Polska na mistrzostwach świata w 1974 roku

Mecz na wodzie

Przy normalnych warunkach, nie mielibyśmy prawdopodobnie żadnych szans.

Franz Beckenbauer

Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka. Gdyby się nie przewrócił, byłaby rzecz wielka. Śpiewał Kazik Staszewski w utworze Plamy na słońcu. W historię gdybologii polskiej piłki najmocniej wryło się jednak stwierdzenie: Gdybyśmy w 1974 roku grali z Niemcami na normalnym boisku, to bylibyśmy mistrzami świata.

Trudno przewidzieć czy to zdanie jest prawdziwe. Murawa Waldstadionu we Frankfurcie nad Menem była taka sama dla obydwóch zespołów. Poza tym zostałoby jeszcze starcie finałowe przeciwko Holandii i nikt nie powiedział, że Cruyff i spółka ulegliby Polakom.

Prawda jednak jest taka, że godzinę przed meczem nad Frankfurtem przeszła wielka ulewa. Boisko nie nadawało się do gry, system drenażu nie nadążał odprowadzać wody. Na niewiele się zdała interwencja organizatorów, którzy przy pomocy straży pożarnej starali się odpompować wodę z zalanej murawy.

Mecz powinien zostać przełożony, ale terminarz był napięty, a presja zbyt duża. Starcie okrzyknięte przedwczesnym finałem odbyło się w anormalnych warunkach. Kolejną dziwną sytuacją był moment, gdy po dziesięciu minutach gry austriacki sędzia Erich Linemayr przerwał spotkanie i zarządził minutę ciszy z powodu śmierci argentyńskiego prezydenta Juana Perona, który zmarł… dwa dni wcześniej.

Oparta na mobilnych skrzydłowych gra biało-czerwonych była hamowana przez grząską murawę. W składzie zabrakło kontuzjowanego Andrzeja Szarmacha, którego zastąpił Jan Domarski. Mimo to Polacy w początkowych fragmentach meczu częściej atakowali bramkę rywala i stworzyli sobie kilka dogodnych okazji do objęcia prowadzenia.

Nasi reprezentanci mogli niestety co najwyżej łapać się za głowę za każdym razem, gdy fenomenalnie dysponowany Sepp Maier odbijał ich strzały. Golkiper Bayernu Monachium rozgrywał mecz życia. Nie potrafili go pokonać ani Lato, ani Deyna, ani delegowany na końcowe fragmenty meczu Kmiecik. Wydawało się, że Maier złapie każdą piłkę w zęby.

Swoje pięć minut miał również Jan Tomaszewski. W 53. minucie gry obronił swój drugi rzut karny na tych mistrzostwach. Jego wykonawcą był Uli Hoeneß. Jednakże na kwadrans przed zakończeniem meczu jedną z nielicznych okazji Niemców wykorzystał Gerd Müller. Marzenia Polaków o grze w wielkim finale znacząco się oddaliły. Potrzebne były do tego dwa gole. Brakowało sił, czasu i szczęścia. Pozostała szansa na srebrny medal.

Srebrne medale i powrót do domu

W starciu o trzecie miejsce Polacy zagrali z aktualnymi jeszcze wówczas mistrzami świata z Brazylii. Pogoda różniła się zdecydowanie od tej, która miała miejsce podczas spotkania z RFN. Z nieba lał się żar. Polacy byli już mocno zmęczeni trudami turnieju. To Canarinhos udało się uzyskać optyczną przewagę.

Polacy musieli momentami ratować się grą nie fair, jak wtedy gdy Kasperczak faulował wychodzącego na czystą pozycję Mirandihnę, za co dziś zostałby wysłany przez arbitra pod prysznic. Biało-czerwonych stać jednak było na jeszcze jeden zryw.

W 76. minucie Grzegorz Lato urwał się rywalom prawym skrzydłem i posłał piłkę obok brazylijskiego bramkarza. Był to jego siódmy gol na tym turnieju, który przypieczętował tytuł króla strzelców dla napastnika Stali Mielec. Latynosi nie zdołali odpowiedzieć. Na szyjach Polaków zawisły srebrne medale!

Polacy wrócili do kraju w roli bohaterów narodowych. Przed ich wyjazdem nikt nawet nie śnił o takim sukcesie. Mistrzostwo olimpijskie traktowano w świecie wielkiej piłki po macoszemu. Biało-czerwoni mieli odegrać w RFN rolę statystów i odpaść po porażkach z Argentyną i Włochami. Wrócili jako trzecia drużyna na świecie, co z przebiegu turnieju wielu kibicom pozostawiło uczucie niedosytu.

Na ustach wszystkich były takie gwiazdy jak król strzelców Grzegorz Lato, genialny kapitan Kazimierz Deyna czy Robert Gadocha. Wspomniana trójka oraz bramkarz Jan Tomaszewski zostali zresztą wybrani do Drużyny Mistrzostw.

Polacy otrzymali też trofeum dla reprezentacji grającej najbardziej ofensywny futbol. Ale największymi niespodziankami była fenomenalna postawa młodziutkiego stopera Gwardii Warszawa Władysława Żmudy, który przed turniejem miał na koncie zaledwie dwa występy w pierwszej reprezentacji i napastnika Górnika Zabrze Andrzeja Szarmacha, wicekróla strzelców niemieckiej imprezy.

Popularny Diabeł jeszcze dwa sezony wcześniej zdobywał tytuł najlepszego snajpera… w drugiej lidze polskiej, reprezentując barwy Arki Gdynia. Zresztą do historii ojczystego futbolu przeszła cała drużyna, a występ Orłów Górskiego w RFN na zawsze zapisał się złotymi zgłoskami w kronikach polskiego sportu.

Skład reprezentacji Polski na X mistrzostwa świata w RFN:

Bramkarze: Jan Tomaszewski (ŁKS Łódź); Zygmunt Kalinowski (Śląsk Wrocław); Andrzej Fischer (Górnik Zabrze)

Obrońcy: Antoni Szymanowski (Wisła Kraków); Jerzy Gorgoń (Górnik Zabrze); Władysław Żmuda (Gwardia Warszawa); Adam Musiał (Wisła Kraków); Zbigniew Gut (Odra Opole); Mirosław Bulzacki (ŁKS Łódź); Henryk Wieczorek (Górnik Zabrze)

Pomocnicy: Henryk Kasperczak (Stal Mielec); Kazimierz Deyna (Legia Warszawa); Zygmunt Maszczyk (Ruch Chorzów); Lesław Ćmikiewicz (Legia Warszawa); Kazimierz Kmiecik (Wisła Kraków); Roman Jakóbczak (Lech Poznań)

Napastnicy: Grzegorz Lato (Stal Mielec); Andrzej Szarmach (Górnik Zabrze); Robert Gadocha (Legia Warszawa); Jan Domarski (Stal Mielec); Zdzisław Kapka (Wisła Kraków); Marek Kusto (Wisła Kraków)

RAFAŁ GAŁĄZKA

Źródła