Marcin Żewłakow: „To była liga dla mnie”

Czas czytania: 20 m.

Marcin Żewłakow to legenda Excelsioru Mouscron i do dziś najskuteczniejszy polski piłkarz w lidze belgijskiej. Grał w niej – z krótką przerwą na występy w FC Metz – przez 11 lat. W 258 meczach rozegranych na najwyższym poziomie rozgrywek w Belgii zdobył 94 gole i raczej szybko ten wynik nie zostanie pobity.

Najważniejsze informacje

Dane osobowe

  • Imię i nazwisko: Marcin Zbigniew Żewłakow
  • Data i miejsce urodzenia: 22 kwietnia 1976, Warszawa
  • Wzrost: 1,83
  • Pozycja: Napastnik

Kluby i reprezentacja (oficjalne):

  • Drukarz Warszawa (1991-92) – 3 występy
  • Marymont Warszawa (1992-93) – 7 występów, 1 bramka
  • Polonia Warszawa (1993-98) – 76 występów, 6 bramek
  • Hutnik Warszawa (1995) – 6 występów, 1 bramka
  • KSK Beveren (1998-99) – 23 występy, 8 bramek
  • Excelsior Mouscron (1999-2006) – 213 występów, 91 bramek
  • FC Metz (2005) – 14 występów
  • KAA Gent (2006-07) – 43 występy, 5 bramek
  • FCV Dender EH (2008) – 13 występów, 2 bramki
  • APOEL Nikozja (2008-10) – 57 występów, 18 bramek
  • GKS Bełchatów (2010-12) – 53 występy, 12 bramek
  • Korona Kielce (2012-13) – 14 występów, 1 bramka
  • Polska (2000-04) – 25 występów, 5 bramek

Sukcesy

  • APOEL Nikozja – mistrz Cypru 2009
  • Excelsior Mouscron – finalista Pucharu Belgii (2002,2006)
  • Najskuteczniejszy polski piłkarz w historii ligi belgijskiej – 94 gole

Do Beveren trafiłeś dzięki pomocy Włodzimierza Lubańskiego. Trenerem był wtedy Stanisław Gzil, a ty już pierwszym meczu zdobyłeś gola, i to na samym początku meczu. To był twój taki znak rozpoznawczy w Belgii?

Czy ja wiem, czy to był znak rozpoznawczy? Ja miałem Belgii farta do debiutów. W Beveren pierwszy mecz i 2 gole, Mouscron pierwszy mecz — gol i KAA Gent pierwszy mecz — gol.

Tylko w Dender gol zdaje się dopiero w trzecim meczu?

Nawet chyba później, i to był mecz pucharowy z Anderlechtem. Ale rzeczywiście, jeżeli chodzi o debiuty w Belgii, to czułem, że los mi sprzyja od samego początku. Natomiast pamiętam, że miałem taką myśl — bo tego gola strzeliłem swoim pierwszym dotknięciem piłki w lidze belgijskiej, 30 chyba sekundzie — że to jest liga, w której musi pójść. Czułem, że to jest jakiś znak mówiący „To jest liga dla mnie”.

Czy wyjeżdżając do Beveren wiedzieliście z Michałem coś więcej o Beveren, czy też jechaliście w ciemno?

Ja wiedziałem, że grał tam Marek Kusto. Wiedzieliśmy, że trenerem jest Stanisław Gzil. Pamiętam też, że mieliśmy na osiedlu takiego kolegę, do którego przyjeżdżał człowiek z Antwerpii i przywoził mu zdjęcia z piłkarzami, teraz to się nazywają naklejki Panini, ale wtedy nazywały się inaczej. I przywoził je właśnie z ligi belgijskiej, więc ja miałem kilka takich z zawodnikami KV Mechelen, Anderlechtu, Club Brugge. Wiedziałem więc, co to jest liga belgijska i znałem takich graczy jak Luc Nilis czy Ezo Scifo (przeciwko Scifo udało się Marcinowi zagrać — red.). A moim marzeniem jako takiego małego nastoletniego piłkarza, było zagrać chociaż jeden sezon w koszulce klubu z zagranicy. My nie wyjeżdżaliśmy do Belgii z Michałem jak co ci, którzy zasłużyli na to sobie występami w polskiej lidze, tylko raczej jako ci odepchnięci przez Polonię. Niestety prezes Romanowski miał zdanie, że my już lepszymi piłkarzami nie będziemy i nie za bardzo opłaca się u nas inwestować. To była więc walka o siebie, ale też duże ryzyko jak na 21-letniego piłkarza, bo tutaj piłka ligowa odpycha i jak to samo zrobi zagranica, to młoda głowa będzie musiała to przyjąć.

Czy dzięki temu, że wyjeżdżaliście we dwóch, było wam łatwiej o aklimatyzację?

Zdecydowanie i to była taka przewaga, którą mieliśmy nad piłkarzami, którzy wyjeżdżali w pojedynkę. Oni musieli wszystko pokonywać sami, a ta samotność w domu i w szatni potrafi bardzo dokuczyć. My akurat tak nie mieliśmy, mieliśmy siebie, byliśmy taką małą drużyną w dużej drużynie od samego początku.

Pierwszy sezon to była walka o utrzymanie, co wam się udało. Oprócz was utrzymało się też Lommel Mirosława Waligóry. Dla ciebie to był udany sezon, bo 8 goli, to było więcej niż zdobyli Sonck, Goor czy Zetterberg. To już coś znaczyło w lidze.

8 bramek w drużynie walczącej o utrzymanie, bo my przyjeżdżając do Beveren na początku października wiedzieliśmy, że wyższego celu w klubie nie będzie. To też jest swego rodzaju obciążenie, bo nie masz takiego momentu, kiedy możesz się zapoznać z ligą. Jesteś natychmiast wezwany pod broń i musisz działać. Każdy punkt — zwłaszcza przywieziony z wyjazdu, a pamiętam gdy z Beveren zremisowaliśmy 1:1 na Westerlo — był bardzo cenny. Gdy w późniejszych latach jeździłem na wyjazdy do Westerlo, to szczerze, gdy wracaliśmy bez 3 punktów, byłem zły, ale tutaj było inaczej. Wygrana na Aalst, już w drugiej części sezonu, to były mega ważne punkty. Rzeczywiście ciułaliśmy po prostu punkty, ale udało się, i dla mnie te 8 bramek to było coś, co mnie dowartościowało. I to w takim poważniejszym ujęciu.

Czułeś, że to silna liga i te 8 bramek coś w niej znaczy?

To znaczy, że się zaznaczyłem, że ktoś mnie zauważył. Telewizja flamandzka przyjechała do Holandii, bo tam mieszkaliśmy i zrobiła materiał, w którym przedstawiała Michała i Marcina Żewłakow, więc czuliśmy się zauważeni. Tak bym to określił.

A jak im szło wymawianie waszego nazwiska?

Rzeczywiście to było upraszczane, Zewlakow. Chociaż przy pierwszym golu spiker nie potrafił wymówić. Stanisław Gzil przyszedł do mnie i mówi „Wiesz co, będziemy musieli podpowiedzieć spikerowi, jak się czyta twoje nazwisko, bo tam lekka wywrotka była”. Ja mówię, trenerze jak on ma się wywracać przy wymowie, ale ja będę strzelał, to niech się wywraca za każdym razem. Natomiast, tu odniosę się do wymowy nazwisk, która u nas urasta do rangi zniewagi, lub splamienia czyjegoś honoru, mi nigdy nie przeszkadzało, czy mówili Zewlakow, czy jakoś inaczej.

I oni chyba nie starali się łamać swojego języka, by wymówić poprawnie. Co byli w stanie wymówić, to wymawiali?

Owszem. I mnie to nigdy nie dotykało, w jaki sposób to robili. Dla piłkarza to nie jest najważniejsze.

Ale u nas też kiedyś nie przykładano aż tak wielkiej wagi do wymowy nazwisk zagranicznych graczy.

Tak. Teraz jest pęd za tą poprawnością i wniesieniem czegoś nowego do komentarza. Dla mnie to trochę jest robione na siłę.

Wróćmy do twojej kariery. Po pierwszym sezonie od razu transfer do Mouscron. Kupowali was w pakiecie, czy chcieli tylko jednego, a drugi był dołączony do transakcji?

W pakiecie. Rzeczywiście tam potrzebowali i obrońcy, i napastnika. Też rozmawialiśmy potem z naszym przyszłym trenerem Hugo Broosem, który mówił, że skaut miał łatwiej, bo jeździł za dwoma jednocześnie. Muszę też zaznaczyć jedną rzecz, jak uczciwie zachował się Jerzy Engel, który odpowiadał za transfer ze strony Polonii Warszawa. Bo kiedy wyjeżdżaliśmy na 10-miesięczne wypożyczenie do Beveren, to mieliśmy ustalone warunki, na jakich może nas przejąć Beveren i gdy zgłosił się inny klub to Polania i Jerzy Engel nie zmienili warunków. One były dalej przystępne. Nie ukrywam, że na tym etapie, a to był rok 1999, kiedy Mouscron zgłosiło się po nas, Mouscron było bogatszym klubem niż Beveren. Był to klub z zaliczający się do Top 5 w Belgii. 4 drużyna zakończonego sezonu. To był bardzo udany sezon dla nich, potrafili nawet ograć Club Brugge. To była drużyna, która wprawdzie nie rozdawała kart w lidze, ale potrafiła wielu mocnym zespołom pokrzyżować szyki.

I to był zespół bez gwiazd.

Tak, bez gwiazd. Drużyna, która stawiała się najlepszym. To była drużyna, która — obok Lierse — zrobiła na mnie i na Michale największe wrażenie w lidze. Gdy pojawiło się zainteresowanie, to byliśmy niesamowicie szczęśliwi. Musieliśmy przejść też testy fizyczne. Gil Vandenbrouck, który odpowiadał wtedy za przygotowanie motoryczne piłkarzy, zabrał nas przed podpisaniem kontraktu na taki mały boczny stadion, gdzie musieliśmy swoje wybiegać. Musiał sprawdzić wszystkie parametry. To samo robił po sezonie.

Ale takich testów medycznych, jakie robi się piłkarzom obecnie w klubach, nie przechodziliście?

Aż takich rozbudowanych nie było, ale wyginano kolana, sprawdzano ścięgna, kręgosłupy. Nie sprawdzano wtedy jeszcze serca. Było wprawdzie EKG, ale wnikliwiej do tego nie podchodzono.

To była wtedy silna liga. Wystarczy spojrzeć na skład Anderlechtu z twojego pierwszego meczu w barwach Mouscron, w którym notabene zdobyłeś dwa gole. Scifo, Radziński, Zetterberg, Goor, Koller, De Wilde, drużyna gwiazd.

Rzeczywiście było sporo znanych nazwisk, a Anderlecht nie był drużyną, w której średnia wieku schodziła poniżej 25 lat. Tylko tam to była stajnia gwiazd. Jadąc wtedy na Anderlecht, 0:0 brałeś w ciemno.

Widać było u nich tę klasę i wiarę we własne umiejętności? Byli pewni, że wygrają?

Tak. Anderlecht, Club Brugge, Standard, to były takie drużyny pewniaków i rósł wtedy Racing Genk. Genk był taką drużyną, która bardzo ładnie grała w piłkę. Nie był drużyną budowaną na gwiazdach, na znanym nazwiskach, tylko taką, która wychowywała i im to wychodziło najlepiej. I w tym pierwszym naszym sezonie, to właśnie Genk został mistrzem, z Oulare, Struparem…

Z Sonckiem chyba?

Nie, Wesley Sonck jak pamiętam grał wtedy w Germinalu Ekeren i dopiero po tym sezonie przeniósł się do Genku. Ja jeszcze w barwach Beveren zagrałem przeciwko Wesleyowi, kiedy on reprezentował klub, który się rozpadł, i połączył się z Beerschot, stąd Germinal Beerschot grał w kolejnym sezonie. Wtedy jeszcze trafiłem na Rudiego Smitdsa, nie wiem, czy kojarzysz takiego piłkarza, reprezentanta Belgii?

Z nazwiska kojarzę, z gry nie.

On grał na mistrzostwach świata w USA. Długowłosy obrońca. Zagrałem wtedy na stadionie Ekeren. Pierwszy mecz z nimi przegraliśmy, ale ten drugi zremisowaliśmy i ten punkt dał nam utrzymanie w lidze.

Twój drugi sezon w Belgii, to 4 miejsce w lidze z Mouscron, tuż za strefą pucharową i 14 zdobytych bramek, co dało ci 6 miejsce w klasyfikacji strzelców. Było to dla ciebie zaskoczeniem, czy jednak uznałeś to za naturalny rozwój kariery?

Zdobyłem 8 bramek w Beveren, i gdybym zdobył mniej niż 10 w Mouscron, to bym się zastanawiał czy wszystko poszło, tak jak planowałem. Poza tym zawsze na początku potrzebujesz 5-6 meczów, by się wgryźć w drużynę, a my przyszliśmy do drużyny, która grała w piłkę, który nie klękała przed żadnym rywalem. Nie ustawiała taktyki pod rywala. Która miała taką samą tożsamość u siebie i na wyjeździe, bez względu na to czy grała z silnym, czy słabym rywalem. My wiedzieliśmy, że musimy grać w piłkę, a nie przeszkadzać, grać innym. Muszę powiedzieć, że te pierwsze trzy sezony w Mouscron to mój najpiękniejszy okres w piłkarskiej karierze. Ja nigdy później ani wcześniej nie czułem się tak dobrze, nigdy mi się tak słodko w piłkę nie grało, nie miałem takich statystyk, jak pod wodzą Hugo Broosa w Mouscron. My tworzyliśmy prawdziwą piłkarską rodzinę, bo gdybym pokłócił się z żoną i musiał nagle szukać noclegu, to bym poszedł spać do szatni w klubie i ja bym tam nie zginął.

W pierwszym twoim sezonie w Mouscron, to ty byłeś główną strzelbą w klubie, ale w drugim pojawił się Nenad Jestrović.

Rzeczywiście, on strzelił 20 bramek a ja 16. On miał niesamowity początek sezonu, w pierwszych 5 meczach zdobył 9 goli (11 w pierwszych 6 kolejkach – red.). I pamiętam, że dziennikarze w tamtym sezonie liczyli, że jeżeli on utrzyma takie tempo, to skończy chyba z 58 bramkami. Powiedzieć więc, że miał w Belgii „Wejście smoka” to mało.

Rzeczywiście był takim kozakiem, czy jednak pomagał mu piłkarski fart?

Nie, nie, on miał nosa i potrafił strzelać bramki. Miał w sobie ten egoizm pola karnego, który jest niezbędny dla napastnika. Kiedy wchodził z drzwiami do Mouscron nie chciał tego odpuścić. Miał dwa hattricki w pierwszych 6 kolejkach (w sumie 11 goli) i potem dorzucił tylko 9. Jednak trzeba pamiętać, że w drugiej części sezonu miał kontuzję i nie mógł do końca wyśrubować tego wyniku. My byliśmy drugą najskuteczniejszą parą napastników w lidze. Wyprzedzili nas tylko Radziński i Koller z Anderlechtu. Tworzyliśmy razem bardzo bramkostrzelny duet, a ja grałem w nim rolę tego bardziej pokornego. Potrafiłem się dla drużyny ułożyć, że pierwszą strzelbą będzie Jestro. Strzelmy bramki na 2:0, a potem możemy powalczyć dla siebie o kolejne, bo ja zawsze czułem w Belgii, że sytuacje będę miał, czy to w pierwszej, czy też drugiej połowie meczu. Kwestią tylko było czy już pierwszą, czy też dopiero drugą zamienię na gola. To był więc sezon, gdy nie byłem najlepszym strzelcem drużyny.

Później jeszcze miałeś podobną sytuację z Luigim Pieronim.

Nie tylko, ale Pieroni był najlepszym strzelcem całej ligi. Podciągnął pod 30 bramek (dokładnie miał 28 – red.). Jednak częściej byłem tym pierwszym i miałem takie poczucie obowiązku, że jak strzelę 10 goli, to żadnej łaski nie robię. Miałem dwa razy tych goli mniej, raz 8 i raz 9, ale to było za Leekensa, który zmienił mi pozycję i stawiał na dwójkę Mpenza/Pieroni, a ja byłem skrzydłowym lub fałszywym napastnikiem, który grał na prawym skrzydle, a to nigdy nie pomagało w śrubowaniu liczby strzelonych goli.

A jak wpłynął na ciebie transfer brata do Anderlechtu. Dużo zmienił w twoim życiu?

Tak. Krajobraz stał się bardziej szary, a ja potrzebowałem 3-4 miesiące, by się z tej sytuacji odkręcić. To jest taka sytuacja, że coś ci odcięto i musisz się na nowo uczyć rzeczywistości i trochę zaadaptować do nowej sytuacji.

A ty nie miałeś wtedy ofert, by również zmienić klub?

To było po mistrzostwach świata w Korei i przyszła oferta na mnie i na Michała z Club Brugge. Mieliśmy ponownie w pakiecie zmienić klub i przejść do Brugii. Jednak Club Brugge nie dawało tyle ile żądało Mouscron, i zdecydowali się w końcu na kogoś innego. Michał zaś trafił do Anderlechtu, bo tam poszedł nasz trener (Hugo Broos – red.) i na szybko potrzebował uniwersalnego obrońcy, a Michał mu bardzo do tego pasował.

Były plotki, że Ajax był zainteresowany Michałem.

Tak Michał mi się przyznał, że jego antyfanem był Co Adriaanse (trener Ajaksu w sezonie 2000/01 – red.), i on ten transfer przekreślił.

Michał wolałby Ajax czy Anderlecht?

Wydaje mi się, że wtedy wybrałby Ajax, bo liga holenderska w tamtych czasach była lepsza.

Do tego to nobilitacja, bo Ajax to najlepszy klub w Beneluksie.

Zdecydowanie tak.

Po odejściu Hugo Broosa wyniki Mouscron się pogorszyły, a w klubie pojawił się kolejny Polak Łukasz Kubik. Jak od się zaadaptował w drużynie?

Łukasz Kubik spędził pół roku w Mouscron. Był pozyskany z KV Mechelen, które zbankrutowało (kibice uratowali KV Mechelen przed bankructwem, ale klub spadł do ligi amatorskiej – red.). Jednak tak jak mówisz, za czasów trenera Lorenzo Staelensa zrobiliśmy się drużyną środka tabeli, i to taką, która bardziej walczy o pierwszą ósemkę, niż na nią zasługuje. Tych bramek było trochę mniej i jako drużyna zbladliśmy, a Łukasz był takim uzupełnienieniem. Skończył z jakimiś dziesięcioma meczami I jednym golem (cały bilans Łukasza Kubika w Mouscron to 12 meczów i 1 gol – red.) i nie został na kolejny sezon. Więc dla niego to też był swojego rodzaju epizod. Jednak na ten czas kiedy przyszedł do klubu, to on grał.

W Mechelen Łukasz Kubik był ważną postacią. 48 meczów i 5 goli w ciągu dwóch sezonów, to całkiem fajne liczby jak na pomocnika.

Mechelen i Harelbeke to były dwa kluby, w których wiedziano, kim był Arek Kubik, a potem Łukasz Kubik.

Wtedy w Belgii Polaków grało sporo.

14 lub 15.

A Tomasz Radziński to przyznawał się, że jest Polakiem?

Tak. Radziński był bardziej w Belgii odbierany jako Kanadyjczyk, ale pamiętam, jak przy pierwszym spotkaniu nie było żadnej blokady lub niechęci, by porozmawiać po polsku.

A mówił płynnie po polsku?

Oczywiście. Od razu do nas podszedł. On jeszcze był podopiecznym Stanisława Gzila z Ekeren. Tam razem pracowali, więc momentalnie do nas podszedł.

A czuć było, że to taka megagwiazda ligi?

Nie, absolutnie. W rozmowie przedmeczowej na Anderlechcie przyszedł do nas, podpowiedział coś młodszemu napastnikowi, pokrzepił Michała jako obrońcę, pośmialiśmy się trochę. Poczuliśmy się tacy namaszczeni przez Tomka Radzińskiego i mile widziani. To było bardzo miłe przeżycie, takie coś, co dowartościowało, a nie coś, co pokazało różnicę i hierarchię między Tomkiem a nami.

Po Lorenzo Staelensie przyszedł Georges Leekens i w Mouscron ponownie zaczęły się lepsze czasy.

Georges Leekens gwarantował grę o poważne cele, może nie o mistrzostwo, ale o pierwszą piątkę jak najbardziej.

Jednak skład też był lepszy, Mpenza, Pieroni.

Leekens nie lubił kiczu i jak się za coś brał, to potrzebował wzmocnień. A że mer miasta i prezydent klubu Jean-Pierre Detremmerie miał w sercu piłkę nożną i zależało mu na dobrych wynikach klubu, to potrafił pewne rzeczy zorganizować. Wysupłał więc trochę euro i pojawiły się nazwiska i poprawiła się jakość drużyny (nawet za bardzo mu zależało, bo został oskarżony o malwersacje finansowe, wpadł w depresję i popełnił samobójstwo w 2016 roku – red.). Luigi Pieroni został sprowadzony z Liège (dokładnie z RFC Liège – red.), ale był młodym nieopierzonym chłopakiem, który potrzebował minimum pół roku, żeby wejść na wyższy poziom. Sprawdzonym piłkarzem był Mbo Mpenza. Leekens jeszcze ściągnął Stephena Laybutta. To był piłkarz z Australii, nikomu nieznany, z przeszłością w Feyenoordzie (nie zagrał tam jednak żadnego oficjalnego meczu – red.), gdzie trenował z Jurkiem Dudkiem. Przyszedł do nas na testy i stał się ważną postacią Mouscron i później Gentu, gdzie trafił razem z Leekensem. Georges Leekens miał więc nosa do piłkarzy. Wiedział, czego chce i potrafił z nimi rozmawiać. Dlatego to, że wraz z przybyciem Leekensa pojawia się ożywienie w klubie, drużyna gra lepiej i jest wyżej w tabeli, to był w Belgii standard.

Wracając jeszcze do czasu gdy razem z bratem grałeś pod wodzą Broosa w sezonie 2001-02, to mieliście znakomity sezon w pucharze Belgii. Doszliście do finału, a ty w każdym z wcześniejszych 5 meczów zdobywałeś gola.

Tak, w każdym oprócz finału. Najpiękniejszą bramkę zdobyłem na St. Truiden. Pamiętam wolej z szesnastego metra w samo okienko. Ale co najważniejsze, to był rewanż. Pierwszy mecz wygraliśmy 3:0, a mimo to mieliśmy obawy przed rewanżem. Oni szybko strzelili na 1:0, ale gdy strzeliłem na 1:1, wiedzieliśmy, że oni się już nie podniosą.

Za to w finale załatwił was Andres Mendoza strzelając trzy gole.

Tak, ale tam była taka sytuacja z rzutem karnym na mnie (przy stanie 1:1 – red.), kiedy Birger Maertens łapał mnie za koszulkę, ale sędzia nie zauważył.

Teraz by pewnie karnego odgwizdali po analizie VAR.

Zdecydowanie. Niestety po tej akcji poszła kontra i nam strzelili gola. To był mecz, w którym gola dla nas zdobył Jonathan Blondel, młody wtedy zawodnik. Gdybym miał go porównać do piłkarzy, których zna szersza publiczność, to on był jak Mario Götze. Tyle że tylko dla Mouscron i potem Club Brugge. To było takie pierwsze potwierdzenie jego talentu. Niestety na nic więcej nie było nas stać i przegraliśmy 1:3. Trzy bramki Mendozy. Natomiast gdyby ten faul został odgwizdany, to myślę, że ten mecz wyglądałby inaczej.

A tak jeszcze w nawiązaniu do tego nieodgwizdanego faulu. Czy grając w Belgii, odczuwałeś, że sędziowie przychylniej patrzą na te największe belgijskie kluby?

Tak. Nie pozwalali skrzywdzić gwiazd. I ja się z tym zgadzałem, że kiedy grał Scifo, Radziński czy Jan Koller, to gdy ktoś próbował zbyt agresywnie ich atakować, to sędziowie przerywali grę i karali kartkami. Zapracowałeś sobie na pewien status, jesteś wielkim piłkarzem (jak na daną ligę), to odrobina lepszego traktowania ci się należy. To dało się odczuć. No i przy rzutach karnych, gdzie łatwiej było gwizdnąć dla dużego klubu, zwłaszcza w konfrontacji z małym.

Ta Brugia to była wam trochę nie po drodze, bo tu wygrała w finale, a dwa lata później was wyeliminowała w półfinale.

Nie ukrywam, że Club Brugge było zawsze lepszym klubem, bardziej utytułowanym, więc tutaj niespodzianki nie było.

A jakie mecze były najważniejsze dla waszych kibiców? Którzy rywale wzbudzali najwięcej emocji?

No właśnie takich nie było. Jedynie z Mons (obecnie klub już nie istnieje, RAEC Mons zbankrutował w 2015 roku – red.). Trochę się mówiło o Charleroi, ale to były bardziej derby Walonii. Jeżeli chodzi o lokalne derby, to najbliżej był Kortrijk, ale oni grali wtedy w drugiej lidze. Zresztą w moim pierwszym sezonie w Belgii, jeszcze w barwach Beveren, przyczyniłem się trochę do ich spadku, więc i też trochę przeze mnie tych derbów nie było.

Trochę szkoda, bo pomiędzy tymi klubami jest rzut beretem, tak pewnie ze 20 km?

Nawet nie, pewnie z 15, ale tak jak mówisz, zgrupowań przed meczem pewnie by w hotelu nie było (śmiech)

Powiedz może parę słów o Pieronim. On został królem strzelców ligi, a był trochę takim człowiekiem znikąd.

Pieroni był trochę beneficjentem tego, że ja złapałem kontuzję. On zaczął grać, i nie musiał się obawiać, że jak nie będzie mu szło, to go ktoś w 60 minucie zmieni. Co trzeba mu oddać, w tych 4-5 meczach, które dostał, strzelił 2 czy 3 bramki i pokazał, że coś z niego będzie. Więc on miał zupełnie inne miejsce w hierarchii na początku sezonu niż później. Gdy zaczynaliśmy drugą rundę, można się było spodziewać, że być może on będzie wychodził w pierwszym składzie obok Mpenzy, i że to on będzie strzelał bramki. Bo Mbo Mpenza nigdy nie zabiegał o to, by być pierwszym strzelcem w drużynie. Chciał być efektywny dla zespołu i potrafił grać dla drugiego napastnika. Sam potrafił strzelać bramki, ale to był najbardziej przyjazny napastnik, z którym kiedykolwiek grałem spośród tych z dużymi nazwiskami. Dlatego gdybym miał wybierać partnera na 5 lat gry w jednym ataku, to byłby nim Mbo Mpenza, choć groźniejszy duet tworzyłem z Nenadem Jestroviciem.

A czy belgijscy trenerzy dużo zmienili w twojej grze jako napastnika?

Mnie nikt nie mówił co mam robić w danej sytuacji, może poza Lubańskim, który zapraszał nas na obiad w niedzielę, a później siadaliśmy i pokazywał nam fragmenty meczów i mówił np. „Tu Marcin 1 na 1, musisz, teraz pokazujesz, że jesteś napastnikiem”, to była taka czysta wiedza, „Tu masz piłkę przyjąć i nie masz prawa jej stracić, bo ci łeb zetną”.

A dało się odczuć, że pan Włodzimierz to żyjąca legenda tej ligi?

Było. Jak on się pojawiał to i ja się lepiej czułem, bo z nim się każdy witał. Był uznawany za bardzo inteligentnego człowieka i był o wiele bardziej przystępny, niż by wskazywał status gwiazdy, jaki posiadał. Mówił po angielsku, francusku, flamandzku, był (nadal jest) bardzo dobrym ambasadorem polskiego futbolu.

Opowiedz o tym jak wyglądał twój transfer do Metz i dlaczego tam ci nie wyszło?

To był od początku przekombinowany transfer przez samego zainteresowanego, czyli przeze mnie. Ja na siłę chciałem odejść z Mouscron i chciałem też bardzo wrócić do reprezentacji. Przedobrzyłem ze wszystkim.

A czy liga była dużo silniejsza?

Dużo trudniejsza. Ja jednak do końca nie przeanalizowałem drużyny, do której idę. Dla mnie już samo to, że klub grał w Ligue 1 było wystarczające. Mówiłem sobie, ok strzelę te 8-10 bramek, wrócę do kadry i moja kariera ponownie się rozpędzi. Niestety skończyło się na 13 meczach bez ani jednej bramki w lidze, co do dziś mnie trochę uwiera.

Po powrocie do Belgii nie było już tak dobrze jak przed wyjazdem do Metz. W Gandawie ci również nie poszło tak, jak to sobie pewnie wyobrażałeś?

Nie było. Ja wtedy w pierwszym sezonie więcej siedziałem na ławce niż grałem. Wskoczył do składu Olufade (14 goli w sezonie – red.) i miejsca nie oddał, a Leekens był bardzo konserwatywny. Jeżeli drużyna wygrywała, to on stawiał na stabilność składu, i żeby taki 13, 14 czy 15 gracz w hierarchii wskoczył na stałe do drużyny, to musiałoby być chyba otwarte złamanie lub akt zgonu.

Zupełnie inaczej niż, teraz gdy trenerzy często rotują składem.

Nie było szans. Dominic Foley i Olufade grali zawsze, a ja byłem tym pierwszym wchodzącym.

Tego, że będziesz pomagał Foley’owi w zdobywaniu bramek to się chyba spodziewałeś, bo mówiłeś wtedy o tym w wywiadach.

My byliśmy piłkarzami o podobnym profilu. Wydaje mi się, że ja więcej biegałem i byłem bardziej mobilny. Rzeczywiście może mieliśmy tworzyć parę napastników, ale później zrobiono z nas konkurentów.

Próbowano cię przestawiać na skrzydło?

Ja za Leekensa byłem zmiennikiem i czekałem na wejście. Olufade był tym szybkim napastnikiem, który wykorzystywał te przestrzenie, które tworzył Dominic Foley. Natomiast w drugim sezonie, za kadencji Tronda Sollieda, ja byłem tym który zaczął grać, ale niestety potem przyszła kontuzja i to się odwróciło. Ja zacząłem ten sezon jako pierwszy napastnik, ale chyba w 4 meczu złapałem kontuzję i niestety musiałem ją długo leczyć. Do składu ponownie wskoczył Dominic i ja wtedy zostałem przesunięty na skrzydło. Ale napastnik, który gra z prawej strony, to nie jest napastnik, który żyje z tego co lubi i który może się wykazać w tej materii, która jest mu najbliższa. Cieszyłem się, że mam minuty, ale czułem się bardziej skrzydłowym niż napastnikiem, a to nie była moja specyfika.

A skąd wziął się pomysł na grę w Dender?

To był mój ostatni sezon w Gent i widziałem, że tych minut jest mało i nie zanosi się, że będzie ich więcej, więc poszedłem do Dender szukać tych minut, by uratować swój sezon, dać sobie szansę na transfer do dobrego klubu, a przy okazji pomóc klubowi utrzymać się w belgijskiej Ekstraklasie. Jednak przede wszystkim chciałem grać. I powiem szczerze, że w APOELu, po jakiś 6 miesiącach usiadłem z trenerem Jovanoviciem i on powiedział „Ja w ogóle brałem cię pod uwagę, dlatego że miałeś minuty, grałeś regularnie, to że dla Dender strzeliłeś 2 gole w kilkunastu meczach, dla mnie nie miało znaczenia”.

Czyli gra w Dender miała sens i pomogła ci w znalezieniu lepszego klubu?

Zdecydowanie. To był też rodzaj inwestycji w siebie, bo Dender jak na belgijskie warunki to był kopciuszek. Dla mnie było to potrzebne, by dać sobie szansę w kolejnym sezonie. I mi się to opłaciło. W życiu bym nie pomyślał, że w następnym sezonie wywalczę sobie awans do Ligi Mistrzów. Ja wyjeżdżając do APOELu miałem 32 lata i bardziej się szykowałem na miękkie lądowanie niż na to, że będę grał w LM.

Ale nie było w planach wakacji i plażowania?

Nie. Absolutnie nie wakacje. To już był inny Cypr, przynajmniej, jeżeli chodzi o Anorthosis, APOEL, Omonię. Jak cię wyłapali, że jesteś paraliia po pierwszym miesiącu, to w klubie byłeś skasowany. Trzeba było wykazać się zawodowym podejściem nabytym w zachodnich ligach.

W Polsce tę ligę oceniano jednak inaczej.

To się chyba zmieniło od czasu Janusza Wójcika i naszej trójki w Anorthosis. Jeszcze Kowal mógł sobie na luźniejsze podejście pozwolić, ale później już pojawiły się większe pieniądze i zaczęto dokładniej selekcjonować sprowadzanych piłkarzy. Więc tam frywolne podejście turysty czy plażowicza nie przeszłoby. W tej czołowej trójce taki piłkarz nie miał szans na grę.

Cypr piękne miejsce, ale wróćmy do Belgii. Z jakimi najlepszymi piłkarzami grałeś tam w drużynie i jacy grali przeciwko tobie?

Philippe Albert (jeden z najlepszych obrońców w historii belgijskiej piłki – red.), obrońca, który wrócił wtedy do Charleroi, a ja go pamiętam jeszcze z Newcastle. Widać było po nim obycie w dużej piłce, nie robił żadnych niepotrzebnych ruchów i ograć go lub przepchnąć, było dla mnie — nie powiem, że niemożliwe — ale bardzo trudne.

Mimo wszystko Enzo Scifo to był piłkarz, na którego patrzyło się z wielką przyjemnością. Choć gdy wracał do Anderlechtu, to był piłkarzem bardzo wygodnym. Takim dostojnie poruszającym się po boisku graczem, do którego trzeba się było dostosować, a nie on dostosowywał się do innych.

To, co u tych największych piłkarzy było zauważalne już po 15 minutach, że wiedzą kiedy się bardziej zaangażować, a kiedy mogą obserwować przebieg akcji i spokojnie czekać na piłkę. To była właśnie umiejętność czytania gry i wieloletnie doświadczenie z meczów w najsilniejszych ligach Europy.

A czy był jakiś bramkarz, którego trudno ci było pokonać, czy też wtedy takich rzeczy się nie analizowało?

Ja wtedy miałem nastawienie, że jak będzie dobra sytuacja, to bez względu kto będzie bronił, swojego gola strzelę. Sztaby nie pracowały wówczas nad takimi szczegółami jak obecnie i nie było analizy gry bramkarzy. To bardziej ja sobie analizowałem zachowanie bramkarza w czasie meczów.

Przy karnych też nie było analizy?

Ja karne strzelałem rzadko. Raz się wyrwałem w meczu z Club Brugge i mi piłkę odbił Dany Verlinden, bramkarz co miał 175 cm wzrostu. Stwierdziłem więc, że jak mnie nie wyznaczą, to już nie będę sam się za to brał. Tak staram się teraz przypomnieć, ale nie było chyba bramkarza, który by mi wszystko bronił, i przed którym bym miał odrobinę traumy. Wiedziałem, że jak się prawidłowo zachowam w danej sytuacji, i oddam dobry strzał nogą czy też głową, to nie ma tych niepokonanych.

Pozostał ci może w pamięci jakiś zawodnik z zespołów, w których grałeś, którego nazwisko jest praktycznie zapomniane, a mógł zrobić dużą karierę?

Mnie jedno nazwisko przychodzi do głowy. Alin Stoica „Książę Astrid Park”, który wprawdzie zrobił karierę, ale powinien dużo większą. Jednak on chyba za bardzo opierał się na tym „co Bóg dał”, a za mało starał się to rozwijać. Ten kult pracy u niego był niewielki i czerpał głównie z talentu. Był piłkarzem niewysokim (176 cm), ale obdarzonym bajeczną techniką, kreatywnością, wielką wyobraźnią. Wszystko mu wychodziło idealnie.

Podobny do Zetterberga?

Grał piękniej, bo dla mnie Zetterberg ciężko biegał i był motorycznie w pewien sposób ograniczony. Alin był swobodniejszy. Przezwisko „Książę” było idealne dla Alina. Dodatkowo on miał taką butę, którą wynosił na stadion bez względu na klasę rywala. Niestety, jeżeli chodzi o trening, to trzeba go było bardziej zapraszać. Pamiętam w Gent taki moment, kiedy Stoica był lekko kontuzjowany i uzgodnili z trenerami, że wyjdzie zrobić kilka startów, by zobaczyć czy ten mięsień się dobrze zachowuje, i to zrobi indywidualnie. My mieliśmy wtedy odprawę przedmeczową, więc zostaliśmy w szatni. I nagle słyszymy jakieś tupanie, które się systematycznie powtarzało. Trener przerwał odprawę, poprosił asystenta, żeby wyszedł i sprawdził. Po dwóch minutach wraca asystent, który trochę się śmieje, ale jest też lekko przerażony i nie wie za bardzo co ma powiedzieć Leekensowi. Okazało się, że padał deszcz, i Stoica postanowił te sprinty robić w budynku, bo nie będzie przecież biegał w taką pogodę po grząskim boisku. To było właśnie typowe podejście Alina do treningu. On był też pierwszym piłkarzem, który słodził herbatę miodem. Mówi „Marcin, lepszy cukier”, i to było pierwsze profesjonalne podejście Alina do sportowego trybu prowadzenia się piłkarza.

Jeszcze sobie przypomniałem o jednym zawodniku. Momo Dagano, napastnik Genku. Mógł grać w ataku zarówno w pojedynke jak i w duecie. Potrafił wypracować sytuację, był silny, skoczny, szybki. Miał wszystko. Jego odejście do EA Guingamp miało być kolejnym krokiem w karierze, a okazało się szczytem tej kariery, bo później już nic wielkiego nie osiągnął.

Ceniłem również braci Brogno, i tak się później złożyło, że gdy graliśmy półfinał pucharu Belgii z Charleroi Dante Brogno był tam asystentem trenera. Po przegranym meczu podszedł do mnie i powiedział „Michał, dla mnie jak na Belgię jesteś wielkim piłkarzem i życzę ci, abyście ten finał wygrali”. Zrobiło mi się wtedy bardzo miło, bo rzadko zdarza się taka szczerość i próba dowartościowania w piłkarskim światku.

Derby w Mouscron cię ominęły, ale już jako piłkarz Gentu grywałeś z Club Brugge.

O derbach z Brugią to chyba lepiej nie wspominać, bo pierwszy mecz przegraliśmy 0:5 i to był mój ligowy debiut w barwach Gentu. Jednak nie widać było na mieście, by kibice to jakoś strasznie przeżywali, choć rozmiary porażki były szokujące i w kolejnym meczu musieliśmy się koniecznie zrehabilitować.

Wtedy KAA Gent nie miał chyba jeszcze takiego statusu w Belgii, jaki ma obecnie?

Nie miał, ale widać było, że Gandawa rosła, i miała duże aspiracje. Chcieli walczyć o trofea z najlepszymi, ale jeszcze nie mieli tego nowego stadionu i graliśmy na tym starszym obiekcie.

Ale miasto przepiękne?

Tak. Przyjemnie było wyjść na obiad, czy pospacerować. Ja wprawdzie w samej Gandawie nie mieszkałem, ale wielokrotnie robiliśmy z żoną i dziećmi tak, by niedziele spędzać właśnie tam. Przepiękne kanały, architektura, urokliwe uliczki. Człowiek mógł poczuć klimat z innych czasów. Miasto zdecydowanie do zapamiętania i ci, którzy spędzili tam, chociaż jeden dzień z przyjemnością wracają.

To jeszcze na koniec. Jak czujesz się jako najlepszy polski strzelec w historii ligi belgijskiej, i czy teraz widzisz szanse, by ktoś ten twój rekord pobił?

Są szanse, tylko teraz trochę się zmieniło nastawienie.

Taki Teodorczyk mógł to zrobić?

Zdecydowanie. Jeżeli miałbym wskazać jednego piłkarza, który może mój rekord wymazać i zepchnąć mnie na drugie miejsce to byłby Łukasz Teodorczyk. Generalnie, jeżeli strzelasz tam ponad 20 bramek, i robisz to z taką łatwością, z jaką robił to Teo w Anderlechcie, to kolejne sezony powinny być czystą przyjemnością. Oczywiście później pojawił się w Charleroi i okazało się, że dla Zebr bramki się strzela dużo trudniej, ale ten pierwszy sezon w Belgii był wybitny. Trochę jak Jestrović, wszedł do ligi razem z drzwiami.

Potem było już trudniej. A jak to jest z napastnikami. Rzeczywiście jak nie idzie to siedzi to w głowie, a jak wpada, to jest łatwość grania?

Dla napastnika najtrudniejszy jest ten 4-5 mecz bez bramki, bo wtedy rzeczywiście, gdzie nie spojrzysz to drzwi zamknięte. Gdy bramki padają, to się nawet nie zastanawiasz, wiesz, że sytuacje będą i coś strzelisz.

Gdy nie idzie, to boisz się podjąć ryzyka i wybierasz podanie zamiast strzału?

Nie, zaczynasz wątpić, czy będzie sytuacja, i to jest już pierwsze utrudnienie. W sytuacji, gdy w jednym sezonie strzelasz pod 20 goli, to w kolejnym nie boisz się podejmować trudnych decyzji, czasem bardzo egoistycznych. Bo wyrobiłeś sobie pozycję, i masz ten status wśród innych, że umiesz to robić. Więc wywalczyłeś sobie przyzwolenie na niezależność decyzji. Natomiast najgorsze jest powątpiewanie, czy pojawi się sytuacja. Biegasz niepewny tego co będzie, a jak jest prawo serii, to wszystko działa automatycznie. Gdy się wszystko układa, to nawet bezpańska piłka spada akurat tobie pod nogę. Natomiast gdy zaczynasz się zastanawiać, to inaczej podejmujesz decyzje, mniej chętnie biegasz do piłek, szukasz tylko pewnych sytuacji, przez co tych prób jest mniej i rzadziej prowokujesz los, by się o ciebie uśmiechnął. Ja się uczyłem lekceważyć to, że przez kilka spotkań nie mogłem strzelić bramki. Jednym przychodzi to łatwiej a innym trudniej. Ważne jest też, kiedy taka seria się przydarzy, w sytuacji, gdy coś już w danym klubie udowodniłeś, czy też na samym początku. Jeżeli przydarzy ci się to na początku, to otoczenie raczej ci nie pomoże w przełamaniu tej serii. Mnie się udało zarówno w Beveren jak i Mouscron strzelać dużo od samego początku, i jak się nie obawiałem podejmować ryzyka i nie martwiłem się tym, że mogę w kilku meczach nic nie strzelić.

Media nie cisnęły. Było spokojniej niż jest obecnie?

Na przykładzie Gandawy powiem, że jak strzeliłem gola w pierwszym meczu w Pucharze Intertoto, później po 2-3 meczach złapałem kontuzję, więc nie zdążyli ze mną cisnąć. Następnie miałem status rezerwowego, dorzuciłem jeszcze jednego gola z Germinalem pod sam koniec, ale mnie jeszcze w pierwszym sezonie mieli za tego uczciwego, który nie zasłania się statusem, który wypracował sobie w lidze. Tylko ten, który goni.

Drugi sezon zacząłeś super, pierwsze dwa mecze i dwa gole.

Tak. Znowu dałem taki sygnał, że potrafię w polu karnym się zachować. Tylko potem kolejna kontuzja. Jednak ja czułem, że nie jestem w Gent tym, kim miałem być, albo tym którym chcieliby mnie widzieć kibice. Dlatego tez w drugiej części sezonu, już nie męczyłem sobą, tylko mówię, pójdę do Dender i tam sprowokuje co na kolejny sezon. Pewnie w Gandawie nie uchodzę za nieudacznika, ale za takiego, który nie spełnił oczekiwań. Jeżeli chodzi o bycie nieudacznikiem to bardziej FC Metz. A tam jeszcze w pierwszym meczu z Le Mans miałem stuprocentową sytuację, i to z główki. Sam nie wiem, jak to nie wpadło. Gdybym tę sytuację zamienił na gola, to wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale tak z napastnikami jest, raz na wozie, raz pod wozem.

Dziękuję ci za poświęcony czas, i mam nadzieję, że kibice poznali lepiej twoją karierę i ligę belgijską.

Mariusz Moński
Mariusz Moński
Zakochany w piłce z Beneluksu oraz w futbolu z końca XX wieku. W czerwcu 2020 zakończył trwające ponad 30 lat oczekiwanie na kolejne mistrzostwo ukochanego Liverpoolu. 

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Brudne mistrzostwa. Argentyna 1978

Mistrzostw świata w 1978 roku przeszły do historii nie tylko z powodu zwycięstwa gospodarzy. Przeczytajcie!

Wizyta na turnieju gminy Wiśniowa – historia lokalnej piłki

W tym artykule przedstawiamy historię lokalnej piłki w gminie Wiśniowa.

Artjoms Rudnevs – goleador, który uciszył Turyn

Wielu obcokrajowców przewija się przez polską ekstraklasę, lecz tylko nieliczni potrafią podnieść poziom sportowy rozgrywek. Chlubnym wyjątkiem na tle kolejnego zaciągu z Bałkanów czy...