Puchar Nehru 1984, czyli jak kadra Piechniczka podbiła Indie

Problemy z pieniędzmi

Nagrody za zwycięstwo wręczał Polakom słynny Bobby Moore. Za zwycięstwo oprócz sygnetów Polacy zainkasowali 54 tys. dolarów i dodatkowo 45 tys. rupii. Jak to jednak często przy pieniądzach bywa, pojawiły się problemy. Piłkarze chcieli nagrodę podzielić w hotelu i niektórzy już liczyli, ile dolarów wyjdzie na głowę. Inne spojrzenie na tę sprawę miał sekretarz PZPN Zbigniew Kaliński. Działacz twardo stał na stanowisku, że pieniądze trzeba zawieźć do kraju.

Zaczęły się kłótnie. Żadna ze stron nie miała zamiaru odpuścić. Kaliński argumentował, że jeśli nie przywiezie nagród do kraju, to pożegna się z posadą. W końcu udało się dojść do porozumienia. Czek miał zatrzymać polski dyplomata w Indiach, a ostateczną decyzję miał podjąć minister sportu Marian Renke. Po powrocie do Warszawy i nakreśleniu całej sytuacji miał on jednak pretensje do Piechniczka, że nie podzielili pieniędzy na miejscu. Trener bronił się, że chcieli tak zrobić, ale Kaliński na to nie pozwolił. Renke z żalem wówczas przyznał, że może jedynie zaoferować wymianę dolarów po oficjalnym kursie bankowym. W banku za jednego dolara płacono wówczas 92 złote, a na czarnym rynku około 700 złotych. Dla porównania mały fiat kosztował z kolei 800 tys. złotych. Piłkarze nie chcieli ochłapów i ostatecznie pieniądze z zostawionego w konsulacie czeku zasiliły budżet wyprawy, w której wzięła udział Wanda Rutkiewicz.

Nie był to pierwszy raz, kiedy sekretarz Kaliński sprawił problemy. Po wspomnianej niedzielnej mszy w katolickim kościele w Kalkucie do trenera podeszła starsza kobieta w kapeluszu. Rozpoznała go i przedstawiając się jako żona właściciela plantacji herbaty, zaprosiła kierownictwo na przyjęcie. Piechniczek wspominał, że na imprezie była też miejscowa Polonia, a sekretarz zaczął opowiadać polityczne dowcipy.

Zniesmaczone towarzystwo zaczęło się przerzedzać, zostali tylko przedstawiciele reprezentacji i gospodarze. Musieliśmy przepraszać, że zepsuliśmy przyjęcie – relacjonował selekcjoner.

Z Kalkuty nasi reprezentanci udali się do Delhi, skąd mieli odlecieć do Frankfurtu. Na miejscu spotkali się jeszcze z naszym ambasadorem, który gratulował im zwycięstwa. Kaliński przyznał się do opowiadania politycznych kawałów u herbaciarza, bojąc się konsekwencji, ale dyplomata uspokoił go, samemu opowiadając zabawną historyjkę.

Chińska medycyna

Udział w turnieju był dobrą okazją do wymiany doświadczeń między sztabami reprezentacji. Naszej ekipie udało się nawiązać dobre kontakty z Chińczykami. Dzięki temu Stefan Majewski i Andrzej Iwan, którzy zmagali się z urazami, mogli skorzystać z dobrodziejstw chińskiej medycyny.

Na zgrupowaniu w Wiśle złapałem zapalenie ścięgna Achillesa. W efekcie w trakcie całego turnieju zagrałem zaledwie sześć minut. Sprowadzili do mnie chińskiego specjalistę od akupunktury. Nakłuł mi nogę tak, że wyglądała jak jeż. Facet potrafił wbić igłę w ten sposób, że wychodziła drugą stroną nogi! – opowiadał Majewski.

Obrońcy jednak zabiegi chińskich specjalistów niezbyt pomogły. Trochę lepiej było w przypadku Iwana. Smolarek wspominał, że nakłucia i specjalistyczny sposób masażu pozwoliły mu stanąć na nogi. Sam Iwan w rozmowie dla Dziennika Polskiego przyznawał, że przed meczem finałowym naprawdę czuł się dobrze i ból w nodze był wyraźnie mniejszy. Niestety po spotkaniu i w drodze powrotnej dolegliwości powróciły, a w kraju okazało się, że stan zapalny w ścięgnie nadal się utrzymuje.

Smolarek wspomina także, że z usług Chińczyków korzystali też nasi masażyści. Podawali się oni za kontuzjowanych piłkarzy i na własnej skórze chcieli przekonać się o możliwościach chińskich specjalistów i przy okazji nauczyć się czegoś nowego dla siebie. Nieoficjalnie mówiło się nawet, że Chińczycy chcieli wysłać do nas swoich trenerów na kursy doszkalające, a sami w zamian podzieliliby się tajnikami własnej medycyny. Pomysł jednak upadł.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…