Puchar Nehru 1984, czyli jak kadra Piechniczka podbiła Indie

Argentyńskie tango

Starcie z Argentyną było spotkaniem dwóch głównych pretendentów do wygranej w całym turnieju. Możliwość sprawdzenia się w pojedynku z tak wymagającym rywalem była głównym argumentem przemawiającym na korzyść tak dalekiego wyjazdu. Piechniczek wspominał, że obie ekipy potraktowały mecz bardzo prestiżowo. Przeciwnicy szukali okazji do rewanżu, bo przecież trzy lata wcześniej wygraliśmy z Argentyną na ich terenie w Buenos Aires.

We wtorek 17 stycznia o godzinie 15:00 na boisko wybiegła ta sama jedenastka, co w dwóch poprzednich meczach. W zespole rywali nie brakowało klasowych piłkarzy. W bramce stał Pumpido, w drugiej linii brylowali Giusti i Ponce, a w ataku największą gwiazdą był Burruchaga, który wyprowadził zespół na murawę w roli kapitana. Podopieczni Bilardo byli świetnie wyszkoleni technicznie i bardzo szybcy. Dysponowali też zaskakująco dobrymi warunkami fizycznymi. Naprzeciw siebie stanęły dwie klasowe, równorzędne drużyny. W obu zespołach było kilku młodszych, mniej doświadczonych zawodników, ale sprawdzianów z takimi silnymi ekipami Polska potrzebowała jak najwięcej.

Kiedy czytałem skład, odczuwałem satysfakcję, to był dowód dla mediów, że nie pojechaliśmy tam na wycieczkę i że spotykamy się z poważnymi rywalami – wspominał Piechniczek.

Mecz był dość wyrównany i obie drużyny skupiły się na zabezpieczeniu dostępu do własnej bramki. Do przerwy gole nie padły, ale walki na boisku nie brakowało. W całym meczu węgierski sędzia Károly Palotai pokazał aż pięć żółtych kartek. Czterema ukarani zostali Argentyńczycy, a jedną zobaczył Smolarek. To właśnie po jego faulu przed polem karnym Węgier podyktował rzut wolny w 51. minucie. Do piłki podszedł José Ponce i precyzyjnym, silnym strzałem w samo okienko nie dał szans Młynarczykowi.

Do końca meczu pozostawało jeszcze niespełna 40 minut, więc czasu na wyrównanie było sporo. Sforsować argentyńską obronę wcale nie było jednak tak łatwo. Cel ten udało się osiągnąć dopiero na kilka minut przed końcem. Po wybiciu futbolówki z pola karnego rywali przejął ją Jałocha i długim podaniem obsłużył Smolarka. Ten z pierwszej piłki zagrał na czwarty metr do Buncola, który nie miał kłopotów z umieszczeniem piłki w siatce. W zgodnej opinii trenerów wynik 1:1 był sprawiedliwy i w pełni oddawał przebieg meczu.

Dzień przed naszymi starciem z Argentyną Vasas dość szczęśliwie zremisował z młodymi Rumunami. W kolejnych pojedynkach obyło się bez niespodzianek. 18 stycznia Chińczycy potwierdzili swoje niemałe umiejętności i wygrali 2:1 z Rumunią, a dzień później Węgrzy ograli 1:0 gospodarzy. Największa sensacja wydarzyła się jednak 20 stycznia w meczu Chin z Argentyną. Bardzo długo utrzymywał się bezbramkowy remis, a Argentyńczycy zaczynali się coraz bardziej niecierpliwić. W 77. minucie na boisku pojawił się 23-letni Zhao Dayu, a niespełna dziesięć minut później strzelił gola na wagę zwycięstwa z przyszłymi mistrzami świata.

Zhao był dość drobnym, ale jednocześnie bardzo szybkim zawodnikiem, zarówno z piłką, jak i bez niej. Wciąż pamiętam jego bramkę przeciwko Argentynie. To było bardzo precyzyjne uderzenie w końcówce meczu. Bramka nie oddawała przebiegu gry, ale była wynikiem bardzo przemyślanego kontrataku Chińczyków przeprowadzonego prawą stroną – wspominał po latach Biswajit Bhattacharjee.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…