Puchar Nehru 1984, czyli jak kadra Piechniczka podbiła Indie

Złoty Puchar Nehru dla Polaków

Wreszcie po kilku tygodniach zmagań nadszedł czas, żeby wyłonić końcowego zwycięzcę. Mecz finałowy zaplanowano na piątek 27 stycznia o godzinie 13:45 czasu lokalnego na stadionie Salt Lake. Na trybunach zasiadło 90 tys. widzów, a spotkanie poprzedziła oficjalna prezentacja obu drużyn połączona z odegraniem hymnów państwowych. Trener wrócił do podstawowego składu i Skrobowskiego zastąpił Adamiec. Oprócz tego zdecydował, że Smolarek zagra tym razem w ataku, a Dziekanowski jako ofensywny pomocnik. Polacy oczywiście byli faworytami, ale ambitni Chińczycy też bardzo chcieli wygrać. Nie chodziło nawet o spore nagrody finansowe, ale zwycięstwo nad tak uznanym rywalem mogło pomóc w podniesieniu poziomu futbolu w całym kraju, a dodatkowo odniesiony sukces z pewnością zwiększyłby zainteresowanie dyscypliną.

To trudny przeciwnik, nieobliczalny. Chińczycy grają żywiołowo, z wielkim zaangażowaniem. Posiedli znaczne umiejętności techniczne. Będziemy faworytami, co nie ułatwi zadania, ale naszym celem jest zdobycie Pucharu Nehru – komplementował rywali przed meczem nasz selekcjoner.

Po części oficjalnej sędzia Melvyn D’Souza z Indii dał sygnał do rozpoczęcia meczu i zaczęło się widowisko. W pierwszych minutach oba zespoły grały ostrożnie i dość zachowawczo. Chińczycy wyciągnęli wnioski z pierwszego starcia z Polakami i grali dużo uważniej w obronie. Od czasu do czasu próbowali zagrozić nam swoimi kontratakami, ale nasza defensywa nie dawała się zaskoczyć. Pierwsza połowa nie przyniosła bramek, choć niektórzy zauważali, że przewagę miały Chiny.

W pierwszej połowie, przyznaję, Chińczycy byli lepsi. W ogóle grają oni dobrze, są świetni technicznie, bardzo szybcy – mówił po powrocie do kraju Jan Jałocha w rozmowie z Jerzym Filipiukiem dla Dziennika Polskiego.

W drugiej odsłonie jednak coraz większą przewagę zyskiwali podopieczni trenera Piechniczka. Kontrolowali grę w środku pola i stwarzali coraz groźniejsze sytuacje pod chińską bramką. Po ładnej akcji ze Smolarkiem dobrą okazję zmarnował Dziekanowski. Napastnikom znowu brakowało skuteczności i znowu z pomocą przyszli obrońcy, a dokładniej Roman Wójcicki. W 60. minucie zawodnik Widzewa po raz kolejny w trakcie turnieju świetnie odnalazł się w polu karnym przeciwników i wykorzystał precyzyjne dośrodkowanie Okońskiego z rzutu rożnego, strzałem głową nie dając szans bramkarzowi rywali.

Po zdobytej bramce polski zespół starał się uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. W 75. minucie na boisku zameldował się Andrzej Iwan, dla którego był to pierwszy występ w Indiach. Wniósł trochę ożywienia w ofensywne poczynania kolegów i zainicjował kilka groźnych ataków. Chiński bramkarz dzielnie jednak trwał na posterunku i do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. W samej końcówce Piechniczek wpuścił jeszcze Majewskiego, który zmienił Smolarka. Polacy pokonali Chińczyków 1:0 i mimo wszystko w dobrym stylu zdobyli Złoty Puchar Nehru.

Na koniec kapitan Józef Młynarczyk wzniósł w górę dziesięciokilogramowy, wykonany ze złota puchar i razem z kolegami odbył rundę honorową wokół boiska. W końcu jednak trofeum trzeba było oddać organizatorom. Polacy musieli się zadowolić nagrodami finansowymi i sygnetami z białego złota z wielkim kamieniem.

Miną ze dwie dekady, gdy – zrozpaczony i pogrążony w hazardzie – będę szukał pieniędzy, by cokolwiek wrzucić do automatów. Pójdę do jednego lombardu, drugiego – sygnet okaże się nic niewartym kawałkiem metalu – wspominał w „Spalonym” Andrzej Iwan.

Gola na wagę wygranej w turnieju zdobył Roman Wójcicki. Było to dla niego już trzecie trafienie w zawodach, co oznaczało, że wygrał klasyfikację najlepszych strzelców. W nagrodę dostał od organizatorów dywan.

Mam go do dziś. Ręcznie robiony, solidna robota, dwa metry na półtora. Kiedy na niego spojrzę, przypomina mi się, że raz w życiu byłem królem strzelców – wspominał z uśmiechem Wójcicki w książce „Piechniczek. Tego nie wie nikt”.

Oprócz Wójcickiego i bardzo pewnie grającego w obronie Adamca, najwięcej pochwał za swoje występy zbierał Smolarek. W finale zachwycił kibiców jedną akcją, kiedy po przedryblowaniu trzech rywali znalazł się w polu karnym, ale w ostatniej chwili piłkę spod nóg wygarnął mu bramkarz.

W tym turnieju otrzymałem nowy piłkarski pseudonim: „Magiczny”. Oj, dobrze mi się tam grało. Średnia frekwencja na trybunach w czasie naszych spotkań wynosiła 80 tysięcy ludzi – więcej, niż gdy graliśmy mecze na mistrzostwach świata! Pokazałem więc cały zestaw swoich technicznych umiejętności, zwody, kiwki, no i przede wszystkim to moje przetrzymywanie piłki w narożniku boiska, kończące się najczęściej faulami. Nikt nie potrafił dać sobie ze mną rady. Również i w Indiach zareklamowałem swój specyficzny styl gry. Okoński także pokazał się tam z jak najlepszej strony. Hindusi wcześniej nie widzieli czegoś takiego! – wspominał po latach Włodzimierz Smolarek w książce „Smolar. Piłkarz z charakterem”.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…