Nur für Deutsche? Przedwojenne konfrontacje polsko-niemieckie

Status futbolu w hitlerowskich Niemczech

Partia nazistowska ingerowała we wszystkie sfery życia społecznego. Niechlubnym wyjątkiem w tej kwestii okazała się działalność niemieckich związków sportowych, które od samego początku starały się wyprzedzać działania przedstawicieli nowej władzy.

Bojąc się przypięcia przez hitlerowców etykiety ,,angielskiej choroby” (chorobliwej podejrzliwości, że tam, gdzie gra się w gry pochodzenia brytyjskiego na pewno mają miejsce sytuacje wywrotowe), działacze DFB oraz piłkarze poszczególnych ekip byli skłonni podporządkować się nawet najbardziej absurdalnym wytycznym. Za dosyć wyrazisty przykład takiej postawy można uznać użycie znanego dziś na całym świecie magazynu ,,Kicker”, założonego skądinąd przez Żyda Waltera Bensemanna, do rozpowszechnienia następującego oświadczenia:

,,Członkowie rasy żydowskiej oraz osoby, które okazały się zwolennikami marksizmu, są uważani za nieakceptowalnych”.

Inna, niezwykle smutna historia, rozegrała się w ekipie FV Karlsruhe. Julius Hirsch, były reprezentant kraju, został zmuszony przez lokalnych działaczy do opuszczenia swojego ukochanego klubu, po tym jak przeczytał o planowanym usunięciu Żydów z jego struktur. Sytuacja nabrała znamiona kuriozum, gdy prezesi wysłali do niego list, w którym zaznaczali, że widzą jego cierpienie i że klub wciąż traktuje go jako swojego członka, gdyż nikt nie dostał oficjalnej dyrektywy, aby go zwolnić.

Wiadomość ta, datowana dwa miesiące po decyzji nowego ministra edukacji Niemiec Bernharda Rusta zarządzającej wykluczenie Żydów między innymi ze struktur wszystkich klubów sportowych, brzmiała jednak niczym nieśmieszny żart. Sam Hirsch, odrzucony przez swoich pobratymców, dokonał żywota w Auschwitz pod koniec wojny.

Wiele czołowych postaci przedwojennego niemieckiego futbolu z powodu wszechobecnych szykan zostało zmuszonych do opuszczenia kraju. Wśród nich można wymienić Gottfrieda Fuchsa, zdobywcę dziesięciu bramek dla niemieckiej kadry w meczu z Rosją podczas Igrzysk Olimpijskich w Sztokholmie, czy Kurta Landauera, zasłużonego prezesa monachijskiego Bayernu.

W przypadku tej drugiej persony można jednak mówić o pewnego rodzaju sprawiedliwości dziejowej. Nie dość, że w 1940 roku przy okazji towarzyskiego meczu w Genewie piłkarze Gwiazdy Południa nie zważając na reakcję władz oddali mu cześć poprzez ukłon przed trybuną honorową, to jeszcze po zakończeniu wojny udało mu się wrócić na odebrane wcześniej stanowisko.

Niemiecki futbol lat 30. to jednak nie tylko ciche wydalanie z jego struktur najbardziej zasłużonych postaci. Właśnie wtedy, w okresie największej propagandy oraz tępego nacjonalizmu, stworzone zostały dwa najsłynniejsze zespoły w historii niemieckiej piłki. Pierwszym z nich był Kreisel (,,bączek”) z Gelsenkirchen, którego znakiem rozpoznawczym były serie krótkich, szybkich podań pomiędzy poszczególnymi graczami.

,,Dopiero wówczas, gdy już nie było absolutnie komu podać, pakowaliśmy piłkę do bramki” – dzielił się swoimi spostrzeżeniami Hans Bornemann, zawodnik Die Königsblauen w latach 1932-1948.

Historia hegemona z Zagłębia Ruhry miała swój początek w 1933 roku, niedługo po dojściu nazistów do władzy. Wtedy to Schalke zagrało w finale mistrzostw Niemiec, w którym uległo Fortunie Düsseldorf aż 0:3. Podopieczni Kurta Otto (o którym więcej nieco później) razili nieskutecznością, lecz ich okres potęgi i chwały miał przecież dopiero nadejść.

Rok później zawodnicy Królewsko-Niebieskich, tym razem z Hansem Schmidtem na ławce, nie pozostawili już żadnych złudzeń, kto powinien zdobyć tytuł najlepszej ekipy w kraju. W spotkaniu z Norymbergą w Berlinie bramki zdobyły dwie absolutne legendy klubu z Gelsenkirchen, Fritz Szepan oraz Ernst Kuzorra.

Drugi z wymienionych zapewnił tytuł Die Königsblauen strzałem w długi róg w ostatniej minucie gry, po czym zemdlał, a gdy się już obudził, powiedziano mu, że od tej pory może tytułować się jako mistrz Niemiec.

Schalke, które do czasu zakończenia wojny zdobyło mistrzostwo jeszcze pięciokrotnie, stało się częścią nowo utworzonej Gauligi. Naziści postanowili bowiem zrekonstruować futbol na swoich terenach, dzieląc Niemcy na szesnaście regionów, popularnych Gaue, z których poszczególni zwycięzcy mieli zostać rozlosowani w czterech grupach. Ich tryumfatorzy przechodzili do półfinałów mistrzostw kraju. System ten uległ zmianie wraz z rozszerzeniem ekspansywnej polityki III Rzeszy, a co za tym idzie zwiększeniem liczby regionów. Pod koniec wojny grupy zostały zastąpione przez mniej logistycznie wymagający system pucharowy.

Drugą niezwykłą ekipą, która wykształciła się w zindoktrynowanych czasach niemieckiego nazizmu, była słynna Breslau-Elf (,,wrocławska jedenastka”). Określenie to tyczyło się składu reprezentacji Niemiec, który 16 maja 1937 roku rozgromił na stadionie imienia Hermanna Göringa (dziś Stadion Olimpijski) w Breslau (Wrocław) Duńczyków aż 8:0. Pod wodzą Seppa Herbergera, przyszłego mistrza świata z 1954 roku, oraz przy cichej pomocy jego mentora Otto Nerza, drużyna narodowa nie przegrała żadnego meczu w 1937 roku, odnosząc łącznie dziesięć zwycięstw oraz raz remisując. Niemcom nareszcie udało się wypracować swój własny niepowtarzalny styl, który w skrócie można określić jako połączenie angielskiej gry długimi piłkami oraz wślizgów ze szkocką taktyką niewyobrażalnej liczby podań pomiędzy graczami.

Ustawienie ,,wrocławskiej jedenastki”. ,,Ludzie automaty – taką łatkę często przypina się Niemcom. Odchodzi ona jednak w zapomnienie. Artystyczny futbol tryumfował” - pisał po meczu z Danią dziennikarz Gerard Krämer. Źródło: Domena Publiczna

Wielu futbolowych ekspertów uważa jednak, że dobre wyniki w tamtym roku kalendarzowym były szczytowym osiągnięciem owej niemieckiej reprezentacji. Za wyjątkiem niespodziewanego brązowego medalu na mistrzostwach świata w 1934 roku, III Rzesza z każdej wielkiej imprezy wracała bowiem na tarczy.

Szczególnie bolesna była dla nich propagandowo źle wyglądająca porażka na berlińskich Igrzyskach, gdy gospodarze pożegnali się z turniejem po ćwierćfinałowym blamażu z Norwegią. Co więc było przyczyną tamtej oraz wszystkich pozostałych porażek? Odpowiedź wcale nie jest taka oczywista.

Powodów znaleźć można pewnie kilka, lecz ja chciałbym skupić się przede wszystkim na dwóch. W 1938 roku w granice Rzeszy została bowiem wcielona Austria. Tamtejsi kibice, szczycący się wynikami swojego słynnego Wunderteamu, świeżo w pamięci mieli kontrowersyjne sytuacje ze spotkania o trzecie miejsce na mistrzostwach świata we Włoszech.

Wtedy to zarówno Niemcy, jak i Austriacy, pojawili się na murawie w takich samych strojach (czarne spodenki, białe koszulki). Żaden z zespołów nie chciał udać się do szatni, aby je zmienić, lecz gdy jedną z bramek dla III Rzeszy zdobył Ernst Lehner, podczas gdy rozentuzjazmowana publiczność myślała, że na prowadzenie wyszli potomkowie Mozarta, sędzia zmusił Niemców, aby zeszli z murawy i założyli czerwone koszulki.

W dalszej fazie spotkania miał miejsce jeszcze jeden incydent, który zaważył na późniejszych relacjach pomiędzy piłkarzami obydwu jedenastek. Przy prowadzeniu Niemców 2:1, gdy Austriacy wyraźnie zdawali się łapać drugi oddech, Edmund Conen stracił piłkę na rzecz Karla Sesty. Obrońca ośmieszył swojego przeciwnika, siadając na krótką chwilę na futbolówce.

Ta sytuacja wyraźnie rozwścieczyła Conena, który przy drugiej próbie takiego zagrania wygarnął piłkę Austriakowi spod pośladków i zacentrował ją do wspomnianego wcześniej Lehnera, który zdobył zwycięską bramkę. W tamtym momencie obydwaj panowie nie mogli przypuszczać, że polityka połączy ich losy w dość nieprzewidywalnej konfiguracji.

Na mistrzostwach świata cztery lata później Conen i Lehner byli już bowiem częścią jednej reprezentacji! Jakby tego było mało, rozkazy z samej góry, które Herberger otrzymał przez ręce prezydenta DFB Felixa Linnemanna, głosiły, że w zespole mają być obecne parytety: pięciu albo sześciu Austriaków, pięciu albo sześciu Niemców w jedenastce.

,,Zarówno w naszej sferze, jak i w innych, musi być widoczna solidarność z Austriakami, którzy powrócili do Rzeszy. (…) Historia tego od nas wymaga!”przekonywał sternik federacji.

Karkołomne zadanie z góry było jednak skazane na niepowodzenie, wzajemne animozje pomiędzy graczami były bowiem zbyt wielkie. Do najbardziej pamiętnej kłótni doszło podczas jednego ze zgrupowań, gdy w szatni piłkarze siedzieli naprzeciwko siebie i mierzyli się wzrokiem. W pewnym momencie sławny wiedeński technik Josef Stroh wziął piłkę i zaczął żonglować nią różnymi częściami swojego ciała.

Wiwatom ze strony ,,austriackiej” części kadry nie było końca. ,,Pepi jest magikiem, ma to czucie” – krzyczeli. Wtem rozsierdzony Szepan wstał i poprosił Stroha o piłkę. Udało mu się do perfekcji powtórzyć wyczyn poprzednika, po czym na sam koniec huknąć futbolówką zaledwie o centymetry nad głowami Austriaków. Wyszeptane przez niego ,,Wy dupki” przelało jednak szalę goryczy.

W międzyczasie Herberger próbował namówić najlepszego austriackiego piłkarza, Matthiasa Sindelara, aby powrócił z emerytury i pomógł Niemcom w odniesieniu sukcesu na francuskich boiskach. Niestety, ten odmówił, co w późniejszym okresie najprawdopodobniej przypłacił życiem.

W oczach gestapo był on bowiem ,,socjaldemokratą i przyjacielem Żydów”, ponadto w swoim ostatnim meczu międzypaństwowym, który miał być propagandowym pokazem braterstwa i jedności, zdobył bramkę przeciwko „nowej ojczyźnie”, przy okazji celebrując ją przed trybuną honorową, całą ,,przyozdobioną” w swastyki. Legendarny ,,Człowiek z papieru” zmarł w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach na początku 1939 roku.

Powodów, dla których Niemcy mieli problem w odnoszeniu sukcesów na arenie międzynarodowej, należy upatrywać również w nieumiejętnym wykorzystaniu potencjału piłkarzy Schalke. Już poprzednik Herbergera, Otto Nerz, był krytycznie nastawiony do umiejętności zawodników Die Königsblauen. Preferował on przede wszystkim angielski styl gry – fizyczny, szybki i dążący do jak najszybszego dostania się pod bramkę przeciwnika. Zawodnicy z Zagłębia Ruhry nie pasowali mu więc do koncepcji, bo w końcu ,,jaki ten Szepan jest wolny”.

Herberger natomiast, z uwagi na wspomniane już wcześniej parytety, musiał ograniczyć liczbę ,,niemieckich” zawodników w reprezentacji. Między innymi z tego powodu Adolf Urban, niezwykle skuteczny napastnik Schalke, stał się jedynym graczem ,,wrocławskiej jedenastki”, którego ominął wyjazd na mistrzostwa świata we Francji. W takiej sytuacji, parafrazując klasyka, należy więc zadać pytanie ,,Czy widziałeś kiedyś czytelniku taką piękną katastrofę?”