Puchar Nehru 1984, czyli jak kadra Piechniczka podbiła Indie

Mecz otwarcia

Turniej o Puchar Nehru był co prawda towarzyską imprezą, ale z boiska można było podnieść całkiem solidne nagrody finansowe. Piechniczek więc nie tylko chciał sprawdzić nowych zawodników, ale też wygrać. Dlatego też niezależnie od klasy rywala desygnował do gry dość mocny skład. Pierwsze spotkanie Polacy rozegrali 11 stycznia. W meczu otwarcia turnieju ich przeciwnikiem był zespół gospodarzy. Pojedynek rozgrywano nie na stadionie Salt Lake, jak błędnie informowano w polskiej prasie (ten zostanie uroczyście otwarty dopiero pod koniec turnieju), ale na obiekcie Eden Gardens, który zwykle był areną zmagań krykiecistów. Na trybunach zasiadło ponad 80 tys. widzów spragnionych wielkiego futbolu. Spotkanie poprzedziła ceremonia otwarcia, której towarzyszyła większa pompa, niż podczas inauguracji mundialu w 1982 r. Imprezę uroczyście otworzyła premier Indira Gandhi, a Włodzimierz Smolarek wspominał, że zrobiło to na nich ogromne wrażenie i poczuli się dowartościowani.

Wreszcie nadszedł czas na danie główne. Trener Antoni Piechniczek postawił na sprawdzony skład, do którego wkomponował kilka nowych elementów. W bramce grał Józef Młynarczyk, a linię obrony tworzyli Krzysztof Pawlak, Roman Wójcicki, Józef Adamiec i Jan Jałocha. W pomocy wyszli Andrzej Buncol, Włodzimierz Ciołek, debiutujący w reprezentacji Czesław Jakołcewicz i przesunięty z ataku Włodzimierz Smolarek. Napad tworzyła dwójka Dariusz Dziekanowski i Mirosław Okoński. Po latach Jakołcewicz wspominał, że już samo powołanie na turniej było dla niego niespodzianką.

Powołanie do kadry to było dla mnie duże zaskoczenie, wręcz szok. Trener Antoni Piechniczek szukał jednak wówczas zawodnika w miejsce Waldemara Matysika. Potrzebował wysokiego, sprawnego zawodnika, który mógłby wykonywać na boisku „czarną robotę”. Lech wówczas kroczył po mistrzostwo kraju, zbierałem dobre recenzje, więc postanowił dać mi szansę. Zostałem powołany na Puchar Nehru – zadebiutowałem w meczu przeciwko Indiom – wspomniał w rozmowie z Maciejem Henszelem dla Gazety Wyborczej w 2002 r.

Nie wiadomo było, czego możemy się spodziewać po rywalach, ale jako klasowy zespół rozpoczęliśmy w dobrym stylu. Spokojnie rozgrywaliśmy piłkę w środkowej strefie boiska i umiejętnie potrafiliśmy przyspieszyć akcje w okolicach pola karnego rywali. Indie jednak grały bez kompleksów i nasz zespół musiał się nieco natrudzić, żeby strzelić pierwszego gola.

Wynik w 10. minucie spotkania otworzył Dariusz Dziekanowski po podaniu Krzysztofa Pawlaka. Stracona bramka nie podcięła jednak skrzydeł zespołowi gospodarzy i na kolejnego gola trzeba było czekać 25 minut. Wtedy role się odwróciły i to Pawlak pokonał bramkarza rywali po podaniu Dziekanowskiego. Wydawało się, że worek z bramkami się rozwiązał, ale nic z tego. Jeszcze przed przerwą ambitnie grający przeciwnicy strzelili kontaktowego gola. Biswajit Bhattacharya sprytnym strzałem zaskoczył Józefa Młynarczyka, a na trybunach wybuchł szał radości.

Graliśmy wymarzoną piłkę. Nadal się zastanawiam, jak tego dokonaliśmy. Milovan zaszczepił w nas ducha zespołu, czego nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy. Trener poprosił mnie, żebym grał nieco bardziej wycofany. Razem z Manoranjanem Bhattacharyem zagrałem „na ścianę” i walnąłem bramkę – wspominał po latach strzelec gola.

Milovan Ćirić bardzo umiejętnie potrafił zmotywować swoich podopiecznych. Grali z wielkim zaangażowaniem i nie mieli żadnych kompleksów. O jakiejkolwiek niespodziance jednak nie mogło być mowy. Polskę i Indie dzieliła różnica kilku klas. W drugiej połowie nasi piłkarze zbytnio się nie przemęczając, spokojnie kontrolowali przebieg spotkania i raz po raz rozrywali szyki obronne rywali. Brakowało jednak dokładności. Trener dokonał dwóch zmian – w 65. minucie Andrzeja Buncola zmienił Krzysztof Urbanowicz, a na ostatnie dziesięć minut na boisku pojawił się Piotr Skrobowski, który zastąpił Krzysztofa Pawlaka. Mimo usilnych starań naszego zespołu wynik pozostał bez zmian.

Polacy swoją grą zdobyli uznanie i sympatię miejscowych kibiców. Po naszym zwycięstwie w miejscowej prasie nie szczędzono naszym reprezentantom pochwał. Podkreślano łatwość, z jaką nasi odnieśli zwycięstwo i wskazywano nas jako głównych kandydatów do końcowej wygranej. Wyróżniono Buncola i Ciołka, a grę Smolarka określano jako magiczną.

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, to dla Indii tak niska porażka też była sukcesem. Poza tym strzelili przecież gola trzeciej drużynie świata. Później się okazało, że ta bramka była jedyną strzeloną przez gospodarzy w trakcie całego turnieju. Nic dziwnego więc, że po latach ciągle się ją wspomina. Jeden z członków indyjskiego zespołu Shabbir Ali, który całej karierze strzelił ponad 30 bramek dla reprezentacji, mówił, że żadna nie dała mu tyle radości, co udział w tamtym niezapominanym turnieju.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…