, to zostali przywitani ulewnymi deszczami i zimnym wiatrem. Ciepłolubni Honduranie przez pierwsze 48 godzin w ogóle nie opuszczali hotelu, a kiedy musieli w końcu odbyć jakiś trening, wybrali zajęcia na hali.

Wreszcie w sobotnie popołudnie 14 września gwatemalski sędzia Rómulo Méndez dał znak do rozpoczęcia gry. Mecz lepiej zaczęli Kanadyjczycy, których żywiołowo dopingowała zgromadzona na trybunach publiczność. Pierwszy powód do radości kibice mieli już po kwadransie gry, kiedy to bramkę na 1:0 zdobył George Pakos. Wykorzystał on precyzyjne dośrodkowanie z rzutu rożnego Carla Valentina, który mimo grypy pojawił się na boisku i dla którego był to pierwszy mecz w reprezentacji. Wynik 1:0 utrzymał się do przerwy.

Jednak piłkarze z Hondurasu nie zamierzali odpuszczać. Od początku drugiej połowy ze zdwojoną siłą ruszyli do odrabiania strat, czego efektem była bramka z 49. minuty autorstwa Armando Betancourta. Remis ciągle promował na mundial Kanadyjczyków, ale podbudowani strzeleniem gola gościa coraz mocniej atakowali. Nauki trenera Waitersa nie poszły jednak w las i obrona Kanady dzielnie się trzymała. Gospodarze chcieli mocnym akcentem zakończyć eliminacje i z jak najlepszej strony pokazać się przed kibicami. W 61. minucie mieli rzut rożny. Do piłki w narożniku boiska znowu podszedł Carl Valentine i znów posłał precyzyjne dośrodkowanie w pole karne rywali. Do futbolówki tym razem najwyżej wyskoczył Igor Vrablic i kierując ją do bramki, ostatecznie podciął skrzydła gościom.

Kanada wygrała 2:1 dzięki golom zawodników o wschodnioeuropejskich korzeniach. To był jednak sukces całej drużyny i każdy z zawodników był w niej tak samo ważny. Nawet nieobecny Mitchell, który kontuzjowany siedział w domu i śledził poczynania kolegów w telewizji. Zaraz po meczu zadzwonili do niego koledzy i zapewnili go, że jest nieodłączną częścią zespołu i ma swój wielki wkład w ten sukces, a teraz najważniejsze, żeby się skupił na powrocie do zdrowia, żeby być gotowym na mistrzostwa. Po końcowym gwizdku rozradowani kibice wbiegli na boisko, żeby świętować awans razem ze swoimi pupilami.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…