Puchar Nehru 1984, czyli jak kadra Piechniczka podbiła Indie

Śląsk stawia na swoim

Kontakty sztabu reprezentacji z klubami też wyglądały różnie i bywało, że jedni drugim rzucali kłody pod nogi. Tym razem było podobnie. Na zgrupowanie nie dojechali trzej gracze wrocławskiego Śląska. Waldemar Prusik, Ryszard Tarasiewicz i Kazimierz Przybyś tłumaczyli się, że nie mogli przyjechać, bo musieli odbyć obowiązkowe szkolenie wojskowe.

Nie ciągnąłem nikogo na siłę do reprezentacji. Jeśli ci piłkarze ulegli sile oddziaływania działaczy klubowych, to ich sprawa. W każdym razie nie byłem pamiętliwy: Tarasiewicz i Przybyś zostali powołani do kadry na mistrzostwa świata, a Prusik wypadł ze składu w ostatnim momencie. Nie wykluczam jednak, że gdyby ci zawodnicy pozytywnie zaprezentowali się w Indiach, otrzymywaliby później więcej szans na grę w reprezentacji – przyznawał po latach Antoni Piechniczek w rozmowie z Robertem Murawskim dla Polsatu Sport.

O sprawie zrobiło się głośno i dzienniki w całej Polsce pytały, dlaczego gracze Śląska nie pojawili się na obozie. Kierownik sekcji piłkarskiej wrocławskiej drużyny mjr Andrzej Mrowicki w opublikowanym komunikacie uważał, że sprawa została przedstawiona w nieodpowiedni sposób i stawia klub w złym świetle. Tłumaczono, że kiedy w połowie grudnia dotarły do Wrocławia powołania, to zawodnicy przebywali już wtedy w ośrodku szkoleniowym. Przekonywano, że było już wówczas za mało czasu, żeby zdążyć pozałatwiać wszystkie formalności związane z wydaniem paszportów. Teleksem poinformowano o tym centralę związku, sugerując rezygnację z piłkarzy Śląska.

W dalszych rozmów telefonicznych m.in. z sekretarzem generalnym PZPN wyłoniła się możliwość załatwienia formalności związanych z wyjazdem Kazimierza Przybysia, ale przyspieszenie o kilka dni wyjazdu do Indii i taką możliwość wykluczyło. Tak więc K. Przybyś, który ostatecznie przyjechał do Wisły, wrócił do domu. Trenerzy reprezentacji uznali, że jego kilkudniowa obecność na zgrupowaniu bez szans wyjazdu na turniej, jest praktycznie bezcelowa – informował za pośrednictwem PAP na łamach Dziennika Łódzkiego z 3 stycznia 1984 r. mjr Andrzej Mrowicki.

W prasie lista powołanych podana została już 9 grudnia, więc ciężko uwierzyć, że działacze mieli za mało czasu, żeby o wszystko zadbać. Zwłaszcza że kluby wojskowe nieraz udowadniały, że kiedy trzeba, to potrafią załatwić naprawdę dużo. Pojawiały się głosy, że całej trójce grożą nawet dyskwalifikacje. Powołano specjalną komisję, która miała zbadać okoliczności sprawy. Na jej czele stanął Henryk Stelmach z Rzeszowa i wkrótce stwierdzono, że ze strony Śląska nie doszło do uchybień.

W całym tym zamieszaniu chodziło tak naprawdę o interesy wojskowego klubu. Śląsk, który zajmował po rundzie jesiennej daleką pozycję w tabeli, zatrudnił nowego trenera. Był nim Aleksander Papiewski, który na wieść o tym, że na starcie przygotowań zabraknie mu trzech najlepszych graczy, razem z działaczami postanowił zrobić wszystko, żeby zatrzymać ich w klubie.

Trener Piechniczek nie chciał o tym słyszeć i powiedział nam, że mamy lecieć do Indii. Poszliśmy do wojskowych szefów Śląska, ale kategorycznie zabronili nam wyjazdu. Powiedzieli, że następnego dnia o ósmej rano mamy się zgłosić w klubie w wojskowych mundurach. A jak nie, to zgarnie nas Wewnętrzna Służba Wojskowa. Nie mieliśmy wyjścia, byliśmy wtedy żołnierzami służby zasadniczej, już po przysiędze. Nie polecieliśmy z reprezentacją do Indii. Najśmieszniejsze, że kilkanaście dni później pojechaliśmy ze Śląskiem za granicę. Na zgrupowanie do NRD. Ta odmowa wyjazdu do Indii znacznie utrudniła nam wejście do reprezentacji – wspominał Waldemar Prusik cytowany przez portal sport.pl.

Wkrótce potem wszystko ucichło i sprawa została zamieciona pod dywan. Jednak na debiut w kadrze Tarasiewicz i Przybyś musieli jeszcze trochę poczekać, co później niektórzy wypominali Piechniczkowi.

Nie sądzę, żeby trener mnie winił za tamtą sprawę, na pewno nie. Byłem jeszcze przed przysięgą wojskową, nic nie mogłem zrobić. Wszyscy w PZPN dobrze wiedzieli, że o zdanie zawodników nie pytano, a Śląsk dbał o swoje sprawy. Przed rundą wiosenną chciał mieć czołowych piłkarzy w drużynie, a nie na towarzyskim turnieju w Indiach – wyjaśniał tamtą sprawę Kazimierz Przybyś w rozmowie z Antonim Bugajskim.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…