Nur für Deutsche? Przedwojenne konfrontacje polsko-niemieckie

Tu na razie jest boisko, ale będzie kartoflisko

Na jesieni 1938 roku polscy zawodnicy udali się do Chemnitz, gdzie zostali zaproszeni w ramach inauguracji nowego wielofunkcyjnego stadionu. W ten sposób Führer chciał podkreślić ścisłą współpracę polityczną z Warszawą, choć powoli szykował się już do wybuchu wojny.

Wciąż zachowywano jednak pozory dobrych stosunków, między innymi w niemieckiej prasie nadal można było przeczytać o futbolowych dokonaniach Polaków w ostatnich latach. W specjalnie na tę okazję przygotowanym programie meczowym napisano: ,,Polski futbol jest ceniony nie od wczoraj i bardzo szanowany […]. Niektórzy polscy zawodnicy należą do klasy międzynarodowej”.

Niemiecka pocztówka ze spotkania III Rzesza-Polska w Chemnitz z 1938 roku. Źródło: Domena Publiczna

Bilety na to spotkanie rozeszły się w stadionowych kasach niczym świeże bułeczki. Czterdzieści tysięcy ludzi, które zasiadły tego dnia na trybunach, gorąco dopingowało gospodarzy, wierząc, że tym razem nie dojdzie do żadnej znaczącej kompromitacji. Józef Kałuża, który tego dnia postawił na aż ośmiu graczy z Górnego Śląska w składzie (Ewald Dytko, Wilhelm Góra, Erwin Nyc, Leonard Piątek, Ryszard Piec, Teodor Peterek, Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz), zdawał się wierzyć, że ich znajomość realiów niemieckiej piłki wpłynie pozytywnie na wynik zawodów.

Już w piątej minucie Polacy byli blisko objęcia prowadzenia, uderzenie Góry z wolnego brawurowo obronił jednak niemiecki golkiper. Z drugiej strony kunsztem popisał się Madejski, który wyłapał kąśliwy strzał Kuppera. Ataki zawodników Herbergera nabierały rozpędu, lecz to Polacy stworzyli dwie stuprocentowe okazje podbramkowe, konkretniej zrobili to Wilimowski i Peterek. Gola zdobył jednak Gauchel, który zaledwie trzy miesiące wcześniej pokonał również bramkarza Szwajcarów na mistrzostwach świata we Francji. Bliski wyrównania po szybkim kontrataku był Piec, lecz fatalnie przestrzelił z bliskiej odległości. Ostatnie minuty pierwszej połowy to już huraganowe ataki gospodarzy, które w ostateczności nie przyniosły jednak rezultatu.

Po zmianie stron najbardziej widocznym zawodnikiem po stronie polskiej był Peterek, który po kilku nieudanych próbach dał wreszcie radę sforsować niemiecki mur w defensywie. Gra Biało-Czerwonych straciła jednak na animuszu, gdy Dytko zderzył się z Helmutem Schönem (późniejszym selekcjonerem Die Mannschaft, mistrzem świata i Europy) i musiał opuścić murawę. Wtedy to zaczął się prawdziwy dramat Polaków, powróciły bowiem demony ze spotkania w Warszawie z 1934 roku, gdyż w dziesięć minut stracili oni aż trzy gole!

W roli katów wystąpili wspomniani wcześniej Gauchel (dwie bramki) oraz Schön. Wynik meczu próbował jeszcze zmienić Wilimowski, lecz tego dnia ,,spacerował luzem, jakby w nogach jego tkwiły kilogramy ołowiu”. Końcowy rezultat 4:1, który z pewnością dawał Niemcom powód do zadowolenia.

Wieczorem po spotkaniu, podobnie jak w przypadku poprzednich potyczek polsko-niemieckich, zawodnicy obydwu nacji spotkali się na uroczystym bankiecie. W jego trakcie Dytko, który otrząsnął się już po starciu z napastnikiem Dresdnera SC, szybko znalazł wspólny język z bohaterem meczu, Josefem Gauchelem.

Cztery lata później ta znajomość przyniosła nieoczekiwane korzyści dla Polaka, bowiem Niemiec pomógł mu w otrzymaniu pozwolenia na grę w ekipie TuS Neuendorf, dzięki czemu nie został on wysłany na front wschodni.

Również w trakcie owego bankietu Walter Schmidt, burmistrz Chemnitz oraz oberführer SA, w swoim przemówieniu mocno zachwalał ,,wielką wielowiekową historię polsko-saską”. Nie omieszkał również napomknąć o bardzo udanej dla niego inauguracji stadionu, który był później często używany jako miejsce masowych wieców nazistowskich organizacji. Wraz z wybuchem wojny zamienił się jednak w stanowisko artylerii przeciwlotniczej, by po jej zakończeniu zaopatrywać głodujących mieszkańców miasta w… kartofle.