Kanada i jej debiut na mundialu

Z Francją na dzień dobry

W swoim pierwszym historycznym meczu na mundialu Kanada mierzyła się z Francją. Trudno było o bardziej wymagającego przeciwnika. Francuzi dwa lata wcześniej w porywającym stylu zdobyli mistrzostwo Europy. W Meksyku byli co prawda o dwa lata starsi, ale przyjeżdżali tutaj jako jedni z głównych faworytów do końcowego triumfu, o czym głośno przed turniejem mówił Michel Platini. To on był liderem drużyny i jednym z kluczowych elementów Le Carré Magique, czyli formacji magicznego trójkąta, jak określano ustawienie drugiej linii Francuzów. Oprócz niego tworzyli ją również Luis Fernández, Alain Giresse i Jean Tigana. Wielkich nazwisk nie brakowało też w obronie, którą w ryzach trzymali Patrick Battiston i Maxime Bossis oraz w ataku, gdzie obok Dominique’a Rocheteau coraz lepiej zaczynał sobie radzić młody Jean-Pierre Papin.

Areną zmagań było Estadio Nou Camp w Léon. To położone w środkowym Meksyku miasto cechuje się gorącym klimatem, w którym średnie temperatury w maju i czerwcu oscylują wokół 30oC. Podobnie jak kilka innych miast-gospodarzy leży też na znacznej wysokości – ponad 1,8 tys. m n.p.m. Zdecydowanym faworytem spotkania byli oczywiście Francuzi. Nie powinno więc dziwić zachowanie kibiców, którzy przed meczem pokazywali na palcach jadącym w autokarze Kanadyjczykom, ile bramek strzelą im Platini i spółka. Wysokiego zwycięstwa Europejczyków oczekiwali wszyscy i wygrana sześcioma, siedmioma czy nawet ośmioma bramkami nie byłaby niczym niezwykłym.

Trener Tony Waiters przed spotkaniem zdawał sobie sprawę, że zbyt defensywne ustawienie zespołu będzie tylko wodą na młyn dla dobrze czujących się z piłką przy nodze rywali. Na przedmeczowej odprawie zwrócił więc uwagę swoim podopiecznym, żeby nie zostawiali Francuzom zbyt wiele miejsca i żeby, w miarę możliwości, jak najczęściej ich atakowali. Do gry desygnował sprawdzonych w eliminacjach zawodników.

Zaskoczeniem dla niektórych mogła być obsada bramki, bo zamiast Tino Lettieriego miejsce między słupkami zajął Paul Dolan. Ten młody golkiper, który w reprezentacji debiutował już dwa lata wcześniej, dopiero kilka tygodni przed turniejem skończył 20 lat. Był najmłodszym piłkarzem w ekipie, a jeszcze w sierpniu 1985 r. brał udział w młodzieżowych mistrzostwach świata. Zdążył też jednak zaliczyć parę spotkań w eliminacjach, a dzięki występowi przeciwko Francji zapisał się w kronikach jako drugi najmłodszy bramkarz w historii mistrzostw (młodszy był tylko Koreańczyk Lee Chan-myung w 1966 r.).

W obronie trener postawił na swoją żelazną czwórkę. Na lewej stornie zagrał kapitan drużyny Bruce Wilson, w środku Randy Samuel i Ian Bridge, a prawą flankę zabezpieczał Bob Lenarduzzi. W środku pola operował niestrudzony Randy Ragan, który mimo że nie miał cech typowego rozgrywającego, to był główną siłą napędową zespołu. Pomagał mu utalentowany Paul James, który został przesunięty bliżej środka ze skrzydła. Na prawej flance selekcjoner postawił na Davida Normana, a po drugiej stronie jako trochę cofnięty skrzydłowy zagrał Mark Sweeney. W ataku z kolei wystąpili Carl Valentine i Igor Vrablic. Wszyscy oni stanowili drużynę w pełnym tego słowa znaczeniu i każdy z nich był gotowy, żeby całkowicie poświęcić się dla zespołu. W oficjalnym raporcie FIFA z turnieju czytamy, że na mundialu nie było drugiej ekipy z tak mocno rozwiniętym poczuciem solidarności.

I to właśnie to poczucie jedności w zespole było jednym z głównych atutów Kanady. Rzecz jasna nie jednym, bo o tym, że The Canucks potrafią grać w piłkę, Francuzi przekonali się już na początku spotkania. Trójkolorowi spodziewali się, że rywale zamurują dostęp do własnej bramki, ale Kanadyjczycy bardzo szybko wyprowadzili ich z błędu. W 5. minucie stworzyli sobie pierwszą znakomitą sytuację. Po rzucie wolnym piłkę w pole karne posłał Sweeney, a na piątym metrze najwyżej wyskoczył do niej Bridge. Niestety zabrakło precyzji i po jego strzale futbolówka o centymetry minęła lewy słupek bramki Joëla Batsa.

Nie minęło wiele czasu, kiedy po kolejnym rzucie wolnym, który tym razem Kanadyjczycy wykonywali z własnej połowy, znakomitą sytuację zmarnował Vrablic. Dopadł on do piłki w polu karnym, wykorzystując niezdecydowanie Batsa, który zawahał się przy wyjściu z bramki. Kanadyjski napastnik zdołał wyprowadzić Francuza w pole i położyć go na ziemi, ale ostatecznie zabrakło mu trochę zimnej krwi i zmierzającą do bramki futbolówkę zdołał wybić obrońca.

Francuzi potrzebowali trochę czasu, żeby opanować nerwy i uporządkować grę. W końcu jednak im się to udało i też stworzyli sobie parę dogodnych sytuacji, ale brakowało im skuteczności. Kanadyjczycy na nikogo się nie oglądali i potrafili również groźnie skontrować. Podczas jednego z takich ataków Valentine podciągnął z piłką do linii końcowej i ze skraju pola karnego dośrodkował przed bramkę Batsa. Tam do strzału już miał składać się Sweeney, ale minimalnie szybszy okazał się od niego Giresse, który wybił futbolówkę na rzut rożny.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…