Polska na mistrzostwach świata w 1974 roku

Cud na Wembley i przygotowania do mundialu

Wygrana Polaków odbudowała nadzieje na wyjazd do RFN, chociaż sytuacja nadal była trudna. We wrześniu 1973 roku biało-czerwoni dokonali odwetu na Walijczykach, którzy wyjechali z Chorzowa z bagażem trzech goli.

Stało się jasnym, że o wszystkim zadecyduje ostatni mecz kampanii eliminacyjnej na Wembley. A tam? Kapitalny Jan Tomaszewski. Brian Clough, który nazwał naszego golkipera po meczu klaunem. Futbolówka, która przyszła, naszła, zeszła i weszła Domarskiemu. Wokół spotkania w angielskiej Świątyni futbolu narosło mnóstwo legend, a sam mecz jest jednym z najsłynniejszych, które nasza kadra kiedykolwiek miała okazję rozegrać. Wynik 1:1 promował Polaków. Niemożliwe stało się faktem. Kazimierz Górski i jego piłkarze wywalczyli pierwsze od 36 lat przepustki dla Polski na światowy czempionat.

Tak długa przerwa biało-czerwonych w mundialowych zmaganiach wiązała się również z trudnym zadaniem, przed którym stanęli związkowi działacze z ówczesnym prezesem PZPN Janem Majem na czele. Polacy od podstaw musieli planować wszystkie szczegóły wyjazdu do RFN.

Z krytycznymi opiniami kibiców spotkał się plan przygotowań reprezentacji, która za sparingpartnerów częstokroć miała drużyny klubowe, a nawet tak egzotyczną ekipę jak Reprezentacja Armii Algierskiej. W dodatku wyniki i gra polskich piłkarzy nie napawały zbytnim optymizmem. Trener Górski uspokajał jednak, że takie mecze również są potrzebne, a forma ma nadejść dopiero w czasie pobytu RFN.

Ubranych w modne garnitury, uszyte przez firmę Wólczanka reprezentantów Polski, żegnały na Okęciu tłumy. Wśród piłkarzy udających się na turniej, zabrakło niestety kontuzjowanego w meczu z Anglią Lubańskiego, ale także Joachima Marxa z Ruchu Chorzów czy mającego zakaz rozgrywania meczów w Niemczech Jana Banasia. Na siedzibę naszej reprezentacji wybrano malowniczo położoną miejscowość Murrhardt nieopodal Stuttgartu i znajdujący się tam pensjonat Sonne Post (Słoneczna Poczta).

Przyjazne otoczenie i wymarzony początek

Już na miejscu nasi kadrowicze spotkali się z bardzo przyjaznym nastawieniem miejscowych, w tym licznej Polonii niemieckiej. Co rusz byli zapraszani na rozmaite bankiety, mające uświetnić ich pobyt w RFN.

Działacze odwdzięczali się kibicom, obdarowując ich licznymi materiałami promocyjnymi, takimi jak proporczyki czy plakaty. Przywieźli też ze sobą specjalny nakład tygodnika Piłka nożna, który z okazji mundialu wydał numer poświęcony reprezentacji Polski i w całości został przetłumaczony na język niemiecki. Największą niedogodność stanowiła pogoda. Za naszą zachodnią granicą bardzo często lał deszcz, co znacząco utrudniało sztabowi trenerskiemu przeprowadzenie wszystkich zaplanowanych jednostek treningowych.

Jeszcze zimą dokonano podziału na grupy. Biało-czerwoni nie mogli uznać losowania za udane. Ich przeciwnikami zostali Włosi, Argentyńczycy oraz Haiti. Pierwszą przeszkodę na drodze podopiecznych Kazimierza Górskiego mieli stanowić piłkarze z Ameryki Południowej.

Do pojedynku z Albicelestes doszło 15 czerwca na stadionie w Stuttgarcie. Kibice w kraju po cichu liczyli, że biało-czerwoni zdołają urwać, podopiecznym mającego polskie korzenie trenera Vladislao Capa jakieś punkty. Żaden z nich jednak nie spodziewał się, że chłopcy Górskiego już po dziewięciu minutach znajdą się na dwubramkowym prowadzeniu.

Najpierw Grzegorz Lato wykorzystał błąd bramkarza Daniela Carnevali, który niepewnie wyszedł do dośrodkowania z rzutu rożnego, a kilkadziesiąt sekund później Andrzej Szarmach z zimna krwią zamienił na drugiego gola podanie od Kazimierza Deyny. Tego nie spodziewali się nawet najwięksi optymiści. Argentyńczycy byli w szoku, Polacy kompletnie ich zdominowali w początkowych fragmentach meczu.

Gdy Gadocha trafił z rzutu wolnego w słupek, przybysze z Kraju Tanga mogli czuć się kompletnie skołowani. Niebiosa znów czuwały nad Latynosami na początku drugiej połowy. Tym razem w aluminium trafił Szarmach. W 60. minucie nadzieje przybyszów z Ameryki Południowej przedłużył strzałem ze skraju pola karnego Ramon Heredia, ale już dwie minut później Lato przechwycił niedokładny wyrzut Carnevaliego i prowadzenie Polaków znów wzrosło do dwóch bramek. Albicelestes było stać na jeszcze jedno trafienie. W podbramkowej kotłowaninie najlepiej odnalazł się blond włosy Carlos Babington i doprowadził do wyniku 3:2. Więcej goli w tym meczu nie padło. Polacy nieoczekiwanie odnieśli zwycięstwo w swoim pierwszym meczu.

Przecież w tym meczu nikt na nas nie stawiał. Teraz już wiemy, że cztery lata później Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, a przeciwko nam grał już supersnajper złotych medalistów Mario Kempes. Trener Kazimierz Górski przed meczem powtarzał nam, byśmy się im postawili i zagrali tak, jak umiemy. Tylko tyle od nas wymagał. Niby banał, ale on dobrze wiedział, że to może wystarczyć, bo nasz zespół od olimpijskiego złota w Monachium rósł w siłę, a legendarny mecz na Wembley skonsolidował drużynę. To był chrzest bojowy. Skoro wyeliminowaliśmy mistrzów świata z 1966 roku, mogliśmy wierzyć, że w Niemczech nie damy plamy. Wszystko zaczęło się właśnie od Argentyny.

Antoni Szymanowski