Nur für Deutsche? Przedwojenne konfrontacje polsko-niemieckie

Przedwojenny Wawrzyniak oraz sztuka śpiewania hymnu

Napięcie, które panowało między polskimi i niemieckimi władzami w latach 20., widoczne było również w sferze futbolowej. Aż do 1933 roku, czyli do momentu przejęcia władzy przez nazistów, nie zostało rozegrane ani jedno spotkanie pomiędzy sąsiadującymi państwami.

Ze strony Berlina padł więc pomysł, aby pierwszy mecz w historii pomiędzy zwaśnionymi nacjami rozegrać w Gdańsku, tak mocno związanym z obydwoma krajami, lecz kategorycznie odmówiła tego strona polska. Piłsudski nie mógł bowiem zaakceptować Niemców jako gospodarzy w mieście, do którego Polacy również rościli sobie pretensje. Ostatecznie wybór padł na stolicę Rzeszy, którą kadra Józefa Kałuży odwiedziła na początku grudnia.

Niemcy mocno wierzyli w sukces, oczekiwali wysokiego zwycięstwa swojej kadry, czego dowodem była obecność na stadionie prominentnych polityków z Reichstagu. Zawody na Poststadionie z wysokości trybun oglądał bowiem minister propagandy Joseph Goebbels, któremu towarzyszył Hans von Tschammer und Osten, kierownik sportu Rzeszy. Obydwaj panowie zdawali sobie sprawę z możliwości propagandowego wykorzystania owego spotkania, dlatego na długo przed pierwszym gwizdkiem w prasie naszych zachodnich sąsiadów można było znaleźć wiele informacji odnośnie polskiego piłkarstwa.

Niemiecki plakat informujący o meczu III Rzeszy z Polską, rozegranym w Berlinie w 1933 roku. Źródło: Domena Publiczna

Goebbels, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera, niedługo później spotkał się w Warszawie z Piłsudskim. Powodem wizyty niemieckiego polityka było podpisanie paktu o nieagresji oraz umowy o wymianie kulturalnej, oraz organizacji imprez sportowych. Obydwie strony ustaliły wtedy, że raz do roku rozgrywane będzie spotkanie towarzyskie pomiędzy państwami, którego gospodarz będzie wybierany na przemian.

Wracając do berlińskiego spotkania, za ciekawostkę można uznać skład kapitanów obydwu ekip. Polaków na murawę wypełnionego po brzegi Poststadionu wyprowadził stoper Jerzy Bułanow, syn rosyjskiego oficera, któremu dwukrotnie w życiu zdarzyło się uciekać przed nawałnicą ze Wschodu: po raz pierwszy w 1920 roku, drugi taki przypadek miał natomiast miejsce w 1945 roku. Niemcami zawiadywał lewoskrzydłowy Stanislaus Kobierski, syn Polaków z Poznania, którzy przyjechali do Nadrenii za chlebem. Fakt ten nie przeszkodził ,,Kickerowi” w stwierdzeniu, że ,,Kobierski jest prawdziwym niemieckim chłopakiem, czystej krwi mieszkańcem Düsseldorfu”.

W trakcie zawodów Kobierski oraz jego koledzy nie radzili sobie jednak z huraganowymi atakami polskiej reprezentacji. Niemcom szczególnie zapadł w pamięć lewoskrzydłowy Ruchu Wielkie Hajduki Gerard Wodarz, z którym co rusz problemy miał słynny Paul Janes, wieloletni rekordzista w liczbie rozegranych spotkań w ekipie Die Mannschaft. Można było odnieść wrażenie, że konsekwencją w grze Polacy przechylą szalę zwycięstwa na swoją korzyść, że wywiozą z Berlina korzystny rezultat. Niestety, stało się inaczej.

Gdy wydawało się, że mecz zakończy się bezbramkowym remisem, do akcji wszedł Josef Rasselnberg, który wykorzystał poślizgnięcie się Henryka Martyny. Na usprawiedliwienie ówczesnego piłkarza stołecznej Legii należy jednak napisać, że jego błąd wynikał z powodu złych warunków atmosferycznych, a nie błędu technicznego.

,,Po okresie względnego ciepła (plus trzy stopnie), które stopiło warstwę śniegu, nastąpił znaczny spadek temperatury do minus pięciu. Płyta stadionu zamieniła się w istną taflę lodową” – donosił ,,Przegląd Sportowy”.

Siedemdziesiąt osiem lat później podobnego pecha co Henryk Martyna miał inny obrońca, Jakub Wawrzyniak, który w spotkaniu przeciwko naszym zachodnim sąsiadom w Gdańsku poślizgnął się w ostatniej minucie gry, co skrzętnie wykorzystał Cacau strzelając gola na 2:2.

Po zakończeniu rywalizacji na niemieckiej ziemi jeden z obecnych na stadionie przedstawicieli PZPN oświadczył:

,,Poznaliśmy tu prawdziwą sportową przyjaźń, sportową kulturę i rycerskie zachowanie”.

Z polskiej prasy również płynęło wiele pozytywnych komentarzy. Rok po berlińskiej batalii ,,Przegląd Sportowy” pokusił się nawet o stwierdzenie, że mecz ten był ,,pierwszą jaskółką w przyjaznych stosunkach obu państw”.

Dziewięć miesięcy później doszło do rewanżu na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie. Celowo na tę okazję niemiecka kolej przygotowała specjalne pociągi, które zwoziły piłkarskich fanatyków nawet z dalekiej Bawarii. Trybuny były tak przepełnione, że nie było gdzie szpilki włożyć. Jeden z przedwojennych dziennikarzy zanotował:

,,Na początku przeżyliśmy szok. Gdy zaczęto grać hymn niemiecki, kilka tysięcy chorągiewek ze swastykami, kilka tysięcy rąk wyciągniętych w górę w hitlerowskim pozdrowieniu oraz – co tu ukrywać – sprawny śpiew, wywarły wstrząsające wrażenie. ,,Deutschland, Deutschland ueber alles…” W odpowiedzi polskie wykonanie Mazurka Dąbrowskiego, jakiego nigdy już nie słyszałem. Widownia zaśpiewała hymn z niezwykłą pasją (…). To swoiste muzyczne preludium wprowadziło widzów w niezwykły nastrój.”

Polscy kibice udający się na stadion Wojska Polskiego przed meczem z Niemcami w 1934 roku. Źródło: Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola

Niemiecka jedenastka, która trzy miesiące wcześniej wywalczyła brązowe medale na mistrzostwach świata we Włoszech, do Polski przyjechała wzmocniona zawodnikami świeżo upieczonego mistrza kraju, Schalke Gelsenkirchen. Gościom przewodził Szepan, znany już wtedy ze swojej krewkiej postawy pozaboiskowej. On też ustalił wynik na 5:2 dla Niemców, co z perspektywy wydarzeń na murawie zdaje się nie oddawać w pełni przebiegu gry.

Do siedemdziesiątej pierwszej minuty Polacy prowadzili bowiem 2:1, co było zasługą skuteczności Ernesta Wilimowskiego (siedem lat później strzelającego w koszulce z czarnym orłem) oraz Karola Pazurka (siłą wcielonego do Wehrmachtu i zastrzelonego przypadkowo przez polskich partyzantów na początku 1945 roku). Nagle jednak nasza gra posypała się, a Niemcy skrzętnie to wykorzystali. W pięć minut straciliśmy aż cztery gole! Polacy mogli co prawda mieć pretensje do arbitra głównego, który przy stanie 2:2 podyktował karnego dla gości za przypadkowe zagranie ręką Bułanowa, ale przede wszystkim jednak do siebie.

Późniejszy prezes PZPN pułkownik Kazimierz Glabisz komentował: ,,Tak jak w Berlinie przegraliśmy niezasłużenie, tak tu Niemcy musieli wygrać. Polska miała wprawdzie w pewnej chwili duże szanse, ale zwycięstwo nasze byłoby niesprawiedliwe, bo i umiejętności techniczne i taktyka i opanowanie ciała po tamtej stronie były lepsze. (…) Mecz spełnił swoje znaczenie propagandowe wobec tych tłumów publiczności.”  ,,Kicker” nie szczędził natomiast pochwał nad kwestiami organizacyjnymi, argumentując, że ,,podczas naszego dwudniowego pobytu Polacy byli nad wyraz gościnni, życzliwi i uprzejmi”.

Z niemieckim ekspertem na polskiej ławce

Odnoszone seriami porażki polskiej kadry zmusiły PZPN do podjęcia stanowczych kroków w 1936 roku. Na stanowisko trenera kadry, choć właściwie należałoby powiedzieć, że asystenta Józefa Kałuży, został wybrany Niemiec Kurt Otto. Był on znanym w środowisku ekspertem, który doprowadził wcześniej Schalke do wspomnianego pierwszego finału mistrzostw Niemiec w ich historii. Miał on nauczyć Polaków nowoczesnej gry w ataku, co było związane ze słabą dyspozycją naszych zawodników w tej właśnie formacji.

Polska prasa doceniała umiejętności nowego współselekcjonera.

,,P. Otto hołduje rzecz jasna nowoczesnemu futbolowi, docenia więc znaczenie techniki i kombinacji, ale zna też niebezpieczeństwo hyperkombinacji. Pozatem kładzie on odpowiedni nacisk na szybki, celny strzał i taktykę gry” – tak przedstawiał go ,,Przegląd Sportowy”.

Niemniej jednak rysowało się przed nim niezwykle trudne zadanie, gdyż polskie gwiazdy cechowała ,,niechęć do racjonalnego treningu”. Te postanowił utemperować dość szybko, pilnując podczas zgrupowań nawet w czasie ciszy nocnej.

Kurt Otto (z aparatem fotograficznym na szyi) w towarzystwie kapitana Śląskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej Lubiny. Trener reprezentacji Polski wobec niemieckiej prasy starał się mocno chwalić swoich nowych podopiecznych. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jednym z pierwszych sprawdzianów Kurta Otto jako współselekcjonera było towarzyskie spotkanie z Niemcami rozegrane we Wrocławiu. Polska reprezentacja została tam podjęta z honorami, uroczystą mowę powitalną wygłosił nadburmistrz doktor Friedrich, w jak najlepszej komitywie wieczór przed meczem spędzili także dziennikarze z obydwu państw.

Na trybunach stadionu imienia Hermanna Göringa zasiadło czterdzieści pięć tysięcy widzów, osiągnięto w ten sposób nowy rekord frekwencyjny na piłkarskich zawodach nad Odrą. Przed głównym pojedynkiem odbyło się jeszcze spotkanie młodzieżowych reprezentacji ,,Śląska Wschodniego” (polskiej części Śląska) i Wrocławia, które 3:1 zasłużenie wygrali ci pierwsi. Czas oczekiwania na główną atrakcję dnia umilała kibicom orkiestra wojskowa SA.

Polscy piłkarze wybiegający na murawę przed meczem z Niemcami we Wrocławiu. Z przodu widoczny Henryk Martyna, który tego dnia musiał zmierzyć się nie tylko z kilkoma niezwykle wszechstronnymi graczami przeciwnika, lecz również z bolesnymi wspomnieniami ze spotkania sprzed dwóch lat. Źródło: Fotopolska.eu

Podobnie jak przed rokiem przez większość spotkania przeważa niemiecka jedenastka, tym razem jednak polska obrona stawia heroiczny opór. Pod koniec pierwszej połowy gra się wyrównała, obie strony miały swoje szanse na zdobycie bramki, a w powietrzu dało się nawet wyczuć, że z minuty na minutę ataki gości stały się groźniejsze. Wtedy jednak Niemcom udało się przełamać niemoc strzelecką, a zrobił to konkretnie Edmund Conen, który atomowym strzałem pod poprzeczkę o mało nie rozerwał siatki w bramce Spirydiona Albańskiego. W drugiej połowie gole nie padły, choć na kwadrans przed końcem blisko przełamania byli Biało-Czerwoni. Publiczność wychodziła ze stadionu niezwykle niezadowolona, liczono bowiem na okazalszy tryumf.

Wieczorem futboliści obydwu nacji spotkali się w hotelu Vier Jahreszeiten przy Gartenstrasse (dziś ulica Piłsudskiego 66) na wspólnej kolacji, gdzie panowała niezwykle miła atmosfera. Przedstawiciel niemieckiej federacji wznosi toast na cześć ,,polskiego narodu i polskiego prezydenta”, podczas gdy delegat PZPN-u zrewanżował się mową na cześć ,,narodu niemieckiego i jego Führera”.

Wśród obecnych można było jednak spotkać kilku przyszłych oprawców polskiego narodu, między innymi kapitana niemieckiej kadry z Igrzysk w Berlinie, Rudolfa Gramlicha, podczas wojny oficera SS sądzonego później za akcje przeciw krakowskim Żydom.

,,(..) Gramlich z aprobatą przyjął brutalne rządy narodowego socjalizmu. Jest to udokumentowane, (…) zwłaszcza jego udział w budowaniu niemieckiego reżimu na terytoriach okupowanych” – powiedział obecny prezydent Eintrachtu Frankfurt, Peter Fischer, na dorocznym spotkaniu przedstawicieli klubu w styczniu.

Niemiecka prasa rozpisywała się o Polakach w samych superlatywach, na swoich zawodnikach nie pozostawiając suchej nitki. ,,Polacy co prawda przegrali, ale była to porażka w najwyższym stopniu honorowa” – napisał ,,Ostdeutsche Sportzeitung”. Wtórował mu ,,Fussball-Woche”, publikując następujące zdanie: ,,Otto może porażkę 0:1 zapisać jako swój sukces”. Najdobitniej całą sytuację podsumował sprawozdawca ,,Breslauer Neueste Nachrichten”, uznając, że:

,,Niemcy nie pokazali nic nadzwyczajnego, a winni temu byli polscy goście, którzy zaprezentowali grę tak żywą, jakiej się nie spodziewaliśmy ani pod względem technicznym, ani pod względem waleczności i zaangażowania”.

Po trzech porażkach z rzędu z odwiecznym rywalem polska drużyna pałała rządzą rewanżu, na który na szczęście z uwagi na polityczne zbliżenie nie musiano czekać zbyt długo. Prawie równo rok później Niemcy zawitali bowiem do Warszawy, na stadionie Wojska Polskiego pojawiło się natomiast rekordowe czterdzieści tysięcy widzów.

,,Masowo fałszowano bilety, co nieuczciwe drukarnie winno postawić przed sądem skarbowym, ale razem z zarządem PZPN, który zupełnie nie docenił skali zainteresowania” – postulował jeden z dziennikarzy ,,Przeglądu Sportowego”.

Ponadto polska prasa donosiła o wielu kradzieżach, które miały miejsce w trakcie rozgrywania zawodów. Fakt ten związany był z olbrzymim ściskiem, który panował na stadionie, gdzie wielu kibiców stało bezpośrednio przy liniach bocznych oraz za bramkami. Niemieccy dziennikarze skupieniu byli natomiast na oficjelach z trybuny honorowej, na której to zasiedli między innymi przedstawiciele kleru, co w ich mniemaniu uchodziło za ,,nadzwyczajne zjawisko”.

Mecz przeciwko Polakom był oficjalnym debiutem w roli selekcjonera dla Seppa Herbergera, prywatnie przyjaciela niemieckiego szkoleniowca Polaków, z którym to znali się jeszcze z czasów studenckich. Na boisku nie było jednak sentymentów, obydwaj chcieli bowiem odnieść okazałe zwycięstwo. Pochodzący z Mannheim debiutant, niemogący skorzystać z kilku gwiazd Schalke Gelsenkirchen, musiał posiłkować się eksperymentowaniem z młodymi zawodnikami innych ekip, między innymi Josefem Gauchelem, superstrzelcem TuS Neuendorf. Kałuża oraz urodzony w Essen Otto mogli natomiast wystawić najsilniejszą jedenastkę, wyjątkiem był Ernest Wilimowski, który wciąż ,,pokutował” za udział w rzekomej libacji alkoholowej.

Od początku spotkanie przebiegało w niezwykle szybkim tempie, sytuacje bramkowe sypały się niczym asy z rękawa. Cudów między słupkami dokonywali lwowski ,,Spirytus”, Spirydion Albański, oraz Fritz Buchloh, powojenny selekcjoner reprezentacji… Islandii. Najlepszym zawodnikiem na boisku był jednak ten, który już trzy lata wcześniej dał się niemieckiej defensywie mocno we znaki, czyli Gerard Wodarz. W Warszawie każdy jego kontakt z piłką zdawał się przyprawiać niemieckich fanów o zawał serca, jedną z okazji udało mu się nawet zamienić na wyrównującego gola. Pojedynczy skutecznie grający Ślązak to było jednak zbyt mało, aby myśleć o pokonaniu dobrze dysponowanych piłkarzy zza naszej zachodniej granicy, wynik meczu nie uległ więc zmianie.

W lutym 1937 roku Kurt Otto pożegnał się z posadą w Polsce, nie przedłużając wygasającego kontraktu. Pomagał Józefowi Kałuży w dwunastu spotkaniach, polska kadra wygrała zaledwie w czterech z nich i zremisowała w dwóch. Prasa, w tym ,,Przegląd Sportowy”, wysoko ceniła sobie jednak jego nieugiętą postawę oraz umiejętności.

,,Od pierwszej chwili dążył on uporczywie do oparcia teamu narodowego na szerokich podstawach i uniezależnienia go od humoru chwilowych primadonn” – zaznaczał anonimowy korespondent.

Pod koniec 1940 roku objął on niemiecką reprezentację Śląska, zapraszając do niej wielu byłych polskich kadrowiczów. W maju 1942 roku został oddelegowany do walki na froncie wschodnim, gdzie już kilka miesięcy później przyszło mu walczyć i zginąć w bitwie pod Stalingradem.