Puchar Nehru 1984, czyli jak kadra Piechniczka podbiła Indie

Indyjskie kontrasty

Pomiędzy kolejnymi pojedynkami Polacy mieli parę dni wolnego, więc oprócz treningów, na które przychodziło po kilka tysięcy kibiców, mogli przeznaczyć czas na odpoczynek i zwiedzanie miasta. Dzisiaj populację Kalkuty szacuje się na około 14 milionów mieszkańców, a w 1984 r. było ich niespełna 10 milionów. Nasi piłkarze poznawali miasto głównie zza szyb autobusów i zawsze towarzyszyło im dziesięciu ubranych po cywilnemu policjantów, którzy dbali o ich bezpieczeństwo. Wielu turystom Indie jawią się dzisiaj jako kraj ogromnych społecznych nierówności. Nie inaczej było też w latach 80. W Polsce jednak również nie było wówczas kolorowo. Ciągle obowiązywał stan wojenny, coraz więcej produktów było reglamentowanych, a na sklepowych półkach pojawiało się coraz więcej pustych miejsc. Szarość i beznadzieja ostatnich lat PRL-u w zderzeniu z indyjską codziennością skłaniały jednak Polaków do refleksji, że w porównaniu z Indiami w Polsce mimo wszystkich uciążliwości nie żyło się najgorzej.

Te wszystkie miasta, przepych, bieda, slumsy, wille, pałace – coś niesamowitego. Ja do dziś pamiętam te nasze wyjścia na spacery, gdzie policja cały czas nas eskortowała w cywilu. Był taki film, „Slumdog. Milioner z ulicy” i te urywki dokładnie pokazują to, co my widzieliśmy – dzieci, które czekały, aby ktoś dał jakiś pieniądz – tak rzeczywiście było. Doceniliśmy wtedy to, choć u nas było, jak było, że żyliśmy wtedy w takim kraju jak Polska – mówił Czesław Jakołcewicz w rozmowie z Grzegorzem Ignatowskim dla naszego portalu.

Ogromne społeczne nierówności zapadły też w pamięć Włodzimierzowi Smolarkowi.

Największe wrażenie budziły indyjskie kontrasty – przepych i bogactwo pałaców, a zaraz nieco dalej nędza – rodziny koczujące na ulicy. Mnóstwo riksz na ulicach i brak jakiegokolwiek uporządkowanego ruchu drogowego. Głośny klakson samochodowy był najlepszym znakiem ostrzegawczym – opowiadał po latach Smolarek.

Bardziej drastyczne i obrazowe wspomnienia z wizyty w Indiach miał Andrzej Iwan, który w Spalonym podzielił się kilkoma spostrzeżeniami.

Pięćdziesiąt metrów od hotelu, na ulicy, umierają ludzie. Codziennie wieczorem jeździ trupiarka – coś jak nasza śmieciarka, ale zamiast śmieci zbiera zwłoki tych, którzy nie przetrwali trudów dnia. W Kalkucie mieliśmy dobre warunki, w Delhi pierwszy raz widzieliśmy budynki z zewnętrznymi windami i wodospadami w środku. Ale i tu, i tam woń luksusu miesza się z natrętnym smrodem rozkładających się ciał – czytamy w jego biografii.

Nasz reprezentacyjny napastnik przytacza też pewną historię, w której oprócz niego brał udział Jan Jałocha. Iwan wspominał, że największe kłopoty jego klubowy kolega sprawiał wtedy, kiedy napił się odrobinę alkoholu. W Indiach Jałocha stronił od miejscowego jedzenia, tłumacząc, że mu nie smakuje. Miało to mieć swoje konsekwencje, kiedy do portu w Kalkucie przybili polscy marynarze. Sporo osób z ekipy, w tym Jałocha, wybrało się do nich na bankiet. Iwan, który miał nogę w gipsie, wolał zostać w hotelu. Wcześniej Jałocha pożyczył od niego książkę Kena Folletta Igła. Kiedy wrócił z bankietu, był prawie całkowicie trzeźwy, ale zaczął się zachowywać bardzo dziwnie. Patrzył na Iwana pełnym nienawiści zimnym wzrokiem i mówił do niego cytatami z książki.

Momentalnie zdałem sobie sprawę, że Jan Jałocha – reprezentant Polski w piłce nożnej i jednocześnie mój kolega z pokoju – doznał pomieszania zmysłów i mówi do mnie cytatami z „Igły”. Wydaje mu się, że jest Faberem, niemieckim szpiegiem, który musi zabić wszystkich mogących go zdekonspirować. To już nie są żarty – naprawdę się boję. On ni to szykuje się do ataku, ni to przesuwa się w stronę okna, żeby w ten sposób uciec i uniknąć pojmania przez Anglików. Jesteśmy na piątym piętrze, więc jego skok przez okno nie byłby najlepszym wyjściem z sytuacji. W końcu dochodzi do krótkiej szamotaniny, ale udaje mi się uwolnić i wydostać z pokoju – relacjonuje Iwan.

Po pomoc udał się w kierunku pokoju lekarzy, a chwilę później ze wsparciem ruszyli wracający ze statku masażyści. Wreszcie w kilka osób udało się w miarę bezpiecznie obezwładnić Jałochę, ale ten ciągle nie mógł się uspokoić.

Wije się, krzyczy, że go zdemaskowaliśmy i teraz będzie musiał nas zabić, więc przywiązujemy go do łóżka. Drobna ilość alkoholu na wygłodzony organizm zadziałała w sposób, jakiego nikt nie mógł się spodziewać. Jasiu leży teraz z każdą kończyną przywiązaną osobno i nie jest w stanie nawet podrapać się po tyłku. Leży tak kilkanaście godzin. Później znowu nie chodził na posiłki. Jeść już chciał, ale było mu wstyd – wspominał Iwan.

Z panującymi na ulicach Kalkuty nędzą i chorobami zetknął się też Antoni Piechniczek.

To, jak bardzo Indie różnią się od Europy, uzmysłowiłem sobie w niedzielę, kiedy z Jurkiem Wilkoszem, kierownikiem drużyny, poszliśmy rano na mszę do katolickiego kościoła. Jeszcze nie zaczęło się nabożeństwo, a przed kościołem słychać stukot. Okazało się, że to trędowaci, którzy stukaniem ostrzegali ludzi wokół, że przechodzą. Nie zapomnę tego do widoku do końca życia – opowiadał w książce „Piechniczek. Tego nie wie nikt”.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…