Copa Libertadores 1966, czyli Peñarol vs. River Plate

Czas czytania: 18 m.

Finały europejskich pucharów od samego początku rozpalały wyobraźnię kibiców. Wiele z tych starć przeszło do historii, niektóre przez lata były lub do dzisiaj są wspominane z rozrzewnieniem, a inne obrosły wręcz legendą tak jak rywalizacja Realu Madryt ze Stade de Reims, czy Manchesteru United z Benfiką. Jednak nie tylko w Europie walka o miano najlepszej drużyny kontynentu budziła powszechne zainteresowanie. Po drugiej stronie globu, w Ameryce Południowej miliony sympatyków futbolu gorączkowo śledziło rywalizację w Copa Libertadores. W starciach klubów urugwajskich, argentyńskich czy brazylijskich również nie brakowało technicznych fajerwerków, zaangażowania, walki i nierzadko też kontrowersji. Tak było choćby w 1966 r., gdy o miano najlepszej drużyny Ameryki Południowej rywalizowały urugwajski Peñarol i argentyńskie River Plate.

Zainaugurowane w 1960 r. rozgrywki o tytuł najlepszej klubowej drużyny Ameryki Południowej z roku na rok zyskiwały coraz większą popularność. Kluby zaczęły je traktować coraz bardziej prestiżowo, czasami przedkładając je nawet nad rozgrywki krajowe. Początkowo każdy kraj miał tylko jednego przedstawiciela, więc liczba uczestników nie przekraczała dziesięciu.

Spośród nich liczyły się tak naprawdę trzy zespoły – mistrz Urugwaju, mistrz Brazylii i mistrz Argentyny – i to one dzieliły się końcowymi triumfami. Wkrótce uznano jednak, że warto rozszerzyć grono uczestników.  Siódma edycja Copa Libertadores, którą rozgrywano w 1966 r., była pierwszą, w której oprócz mistrzów krajowych mogli wystąpić także wicemistrzowie.

River Plate i ich droga do finału

Dzięki temu w klubowych mistrzostwach kontynentu mogli zaprezentować się piłkarze argentyńskiego River Plate. Zespół z Buenos Aires, który święcił ligowe triumfy w latach 40. i 50. od paru lat bezskutecznie usiłował wyjść z cienia swoich rywali. Ostatni raz mistrzostwo zdobyli w 1957 r. i od tego czasu musieli uznawać wyższość Racingu, San Lorenzo, Independiente i Boca Juniors. W zespole nie brakowało co prawda indywidualności i znakomitych zawodników, ale w tabeli na koniec sezonu to rywale okazywali się lepsi o parę punktów.

Decyzję o rozszerzeniu Copa Libertadores o wicemistrzów przyjęto w klubie z radością i z dużymi nadziejami. Władze postanowiły podporządkować wszystko rozgrywkom na arenie międzynarodowej i to one miały priorytet przed zmaganiami ligowymi, w których często do boju posyłano graczy z drugiego szeregu.

Jak się okazało, takie działanie przyniosło całkiem dobre rezultaty. W pierwszej fazie grupowej przeciwnikiem Los Millonarios był ich odwieczny rywal Boca Juniors, a także zespoły z Peru – Universitario i Alianza oraz z Wenezueli – Lara Barquisimeto i Italia Caracas. Rywalizację zaczęli od prestiżowego zwycięstwa nad Boca Juniors 2:1 na własnym stadionie. Później wygrali na wyjeździe z Larą (2:1) i Italią (3:0), zremisowali z Universitario (1:1), a serię wyjazdowych meczów zakończyli zwycięstwem nad Alianzą w Limie 2:0. Również na własnym boisku byli nie do przejścia. Pewnie pokonali Universitario (5:0), Larę (3:0), Alianzę (3:2) i Italię (2:1). Grupowe zmagania kończył wyjazdowy mecz z Boca. Jego wynik nie miał już wpływu na końcową klasyfikację i mimo porażki 0:2 River zajął pierwsze miejsce w tabeli, a zaraz za nim uplasował się lokalny rywal.

W drugiej rundzie do obu argentyńskich zespołów dołączył trzeci. Była to drużyna Independiente, która jako obrońca tytułu dopiero od tej fazy przystępowała do rywalizacji. Stawkę w czterozespołowej grupie uzupełniał paragwajski Club Guarani. Najlepsza ekipa spośród nich awansowała do finału.

Zawodnicy River Plate zmagania rozpoczęli od podróży do Asunción, gdzie pewnie pokonali Club Guaraní 3:1. Następnie czekało ich wyjazdowe starcie z Independiente, które zremisowali 1:1, a dwa dni później również remisem, ale tym razem 2:2 u siebie, zakończyło się ich spotkanie z Boca. Rundę rewanżową zaczęli z wysokiego c. Na El Monumental najpierw rozbili Independiente 4:2, a potem 3:1 Club Guaraní i awans do finału był już na wyciągnięcie ręki. W ostatnim grupowym meczu River starło się na wyjeździe z Boca. Gospodarze byli już bez szans na awans, a gościom wystarczał remis. Zawodnicy Boca nie zamierzali jednak ułatwiać zadania swoim odwiecznym rywalom. Postawili im twarde warunki i wygrali 1:0.

River miało tyle samo punktów, co Independiente. Mimo że Los Millonarios mieli lepszy stosunek bramek i bezpośrednich spotkań, to o pierwszym miejscu w grupie miał zadecydować dodatkowy mecz. Rozgrywany na neutralnym terenie pojedynek był bardzo wyrównany. River już od 11. minuty grało z przewagą jednego zawodnika, bo z boiska usunięto Raúla Savoy’a. Gracze nie potrafili jednak w żaden sposób tej przewagi wykorzystać. Po upływie regulaminowego czasu gry na tablicy wyników wciąż widniał rezultat 0:0. Dopiero w 1. minucie dogrywki wprowadzony jeszcze przed przerwą na boisko Ermindo Onega dał swojemu zespołowi upragnione prowadzenie. Obrońcy tytułu nie mieli jednak zamiaru składać broni i niespełna dziesięć minut później wyrównał Luís Artime. To było wszystko, na co tego dnia było stać osłabione Independiente. W 119. minucie Urugwajczyk Luis Cubilla strzelił dla River drugiego gola i wprowadził tym samym swój zespół do pierwszego w historii finału.

Peñarol i jego droga do finału

Dla Urugwajczyków udział w Copa Libertadores nie był niczym nowym. Edycja z 1966 była siódmą w historii, a Peñarolu zabrakło dotychczas w zaledwie jednej. To właśnie drużyna z Montevideo była pierwszym, historycznym triumfatorem w 1960 r., a swoją klasę potwierdziła rok później, kiedy to obroniła tytuł. W 1962 r. również zameldowali się w finale, gdzie dopiero po trzecim, dodatkowym meczu ulegli znakomitemu wówczas Santosowi. W 1963 r. zakończyli rywalizację na półfinale, gdzie musieli uznać wyższość Boca Juniors. Jednak już dwa lata później dotarli do swojego czwartego finału, ale tym razem po zaciętej, trzymeczowej rywalizacji lepsi okazali się gracze Independiente.

Aktualni mistrzowie Urugwaju trafili do grupy razem ze swoimi odwiecznymi rywalami z Nacionalu, a także Jorge Wilstermann i Municipal z Boliwii oraz Emelec i 9 de Octubre z Ekwadoru. Los Carboneros rywalizację rozpoczęli od wyjazdowego spotkania z Nacionalem. Wielcy rywale byli na swoim terenie nie do przejścia i pewnie pokonali Peñarol 4:0. O ile sama porażka nie była raczej sensacją, to jej rozmiary mogły wzbudzić niepokój wśród kibiców. Obawy wzmogły się jeszcze bardziej po porażce 0:1 z Jorge Wilstermann w Cochabambie.

Dwukrotni triumfatorzy byli jednymi z głównych faworytów do końcowego zwycięstwa i nie mogli już sobie pozwolić na żadne potknięcie. Po krótkiej wizycie w Boliwii urugwajski zespół przeniósł się do Ekwadoru. Tam już wszystko zaczęło wracać do normy i Peñarol odniósł w Guayaquil dwa zwycięstwa. Najpierw 2:1 pokonali zespół 9 de Octubre, a trzy dni później w takim samym stosunku zwyciężyli z Emelec. W drodze powrotnej zatrzymali się w Boliwii, gdzie w La Paz wygrali 2:1 z Municipal i w znacznie lepszych humorach wrócili do domu. Na własnym boisku nie pozostawili już rywalom żadnych złudzeń. Wygrali 2:0 z Jorge Wilstermann, 3:1 z Municipal, 2:0 z 9 de Octubre i 4:1 z Emelec. Na koniec grupowych zmagań czekał ich rewanż z Nacionalem, a wynik tego starcia miał decydować o tym, która z drużyn wygra grupę. Zawodnicy Aurinegros udanie zrewanżowali się swoim największym rywalom i dzięki zwycięstwu 3:0, zajęli pierwsze miejsce w stawce.

W drugiej rundzie do obu urugwajskich zespołów dokooptowano tylko jeden. Był nim chilijski Universidad Católica i to od spotkań na stadionie tej drużyny rozpoczęła się rywalizacja o przepustkę do finału. O dziwo zarówno Peñarol, jak i Nacional nie potrafili znaleźć sposobu na zawodników z Chile i solidarnie przegrali po 0:1. Podziałało to mobilizująco na piłkarzy Los Carboneros i kiedy zmagania przeniosły się do Montevideo, nie było już wątpliwości, który zespół jest najsilniejszy.

W znakomitej formie był wówczas Pedro Virgilio Rocha, który w spotkaniu z Nacionalem ustrzelił hat-tricka, a Peñarol pewnie wygrał 3:0. Kolejne trafienie ten zawodnik zanotował w wygranym 2:0 starciu z Universidad Católica, który parę dni wcześniej po zaciętym boju uległ 2:3 Nacionalowi. Do rozegrania zostało już tylko jedno spotkanie. Zespół z Chile i Peñarol mieli taką samą liczbę punktów, ale to Urugwajczycy mieli wszystko we własnych rękach. Żeby uniknąć dodatkowego meczu, musieli wygrać z Nacionalem na ich boisku. Tym razem bój był dużo bardziej wyrównany, ale ostatecznie to Aurinegros byli górą. Niespełna 20 minut przed końcem Héctor Silva pięknym podaniem obsłużył Julio Césara Cortésa. Napastnik wykorzystał błąd defensorów rywala, którzy próbowali go złapać w pułapkę ofsajdową i pokonując golkipera rywali, zdobył gola na wagę finału.

Stosunki między klubami

River Plate i Peñarol wielokrotnie spotykali się ze sobą w rozmaitych meczach towarzyskich i pozostawali w dosyć przyjaznych relacjach. Pierwsze spotkanie między tymi drużynami rozegrano 7 kwietnia 1912 r. na Estadio Belvedere w Montevideo. Los Carboneros wygrali wówczas 2:0. W kolejnych latach kluby mierzyły się ze sobą z mniejszą lub większą regularnością. Kiedy w argentyńskim futbolu panowała Wielka Schizma i River Plate występowało w rozgrywkach, których nie uznawała FIFA, to Peñarol był jednym z pierwszych klubów, który popierał ich stanowisko.

Wbrew nakazom rodzimej federacji Aurinegros rozegrali z Argentyńczykami szereg spotkań towarzyskich, za co zostali wykluczeni z jej szeregów, co z kolei zapoczątkowało kilkuletni rozłam w urugwajskim futbolu. Włodarze przedkładali więc dobre stosunki z przyjaciółmi z drugiego brzegu La Platy, nad ewentualne sankcje ze strony władz związkowych. 26 maja 1938 r. uroczyście oddano do użytku słynny stadion El Monumental, a w pierwszym rozgrywanym na nim meczu przeciwnikiem River Plate był Peñarol. Z kolei, kiedy w 1941 r. Los Carboneros świętowali 50. rocznicę powstania, to jednym z głównych punktów obchodów było towarzyskie starcie z przyjaciółmi z River Plate.

Ostatni raz oba zespoły spotkały się na niewiele ponad pięć miesięcy przed finałem. Pod koniec grudnia 1965 r. w Cali w Kolumbii trwał festiwal Feria de Cali, w ramach którego zorganizowany został towarzyski turniej piłkarski. Oprócz River i Peñarolu wzięły w nim udział zespoły wiedeńskiego Rapidu i Olimpia Asunción z Paragwaju. Najlepsi okazali się wówczas zawodnicy z Argentyny, a najsłabszą ekipą był Peñarol. W bezpośrednim pojedynku obu ekip, które rozegrano 29 grudnia, Urugwajczycy przegrali 2:3, mimo że do przerwy prowadzili 2:1.

Copa Libertadores 1966 – finałowe starcie

Przed rozpoczęciem finałowej rywalizacji trudno było wskazać zdecydowanego faworyta. Za Peñarolem przemawiało większe doświadczenie na tym poziomie rozgrywek i teoretycznie łatwiejsza i mniej wyczerpująca droga do finału. River Plate musiało rozegrać kilka meczów więcej, żeby stanąć przed szansą końcowego zwycięstwa, ale w pokonanym polu zostawili obrońców tytułu, co z pewnością dodało zawodnikom dużo pewności siebie. Poza tym, jak już wcześniej wspomniano, najlepsi zawodnicy byli oszczędzani w lidze, więc większa ilość rozegranych meczów nie powinna mieć aż tak dużego znaczenia.

Przez wzgląd na swoje bardzo dobre stosunki oba kluby ustaliły, że sędzią spotkania w Montevideo będzie Argentyńczyk, a w Buenos Aires Urugwajczyk. Byli to odpowiednio Roberto Goicoechea i José María Codesal. Obaj byli zaliczani do najlepszych arbitrów na kontynencie i powoli szykowali się już do zbliżającego się turnieju o mistrzostwo świata w Anglii.

Pierwsze z finałowych spotkań zaplanowano na sobotę 14 maja. Gospodarzem meczu był Peñarol. Historia klubu nierozerwalnie wiąże się z kolejnictwem, a jego władze z prezydentem Washingtonem Cataldim na czele, chcąc godnie przyjąć swoich przyjaciół, wysłali po nich specjalną lokomotywę. Fani zarówno jednej, jak i drugiej drużyny spodziewali się pięknej, sportowej walki i wielkiego widowiska godnego finału. Często jednak bywa tak, że mecze o dużą stawkę nie wzbudzają zachwytów i rzadko kiedy oczekiwania kibiców bywają zaspokojone. Tutaj było podobnie i 60 tysięcy kibiców zgromadzonych na Estadio Centenario było świadkami raczej średnich zawodów. Obie drużyny w pierwszej kolejności starały się przede wszystkim nie stracić bramki. Pojedynek był bardzo zacięty i wyrównany, a po pierwszych 45 minutach na tablicy wyników wciąż widniał bezbrakowy rezultat.

W drugiej odsłonie meczu początkowo obraz gry nie uległ zmianie. Jednak wraz z upływem czasu podopieczni Roque Máspoliego zyskiwali coraz większą przewagę. Nie potrafili jej jednak zamienić na bramkę ani Pedro Rocha, ani Héctor Silva, ani Julio César Cortés. W bramce Los Millonarios stał legendarny, prawie 40-letni wówczas Amadeo Carrizo i do 75. minuty znakomicie wywiązywał się ze swoich zadań. Wtedy to skapitulował po strzale Julio Césara Abbadie, który był jednym z najbardziej doświadczonych graczy Peñarolu. River Plate nie było w stanie odpowiedzieć, a Los Carboneros uskrzydleni prowadzeniem wyprowadzali kolejne groźne ataki. W końcu na siedem minut przed końcem na 2:0 podwyższył Peruwiańczyk Juan Joya – najwybitniejszy obok Alberto Spencera obcokrajowiec w drużynie z Urugwaju. Do końcowego gwizdka wynik nie uległ już zmianie i szczęśliwi kibice Aurinegros z nadzieją czekali na rewanżowe spotkanie w Buenos Aires.

Bój na El Monumental

Jednak cztery dni później w stolicy Argentyny gospodarze zamierzali zrobić wszystko, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. I to dosłownie. Na drugą stronę La Platy wraz ze swoimi ulubieńcami przybyło około 10 tysięcy kibiców Peñarolu. Gospodarze zobowiązali się do honorowego przyjęcia, ale na obietnicach się skończyło. Władze, żeby zwiększyć swoje szanse na wygraną nie zapewniły gościom transportu. Drużyna i sztab Aurinegros na próżno czekali na autobus i na miejsce zawodów musieli dojechać taksówkami. To nie był jednak koniec ich problemów. Ze względów bezpieczeństwa wyłączono z ruchu najbliższe okolice stadionu. Kordony służb porządkowych zatrzymały samochody z zawodnikami gości już dziesięć przecznic od obiektu. Resztę drogi musieli oni pokonać pieszo, wśród niezbyt przychylnie nastawionych kibiców River Plate. Na El Monumental dotarli na dziesięć minut przed rozpoczęciem spotkania. Praktycznie w marszu przebrali się w meczowe stroje, a o jakiejkolwiek rozgrzewce mogli pomarzyć.

Wydawać by się mogło, że w takich okolicznościach są skazani na pożarcie i że River Plate nie powinni mieć problemu z odniesieniem zwycięstwa. Nieoczekiwanie jednak piłkarze Peñarolu podrażnieni tak skandalicznym traktowaniem postawili gospodarzom bardzo twarde warunki. Roque Máspoli dokonał jednej zmiany w porównaniu z pierwszym meczem – Héctora Silvę zastąpił ekwadorski supersnajper Alberto Spencer. Z kolei szkoleniowiec River Plate Renato Cesarini przeprowadził dwie zmiany w środku pola. Daniela Carlosa Bayo i Miguela Loayzę zastąpili Jorge Solari i Ermindo Onega. Jak się później okazało, desygnowanie do gry tego drugiego zawodnika było strzałem w dziesiątkę.

Zawodnicy z Urugwaju musieli mierzyć się nie tylko z podopiecznymi Cesariniego, ale też z niezbyt przyjaźnie nastawionym do nich tłumem kibiców. Wokół boiska, na lekkoatletycznej bieżni, wydzielono dodatkowe pięć tysięcy miejsc dla fanów gospodarzy. Wielu starało się jak najbardziej utrudniać grę drużynie gości. Kiedy piłka opuszczała boisko, zatrzymywali ją, uniemożliwiając w ten sposób szybkie wznowienie gry rzutem z autu. Nie brakowało też fizycznych ataków na zawodników.

Kibice wchodzili na boisko, pluli na nas i próbowali nas kopać – opowiadał Héctor Silva, który całe to zamieszanie obserwował z ławki rezerwowych.

Służby porządkowe i policja niezbyt przejmowały się takimi zachowaniami. Sami oczywiście też chcieli zwycięstwa River Plate i kiedy bramkę strzelił Ermindo Onega, to razem z nim fetowało dwóch policjantów, co udało się uwiecznić na zdjęciu.

Mimo tak niesprzyjających warunków Peñarol nie miał zamiaru wywieszać białej flagi. Ku rozpaczy kibiców to goście jako pierwsi wyszli na prowadzenie. W 31. minucie faulowany w polu karnym był Julio César Abbadie. Chwilę później Pedro Rocha ustawił piłkę na jedenastym metrze i wszyscy wstrzymali oddech. Bramkarz Amadeo Carrizo słynął z tego, że potrafi bronić karne i również tym razem nie dał się pokonać. Niestety zdołał tylko odbić futbolówkę. Natychmiast dopadł do niej Rocha i skuteczną już dobitką uciszył El Monumental. Jednak już sześć minut później stadionem wstrząsnął okrzyk radości, kiedy Ermindo Onego zdobył bramkę wyrównującą.

Wynik 1:1 utrzymał się do przerwy, ale po zmianie stron znowu do ataku ruszyli goście. Już osiem minut po wznowieniu gry dał o sobie znać geniusz Alberto Spencera i Peñarol po raz drugi tego dnia wyszedł na prowadzenie. Ekwadorczyk zbliżył się z piłką w okolice szesnastki, a kiedy Carizzo wyszedł z bramki, napastnik pewnie go minął i spokojnie umieścił futbolówkę w siatce. Na odpowiedź znowu nie trzeba było długo czekać. Już dwie minuty później na tablicy wyników było 2:2, a Mazurkiewicza pokonał tym razem Juan Carlos Sarnari. Na tym jednak nie koniec. River Plate za wszelką cenę dążyło do rozstrzygnięcia i trzeba uczciwie przyznać, że rozgrywali tego dnia naprawdę dobre zawody. Ich wysiłki przyniosły skutek na nieco ponad kwadrans przed końcem, kiedy to po raz drugi na listę strzelców wpisał się Ermindo Onega. Mimo wysiłków obu stron do końca spotkania wynik nie uległ już zmianie.

Emocje jednak nie skończyły się wraz z ostatnim gwizdkiem. Kiedy zespół Peñarolu udał się do hotelu, to na miejscu czekała na nich grupa miejscowych kiboli, którzy nie mieli zamiaru pozwolić gościom na odpoczynek. Takie traktowanie zarówno piłkarzy, jak i kibiców, którzy na trybunach również spotkali się z przejawami wrogości, nie mogło pozostać bez wpływu na kolejny mecz. I właśnie ten fakt chciało wykorzystać River Plate. O końcowym zwycięstwie miał decydować trzeci mecz na neutralnym gruncie, który początkowo planowano rozegrać trzy dni po starciu w Buenos Aires. Argentyński zespół naciskał jednak, żeby zrobić to już za dwa dni. Peñarol miał w składzie więcej doświadczonych zawodników i rywale liczyli na to, że nie zdążą się oni odpowiednio zregenerować. Podrażnieni, pałający żądzą rewanżu piłkarze Peñarolu nie potrzebowali jednak żadnej motywacji i przystali na tę propozycję.

Kiedy dotarliśmy do Alvear, pod hotelem czekało na nas 150 osób. Przed meczem nie wysłali nam nawet autobusu i musieliśmy jechać taksówkami. Nie mogliśmy nawet przeprowadzić rozgrzewki i kiedy wróciliśmy do hotelu, to krew się w nas gotowała. Zgromadzeni ludzie skandowali „River, River, River!”. Zaczęły się przepychanki, które trwały godzinę. Wreszcie przyjechała policja. Co za bałagan! Washington Cataldi spotkał się z nami o drugiej w nocy i powiedział, że będziemy musieli pokryć wszystkie szkody. Zapytał nas, kiedy chcemy zagrać trzeci mecz. Powiedzieliśmy mu: „A o ósmej rano, jeśli można!”. Chcieliśmy rewanżu – wspominał obrońca Pablo Forlán.

Chilijski epilog

Na arenę decydującego starcia wybrano Estadio Nacional w Santiago, który niecałe cztery lata wcześniej gościł finalistów mistrzostw świata. 20 maja na trybunach zgromadziło się około 40 tysięcy kibiców. Widowisko, jakiego byli świadkami z pewnością zapamiętali na długo. Roque Máspoli wystawił do gry tych samych zawodników, co przed dwoma dniami, a Renato Cesarini zdecydował się tylko na jedną zmianę w składzie. Obrońcę Juana Carlosa Guzmána zastąpił Eduardo Grispo.

Mecz rozpoczęli gracze Peñarolu. Nie bawili się w mozolne budowanie ataku pozycyjnego, tylko od razu ruszyli do ataku. River Plate nie pozostawało dłużne i odpowiadało tym samym. W pierwszych minutach gra toczyła się w dość szybkim tempie, a akcję błyskawicznie przenosiły się z jednego pola karnego na drugie. Mimo że czasem brakowało dokładności w podaniach, to gra mogła się podobać. Oba zespoły stworzyły po kilka groźnych sytuacji, ale zarówno Carrizo, jak i Mazurkiewicz nie dawali się zaskoczyć i dzielnie trwali na posterunkach. Z czasem jednak coraz większą przewagę zaczęli zyskiwać podopieczni Cesariniego. Peñarol również próbował atakować, ale to Los Milionarios byli bliżej strzelenia bramki.

Wreszcie w 28. minucie spotkania Alberto Sainz posłał długie podanie na wolne pole do Luisa Cubilli. Grający w barwach River Plate Urugwajczyk przejął piłkę na wysokości pola karnego, podciągnął ją do linii końcowej, ograł obrońcę i oddał futbolówkę do wbiegającego w szesnastkę Jorge Solariego. Ten nie tracąc czasu, szybko podał do stojącego na jedenastym metrze, niepilnowanego Daniela Onegi, który uderzeniem z pierwszej piłki nie dał szans Mazurkiewiczowi.

Kibice szaleli z radości, a River Plate złapało wiatr w żagle. Peñarol próbował za wszelką cenę wyrównać, ale defensywa rywali spisywała się bez zarzutu. Dodatkowo Urugwajczycy coraz bardziej się odkrywali i kilka razy nadziali się na groźne kontry, które prawym skrzydłem napędzał Luis Cubilla. W 42. minucie Amadeo Carrizo dalekim wykopem posłał piłkę w kierunku Jorge Solariego. Argentyńczyk wykorzystał błąd rywala, przejął futbolówkę i silnym strzałem z dwudziestu metrów prosto w okienko podwyższył na 2:0. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie. River Plate swoją grą wzbudzało duży podziw wśród neutralnych kibiców, a chilijskie El Gráfico pisało: nigdy nie byliśmy świadkami tak ogromnej przewagi. Takie stwierdzenie było jednak chyba trochę na wyrost, bo przecież Peñarol też kilka razy zagroził bramce rywali, ale zwyczajnie brakowało im szczęścia.

Zmiany, zmiany

W przerwie trener Roque Máspoli starał się podnieść swoich podopiecznych na duchu. Powiedział piłkarzom, że jeśli uda im się złamać szyki obronne Argentyńczyków i strzelić bramkę, to zwycięstwo będzie na wyciągnięcie ręki. Tuż przed przerwą zdecydował się też przeprowadzić jedną zmianę. W myśl ówczesnych przepisów można było zmienić zawodnika, ale tylko w pierwszej połowie. Nelsona Díaza zastąpił Tabaré González. Ten temperamentny zawodnik nie grał we wcześniejszych spotkaniach finałowych, ale zwykle dobrze spisywał się w pojedynkach o dużą stawkę i w jego ostrym, nieustępliwym stylu gry Máspoli widział szansę na odmienienie obrazu spotkania.

Na początku drugiej połowy coś zaczęło się zmieniać. Ogrywali nas, jak chcieli i bardzo trudno było odebrać im piłkę. Stwierdziliśmy więc, że bardziej niż zmian taktycznych potrzebujemy zmiany w samym nastawieniu do gry, żeby ocalić resztki honoru. W desperacji uciekaliśmy się do nie do końca czystych zagrań. To prawda. Zaczepialiśmy ich słownie, a nawet posunęliśmy się do tego, żeby powiedzieć im, że jeśli wygrają, to będziemy ich szukać zarówno w szatni, jak i w hotelu. Wszystko przez to, że atmosfera była bardzo napięta, przypominająca wojnę, z czego skrzętnie skorzystaliśmy przy bierności River – opowiadał później pomocnik Néstor Gonçalves w wywiadzie dla El Gráfico.

W szatni Argentyńczyków nastroje były zgoła inne. Dzięki przewadze dwóch bramek mogli dość spokojnie kontrolować przebieg spotkania. Niektórzy z zawodników byli już nawet myślami daleko w Europie. Po pokonaniu Peñarolu mieli się zmierzyć w Pucharze Interkontynentalnym z Realem Madryt. Zwykle pierwszy mecz rozgrywano w Ameryce Południowej, a rewanż w Europie. Prezydent klubu Antonio Vespucio Liberti obiecał zawodnikom, że przy okazji podróży na Stary Kontynent zafunduje im wakacje na francuskiej riwierze.

Renato Cesarini miał jednak jeden problem. Przed przerwą urazu doznał jeden z filarów defensywy Alberto Sainz. Zawodnik bojąc się pogłębienia urazu, sam poprosił o zmianę. Wobec braku nominalnego obrońcy na ławce szkoleniowiec zdecydował się na małą korektę w ustawieniu. Przesunął do tyłu Jorge Solariego i wprowadził na plac kolejnego napastnika. Był nim dosyć nieobliczalny Juan Carlos Lallana, który jednak niewiele wniósł do gry i dość często uciekał się do prowokowania rywali.

Druga odsłona

Początek drugiej połowy nie zwiastował jednak zmian. River Plate stworzyło kilka groźnych sytuacji, próbując dobić rywali, ale Urugwajczycy nie mieli zamiaru się poddawać. Przesunięcie Solariego do obrony skutkowało tym, że w środku pola zrobiło się trochę więcej miejsca. Z czasem coraz bardziej zaczęli wykorzystywać to zawodnicy Peñarolu i raz po raz starali się zagrozić bramce rywali. Carrizo bronił jednak bardzo dobrze. Czuł się na tyle pewnie, że kiedy Joya zagrał górną piłkę do Spencera, a Ekwadorczyk z trudnej pozycji nie był w stanie oddać silnego strzału, argentyński bramkarz nonszalancko przyjął futbolówkę na klatkę piersiową i od niechcenia złapał w ręce.

To był drobny gest, ale bardzo obraźliwy dla przeciwników. Ta małostkowa pogarda znaczyła dla zawodników Peñarolu tyle, co spalenie ich flag, natarcie uszu, złe wyrażanie się o matce, czy kopnięcie w pośladki – komentowano to zachowanie na łamach dziennika Clarín z Buenos Aires.

Przez lata wokół tego gestu narosło sporo mitów. Miał to być moment, w którym gracze Peñarolu za wszelką cenę postanowili ukarać buńczucznego bramkarza rywali i zrobić wszystko, żeby wyjść z tego starcia zwycięsko. Dorabianie do tego jakiejś wielkiej ideologii, to jednak trochę nadużycie. Faktem jest natomiast, że zawodnicy Peñarolu mogli poczuć się dotknięci, bo Carrizo w ten sposób okazał brak szacunku dla rywala. Néstor Gonçalves, Julio César Abbadie i Alberto Spencer bez owijania w bawełnę powiedzieli mu, co myślą o takim zachowaniu.

Nic nie odpowiedział. To był dobry znak – wspominał Spencer.

Również kolegom z zespołu niezbyt spodobało się zachowanie Argentyńczyka. Mimo ostrej, a czasami nawet brutalnej gry piłkarze obu ekip darzyli się szacunkiem. Rywalizowali ze sobą przecież od lat i znali swoją wartość. Po spotkaniu zachowanie Carrizo skomentował też prezydent Liberti, który stwierdził, że zawodnikowi tej klasy zwyczajnie nie przystoi taka postawa. Parę chwil później, kiedy zegar wskazywał 67. minutę gry, sędzia Claudio Vicuña podyktował rzut wolny za zagranie ręką przez Daniela Onegę. Do bramki River było około 25 metrów, ale zawodnicy Peñarolu nie zdecydowali się na strzał, tylko chcąc wykorzystać zamieszanie w szykach obronnych rywali, szybko wznowili grę.

Takie zagrania ćwiczyliśmy na treningach: uderzaliśmy piłkę od dołu tak, żeby łagodnym łukiem spadła tuż za obrońcami. Z takimi partnerami jak Alberto i Joya, którzy świetnie odnajdywali się na małych przestrzeniach, dawało to dobre rezultaty – mówił później Néstor Gonçalves.

Pedro Rocha zrobił dokładnie tak, jak mówił Gonçalves. Piłka spadła za plecy obrońców, a tam dopadł do niej Alberto Spencer. Nie dał jej sobie odebrać i na małej przestrzeni zdołał się obrócić i oddać strzał. Futbolówka zatrzepotała w siatce, a Ekwadorczyk tym trafieniem wlał nadzieję w serca zgromadzonych przed radioodbiornikami kibiców. Peñarol złapał kontakt z przeciwnikiem i piłkarze chcieli pójść za ciosem. Uwierzyli, że jeszcze nie wszystko stracone i ze zdwojoną siłą ruszyli do ataku.

River Plate miało coraz większe problemy z dłuższym utrzymaniem się przy piłce i opuszczeniem własnej połowy. Pięć minut po zdobyciu kontaktowego gola futbolówkę w środkowej strefie przejął Juan Lezcano i natychmiast podaniem uruchomił Rochę. Ten głową przedłużył do Spencera, który z kolei zagrał do Joyi. Peruwiańczyk odegrał do wbiegającego w pole karne Rochy, któremu w ostatniej chwili obrońca wybił mu piłkę spod nóg. Zrobił to jednak na tyle nieudolnie, że futbolówka trafiła wprost pod nogi Julio Césara Abbadie, który atomowym uderzeniem z siedemnastego metra nie dał szans bramkarzowi rywali.

Urugwajczycy po raz kolejny udowodnili, że zawsze grają do końca, a opowieści o La Garra Charrúa nie są wyssane z palca. Nie zamierzali poprzestać na remisie i dążyli do rozstrzygnięcia spotkania w regulaminowym czasie. Zgromadzeni na trybunach kibice, którzy początkowo wspierali River Plate, zaczęli coraz bardziej doceniać ofiarną, bezkompromisową i nieustępliwą postawę Peñarolu. Do końca drugiej połowy zostało tylko kilkanaście minut. Im bliżej było do końcowego gwizdka, tym więcej niedokładności wkradało się w poczynania piłkarzy. Więcej szans na poprawę wyniku mieli Urugwajczycy, ale River mimo wyraźnie podciętych skrzydeł też potrafił kilka razy zagrozić bramce Mazurkiewicza. Ostatecznie żadna z ekip nie przechyliła szali zwycięstwa na swoją korzyść i po upływie 90 minut, sędzia Vicuña zarządził dogrywkę.

Dogrywka

Według ówcześnie obowiązującego regulaminu Peñarolowi do końcowego triumfu wystarczał remis. Strzelili bowiem więcej bramek w trzech finałowych starciach niż River Plate. Zespół z Argentyny musiał wygrać i mimo trudnej sytuacji, w jakiej się znalazł, potrafił się zmobilizować. Aurinegros zostali zepchnięci do defensywy, a na bramkę Mazurkiewicza sunął atak za atakiem. Podopieczni Cesariniego próbowali strzałów z dystansu, dryblingów, dośrodkowań, ale na próżno. Urugwajczycy bronili się bardzo umiejętnie i Los Millonarios nie potrafili złamać ich oporu. Co więcej, kilka razy narazili się na groźne i szybkie kontrataki, które były specjalnością Peñarolu.

Czas płynął nieubłaganie, do końca pierwszej części dogrywki zostały trzy minuty. Wtedy, po szybkim wznowieniu gry w środkowej strefie boiska, prawym skrzydłem urwał się Pablo Forlán. Nieatakowany przez rywali szybko znalazł się na wysokości pola karnego i dośrodkował na dziesiąty metr. Do piłki wyskoczyli równocześnie Roberto Matosas, Abel Vieytez i Juan Carlos Sarnari. Całą trójkę przechytrzył jednak Alberto Spencer, który dzięki swej znakomitej skoczności i zwinności wyszedł w górę najwyżej i posłał piłkę w lewy róg bramki obok zaskoczonego Carrizo.

River Plate potrzebowało teraz aż dwóch trafień, a przy tak dysponowanej defensywie Los Carboneros wydawało się to zadaniem praktycznie niewykonalnym. Próbowali co prawda wykrzesać jeszcze z siebie resztki sił i coś zdziałać pod bramką rywali, ale chyba sami już do końca nie wierzyli, że są w stanie odmienić losy pojedynku. Peñarol umiejętnie utrzymywał się przy piłce i co zrozumiałe nie spieszył się z wykonywaniem stałych fragmentów gry.

Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. River starał się atakować, a Peñarol groźnie kontrował. W 109. minucie po składnej akcji całego zespołu Julio César Cortés posłał górną piłkę w pole karne, a rozgrywający znakomite zawody Pedro Rocha głową skierował ją do siatki. Zarówno dla piłkarzy, jak i kibiców stało się wówczas jasne, że zwycięstwo nie wymknie się już z rąk Urugwajczyków. River Plate miało jeszcze parę okazji, ale znakomicie spisywał się Mazurkiewicz. Na kilka minut przed końcem Spencer mógł podwyższyć na 5:2. Wyszedł sam na sam z Carrizo, a kiedy próbował go minąć zwodem, Argentyńczyk bezpardonowo powalił go wślizgiem tuż przed polem karnym. Mimo rozpaczliwych ataków River Plate wynik nie uległ już zmianie.

Po meczu

Peñarol wygrał 4:2 i w pełni zasłużenie mógł świętować swój trzeci triumf w rozgrywkach. Klub z Buenos Aires musiał poczekać na swoje pierwsze zwycięstwo aż 20 długich lat. Znany z dość spokojnego usposobienia trener Argentyńczyków Renato Cesarini miał ponoć po meczu wejść do szatni, krzycząc: zdradzili mnie! Winą za porażkę obarczał dwójkę Urugwajczyków – Roberto Matosasa i Luísa Cubillę. Szkoleniowiec miał pretensję, że obaj zawodnicy, którzy w przeszłości grali dla Peñarolu i dwukrotnie świętowali z klubem wygraną w Copa Libertadores, nie grali w drugiej połowie z należytym zaangażowaniem. Inne spojrzenie miał na to prezydent Antonio Vespucio Liberti, który jako kozłów ofiarnych wskazał Amadeo Carrizo i właśnie trenera Cesariniego.

Uważam, że Peñarol nie wygrał tego meczu. To raczej River go przegrał. W mojej opinii przyczyn porażki należy szukać na ławce rezerwowych, w niewłaściwych zmianach. To Renato Cesarini przegrał ten mecz – oceniał włodarz klubu.

Po powrocie do kraju River Plate grało wyjazdowy mecz z Banfield. Kibice miejscowej drużyny w trakcie spotkania wypuścili na boisko przystrojonego w barwy klubowe rywali koguta. Nawiązali w ten sposób do porażki sprzed paru dni, a do zespołu przylgnęło wówczas złośliwe określenie „kurczaki”.

Z kolei Peñarol swoją wygraną dał kibicom mnóstwo radości. Tamto zwycięstwo jest uznawane za jedno z największych i najbardziej emocjonujących w historii klubu. Często wspomina się je do dzisiaj. Wielu zawodników tamtej drużyny uważa ten triumf za największe swoje osiągnięcie w karierze. Néstor Gonçalves opowiadał, że nigdy nie zapomni swoich kolegów, którzy przez ostatnie piętnaście minut grali praktycznie ze łzami w oczach. Pedro Rocha mówił, że czegoś takiego, jak w Santiago nigdy więcej nie doświadczył, a Ladislao Mazurkiewicz wspominał tamto zwycięstwo jako być może największą rzecz, jaką osiągnął na boisku piłkarskim w całym swoim życiu.

Pamiętam tylko, że mecz się skończył i płakałem. Płakałem i nie mogłem powiedzieć ani słowa… Obejmowałem się z Zenim i nie chciałem go puścić. To chyba najpiękniejsze wspomnienie, jakie mam w życiu… Koszula z numerem sześć, którą mam do dziś, to najpiękniejsza pamiątka, jaką mam. Planuję pozostawić ją moim dzieciom jako trofeum, najpiękniejsze, jakie ma ich ojciec – wspominał Omar Caetano.

Kibice w Urugwaju świętowali na ulicach miast, co ostatni raz miało miejsce w 1950 r. W niedzielę 22 maja na Estadio Centenario zorganizowano specjalny mecz towarzyski, w którym Peñarol grał z drużyną narodową. Przed spotkaniem na stadion uroczyście weszły delegacje wszystkich pierwszoligowych klubów. Każda składała się z trzech zawodników, którzy nieśli klubowe flagi. Chciano w ten sposób złożyć hołd i okazać szacunek świeżo upieczonym mistrzom kontynentu.

Nie miało znaczenia, że ligę wygrał w tamtym sezonie Nacional, który wykorzystał zaangażowanie Peñarolu w Copa Libertadores. Zawodnicy obu klubów stanowili o sile reprezentacji, która już za kilkanaście dni miała się zaprezentować na angielskich mistrzostwach. Puchar Interkontynentalny, o którym tak marzyli zawodnicy River Plate, miał rozstrzygnąć się w październiku. Peñarol chciał potwierdzić swoją klasę i zrewanżować się Realowi za porażkę z pierwszej edycji pucharu z 1960 r., ale to już temat na inną opowieść.

BARTOSZ DWERNICKI

Źródła

Przy pisaniu posiłkowałem się następującymi publikacjami:

Bartosz Dwernicki
Bartosz Dwernicki
Pierwsze piłkarskie wspomnienia to dla niego triumf Borussii Dortmund w Lidze Mistrzów i mecze francuskiego mundialu w 1998 r. Później przyszła fascynacja Raúlem i madryckim Realem. Z biegiem lat coraz bardziej jednak kibicuje konkretnym graczom niż klubom. Wielbiciel futbolu latynoskiego i afrykańskiego, gdzie szuka pozostałości futbolowego romantyzmu. Ciekawych historii poszukuje też w futbolu za żelazną kurtyną. Lubi podróże i górskie wędrówki.

Więcej tego autora

Powiązane

Advertismentspot_img

Najnowsze

Statystyki polskich piłkarzy w ligach zagranicznych w sezonie 2022/23

w tym artykule prezentujemy statystyki polskich piłkarzy w ligach zagranicznych w sezonie 2022/2023

Spirydion Albański – lew w bramce

Historia Spirydiona Albańskiego - zapomnianego przedwojennego piłkarza.

Jan Woś – Legenda Odry Wodzisław

Przez ekstraklasę prześlizgnęło się w przeszłości wielu zawodników, którzy pozostali kompletnie anonimowi, niczym się nie wyróżniając. Nieraz narzekamy na brak dobrego poziomu, ale także...