Puchar Nehru 1984, czyli jak kadra Piechniczka podbiła Indie

Czas czytania: 31 m.

Złoty Puchar Nehru dla Polaków

Wreszcie po kilku tygodniach zmagań nadszedł czas, żeby wyłonić końcowego zwycięzcę. Mecz finałowy zaplanowano na piątek 27 stycznia o godzinie 13:45 czasu lokalnego na stadionie Salt Lake. Na trybunach zasiadło 90 tys. widzów, a spotkanie poprzedziła oficjalna prezentacja obu drużyn połączona z odegraniem hymnów państwowych. Trener wrócił do podstawowego składu i Skrobowskiego zastąpił Adamiec. Oprócz tego zdecydował, że Smolarek zagra tym razem w ataku, a Dziekanowski jako ofensywny pomocnik. Polacy oczywiście byli faworytami, ale ambitni Chińczycy też bardzo chcieli wygrać. Nie chodziło nawet o spore nagrody finansowe, ale zwycięstwo nad tak uznanym rywalem mogło pomóc w podniesieniu poziomu futbolu w całym kraju, a dodatkowo odniesiony sukces z pewnością zwiększyłby zainteresowanie dyscypliną.

To trudny przeciwnik, nieobliczalny. Chińczycy grają żywiołowo, z wielkim zaangażowaniem. Posiedli znaczne umiejętności techniczne. Będziemy faworytami, co nie ułatwi zadania, ale naszym celem jest zdobycie Pucharu Nehru – komplementował rywali przed meczem nasz selekcjoner.

Po części oficjalnej sędzia Melvyn D’Souza z Indii dał sygnał do rozpoczęcia meczu i zaczęło się widowisko. W pierwszych minutach oba zespoły grały ostrożnie i dość zachowawczo. Chińczycy wyciągnęli wnioski z pierwszego starcia z Polakami i grali dużo uważniej w obronie. Od czasu do czasu próbowali zagrozić nam swoimi kontratakami, ale nasza defensywa nie dawała się zaskoczyć. Pierwsza połowa nie przyniosła bramek, choć niektórzy zauważali, że przewagę miały Chiny.

W pierwszej połowie, przyznaję, Chińczycy byli lepsi. W ogóle grają oni dobrze, są świetni technicznie, bardzo szybcy – mówił po powrocie do kraju Jan Jałocha w rozmowie z Jerzym Filipiukiem dla Dziennika Polskiego.

W drugiej odsłonie jednak coraz większą przewagę zyskiwali podopieczni trenera Piechniczka. Kontrolowali grę w środku pola i stwarzali coraz groźniejsze sytuacje pod chińską bramką. Po ładnej akcji ze Smolarkiem dobrą okazję zmarnował Dziekanowski. Napastnikom znowu brakowało skuteczności i znowu z pomocą przyszli obrońcy, a dokładniej Roman Wójcicki. W 60. minucie zawodnik Widzewa po raz kolejny w trakcie turnieju świetnie odnalazł się w polu karnym przeciwników i wykorzystał precyzyjne dośrodkowanie Okońskiego z rzutu rożnego, strzałem głową nie dając szans bramkarzowi rywali.

Po zdobytej bramce polski zespół starał się uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. W 75. minucie na boisku zameldował się Andrzej Iwan, dla którego był to pierwszy występ w Indiach. Wniósł trochę ożywienia w ofensywne poczynania kolegów i zainicjował kilka groźnych ataków. Chiński bramkarz dzielnie jednak trwał na posterunku i do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. W samej końcówce Piechniczek wpuścił jeszcze Majewskiego, który zmienił Smolarka. Polacy pokonali Chińczyków 1:0 i mimo wszystko w dobrym stylu zdobyli Złoty Puchar Nehru.

Na koniec kapitan Józef Młynarczyk wzniósł w górę dziesięciokilogramowy, wykonany ze złota puchar i razem z kolegami odbył rundę honorową wokół boiska. W końcu jednak trofeum trzeba było oddać organizatorom. Polacy musieli się zadowolić nagrodami finansowymi i sygnetami z białego złota z wielkim kamieniem.

Miną ze dwie dekady, gdy – zrozpaczony i pogrążony w hazardzie – będę szukał pieniędzy, by cokolwiek wrzucić do automatów. Pójdę do jednego lombardu, drugiego – sygnet okaże się nic niewartym kawałkiem metalu – wspominał w „Spalonym” Andrzej Iwan.

Gola na wagę wygranej w turnieju zdobył Roman Wójcicki. Było to dla niego już trzecie trafienie w zawodach, co oznaczało, że wygrał klasyfikację najlepszych strzelców. W nagrodę dostał od organizatorów dywan.

Mam go do dziś. Ręcznie robiony, solidna robota, dwa metry na półtora. Kiedy na niego spojrzę, przypomina mi się, że raz w życiu byłem królem strzelców – wspominał z uśmiechem Wójcicki w książce „Piechniczek. Tego nie wie nikt”.

Oprócz Wójcickiego i bardzo pewnie grającego w obronie Adamca, najwięcej pochwał za swoje występy zbierał Smolarek. W finale zachwycił kibiców jedną akcją, kiedy po przedryblowaniu trzech rywali znalazł się w polu karnym, ale w ostatniej chwili piłkę spod nóg wygarnął mu bramkarz.

W tym turnieju otrzymałem nowy piłkarski pseudonim: „Magiczny”. Oj, dobrze mi się tam grało. Średnia frekwencja na trybunach w czasie naszych spotkań wynosiła 80 tysięcy ludzi – więcej, niż gdy graliśmy mecze na mistrzostwach świata! Pokazałem więc cały zestaw swoich technicznych umiejętności, zwody, kiwki, no i przede wszystkim to moje przetrzymywanie piłki w narożniku boiska, kończące się najczęściej faulami. Nikt nie potrafił dać sobie ze mną rady. Również i w Indiach zareklamowałem swój specyficzny styl gry. Okoński także pokazał się tam z jak najlepszej strony. Hindusi wcześniej nie widzieli czegoś takiego! – wspominał po latach Włodzimierz Smolarek w książce „Smolar. Piłkarz z charakterem”.

paypal
Bartosz Dwernicki
Bartosz Dwernicki
Pierwsze piłkarskie wspomnienia to dla niego triumf Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów i mecze francuskiego mundialu w 1998 r. Później przyszła fascynacja Raúlem i madryckim Realem. Z biegiem lat coraz bardziej jednak kibicuje konkretnym graczom niż klubom. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego, gdzie szuka pozostałości futbolowego romantyzmu. Ciekawych historii poszukuje też w futbolu za żelazną kurtyną. Lubi podróże i górskie wędrówki.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Noby Stiles – skała środka pola

W tym artykule omawiamy sylwetkę dawnej legendy United, która pozostawała w cieniu popularnych gwiazd ofensywy - oto Noby Stiles

Raul i spółka. Słodko-gorzki sezon 2010/11 w wykonaniu Schalke

W tym artykule omawiamy sezon 2010/11 w wykonaniu Schalke 04 - była to batalia pełna wzlotów i upadków, sukcesów i porażek.

„Skarb Kibica Ligi Szwedzkiej 2022” – recenzja

Recenzja pierwszego drukowanego Skarbu Kibica Ligi Szwedzkiej po polsku. Przygotowali go trzej pasjonaci skandynawskiego futbolu: Jacek Balon, Maciej Szałęga i Marek Wadas.