Najlepsze indywidualne występy w reprezentacji Polski

Miejsce 6.

Kazimierz Deyna przeciwko Węgrom, finał Igrzysk Olimpijskich, Monachium, 10 września 1972

Zanim drużyna Kazimierza Górskiego zajęła trzecie miejsce na mistrzostwach świata, osiągnęła inny sukces. Również wielki, chociaż niedoceniony aż tak bardzo przez futbolowy świat. Pierwszym wielkim osiągnięciem tej reprezentacji było bowiem wywalczenie mistrzostwa olimpijskiego na igrzyskach w Monachium.

Medal olimpijski w piłce nożnej nie miał takiej renomy jak krążek zdobyty na mundialu. Na igrzyskach najmocniejsze reprezentacje wystawiały bowiem jedynie kraje bloku wschodniego. Państwa zachodnie przysyłały drużyny amatorskie.

Nikt jednak nie ma wątpliwości, że mistrzostwo olimpijskie należy docenić, tym bardziej że dwa lata po triumfie w Monachium, biało-czerwoni potwierdzili klasę na mistrzostwach świata. W pierwszej rundzie Polacy pokonali Kolumbię, Ghanę i NRD. W kolejnej zremisowali z Danią oraz wygrali z ZSRR i Marokiem. Dzięki temu dostąpili prawa gry w wielkim finale, gdzie czekali mocni Węgrzy.

Finał był popisem Kazimierza Deyny.  Zawodnik Legii Warszawa zdołał odwrócić losy tego meczu, chociaż po pierwszej połowie bliżej złota byli nasi rywale. To oni prowadzili do przerwy 1:0. Co ciekawe, gol padł po błędzie Deyny, który stracił piłkę pod własną bramką, co wykorzystali przeciwnicy.

W momencie, gdy polska drużyna traciła bramkę, w monachijskiej sali bokserskiej spiker ogłaszał zwycięstwo pięściarza Jana Szczepańskiego nad Węgrem Laszlo Orbanem. Piłkarze dowiedzieli się o tym sukcesie rodaka w przerwie, po zejściu do szatni. Łatwo było to więc wziąć za dobry prognostyk. Być może taka wiadomość dodała naszym zawodnikom otuchy, bowiem po zmianie stron wszystko zaczęło się dla nas układać pomyślnie.

W drugiej części gole strzelał już tylko Deyna. Trafił do siatki dwukrotnie i sprawił, że najlepszą drużyną turnieju olimpijskiego okazała się reprezentacja Polski. Już na początku drugiej połowy urodzony w Starogardzie Gdańskim piłkarz doprowadził do remisu. Popisał się efektownym dryblingiem, minął kilku węgierskich graczy, po czym skierował piłkę do bramki, tuż obok jej lewego słupka. Takie wspomnienie samego piłkarza można przeczytać w jego biografii „Deyna. Geniusz futbolu. Książę nocy” napisanej przez Wiktora Bołbę:

Stracona bramka  była czymś, o czym nie mogłem zapomnieć. Dokuczała mi ta świadomość. Wszystko minęło, kiedy zdobyłem wyrównanie. Było to tak. Dostałem piłkę trzydzieści metrów od bramki. Idę naprzód. Atakuje mnie Węgier, mijam go zwodem. Biegnę dalej, szarżuje następny przeciwnik. Tego też przechodzę. Wyprowadziłem piłkę na lewą nogę. Jest szesnaście, może siedemnaście metrów od bramki. Widziałem całą bramkę. Miałem swobodę ruchów. Pięć metrów ode mnie nie było Węgra. Zdecydowałem się na strzał. Piłka poleciała tam, gdzie chciałem. W lewy róg. Idealnie tuż przy słupku. 

W 68. Minucie padła druga bramka. Do podanej z głębi pola piłki wyskoczyło trzech węgierskich defensorów oraz Włodzimierz Lubański. Deyna przyczaił się obok nich, przejął piłkę, ograł bramkarza i trafił do siatki niemal z linii końcowej. Jeszcze raz sięgnijmy do wspomnianej książki, by przeczytać opis zwycięskiego trafienia:

Bramkarz wyruszył w moją stronę. Zrobiłem ruch, że będę strzelał, i Geczi siadł. Przeczekałem ten moment. Potem do linii było już najwyżej pół metra. Rzuciłem piłkę do bramki. Prawą nogą w prawą stronę. Jakbym uderzał ją rakietą. Ale innej możliwości już nie było. To był rzeczywiście ostatni moment.

 Nasz zespół grał lepiej od przeciwnika, dominował na boisku. Madziarzy potrafili jednak od czasu do czasu zaatakować i zagrozić bramce Huberta Kostki. Na szczęście nie zdołali go pokonać. Złote medale zawisły na szyjach Polaków. Deyna w całych igrzyskach zdobył dziewięć bramek i został królem strzelców turnieju.

Miejsce 5.

Gerard Cieślik przeciwko ZSRR, eliminacje mistrzostw świata, Chorzów, 20 października 1957

Przed wielkimi sukcesami, jakie odnosiły drużyny Kazimierza Górskiego i Antoniego Piechniczka, w polskim futbolu nie brakowało pięknych momentów. Jednym z nich było zwycięstwo reprezentacji Polski nad Związkiem Radzieckim w ramach eliminacji mistrzostw świata 1958.

Ten mecz ma szczególne miejsce w dziejach polskiego sportu. Nie trzeba przecież wspominać jak wielkie znaczenie dla polskich kibiców miały w tamtych czasach potyczki z Sowietami. Gest Kozakiewicza, zwycięstwo hokeistów w Katowicach, triumf siatkarzy w Montrealu, pompka Królaka czy piękne pojedynki bokserów to wydarzenia, który obrosły legendą, wzruszyły do łez i przeszły do historii. Przypominane są do dziś.

Jednym z pierwszych po wojnie wielkim zwycięstwem Polski nad ZSRR na arenach sportowych była właśnie wygrana piłkarzy na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Nie ma znaczenia, że nasza drużyna przegrała na wyjeździe. Nieistotne jest również to, że biało-czerwoni przegrali także decydujący mecz rozegrany w Lipsku, na neutralnym terenie. Na mundial pojechali Rosjanie, ale chorzowska wygrana pozostała w polskich sercach.

Na trybunach zjawiło się 100 tysięcy kibiców. 318 tysięcy ludzi złożyło zamówienia na bilety. Zainteresowanie było ogromne. Związek Radziecki był mocną, uznaną drużyną. Rok wcześniej wywalczyli złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Melbourne. W ich szeregach nie brakowało gwiazd światowego formatu. Borys Kużniecow, Igor Netto, Aleksiej Paramonow, Walentin Iwanow, Nikita Simonian, Eduard Strelcow i wreszcie legendarny bramkarz Lew Jaszyn, jeden z najlepszych golkiperów w dziejach.

Polacy potrafili ograć tak mocnego przeciwnika. Prawdziwy koncert dał tego dnia Gerard Cieślik. Co ciekawe, napastnik Ruchu Chorzów początkowo nie dostał powołania na ten mecz. W reprezentacji nie grał od roku. Ówcześni trenerzy uważali, że nie przyda się w spotkaniu z radzieckim zespołem.

Cieślik został jednak powołany na sparing pomiędzy kadrą narodową a reprezentacją Śląska. Do przerwy zagrał w jednej drużynie, zaś po zmianie stron – w drugiej. Po zakończonej potyczce pojechał do domu. Wieczorem, słuchając w radiu „Kroniki sportowej” usłyszał informację o tym, że jednak został powołany na mecz ze Związkiem Radzieckim. Nazajutrz poinformował go o tym osobiście trener Ewald Cebula.

Spotkanie było wyrównane. Lekką przewagę mieli jednak Polacy. Dwie minuty przed końcem pierwszej połowy Cieślik zdobył pierwszą bramkę, strzelając tuż nad ziemią. Pięć minut po przerwie trafił drugi raz. Tym razem pokonał Jaszyna uderzeniem głową po wrzutce Lucjana Brychczego.

Asystujący przy drugim golu legendarny piłkarz warszawskiej Legii wspominał ten mecz w książce „Kici. Lucjan Brychczy – legenda Legii Warszawa” będącej wywiadem – rzeką przeprowadzonym przez Grzegorza Kalinowskiego i Wiktora Bołbę. Jedno zdanie najlepiej opisuje wagę i ważność tego zwycięstwa:

To było takie nasze Wembley – powiedział Brychczy.

Przy dwubramkowym prowadzeniu nasi piłkarze wciąż atakowali i kilka razy byli bliscy kolejnego gola. Strzelili go jednak Rosjanie. W końcówce świetnie spisującego się w naszej bramce Edwarda Szymkowiaka pokonał Iwanow. Zwycięstwo padło jednak łupem gospodarzy. Po ostatnim gwizdku kibice znieśli piłkarzy z boiska do szatni na ramionach. To była wielka chwila dla polskiego piłkarstwa.

W takich chwilach chciałoby się przycisnąć do serca cały świat – pisał nazajutrz „Sport”.

Po latach mało kto pamięta o porażkach w Moskwie i Lipsku. Rzadko wspomina się, że eliminacje zostały przegrane i na awans do mistrzostw świata nadal trzeba było czekać. Dla kibiców pamiętających tamto spotkanie najważniejsze było to jedno zwycięstwo, wyjątkowe, symboliczne, niepowtarzalne. Dla późniejszych pokoleń również jest to wydarzenie, które zapisało się w historii złotymi zgłoskami. Minęło wiele lat, ale o tamtym wspaniałym występie Gerarda Cieślika nie możemy zapomnieć.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…