Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Corbatta w koszulce Albiceleste

Postawa Omara na ligowych boiskach sprawiła, że dość szybko dostał szansę debiutu w drużynie narodowej. Pierwszy raz w reprezentacji prowadzonej przez legendarnego Guillermo Stábile zagrał 28 lutego 1956 r. Argentyna bezbramkowo zremisowała wtedy z Peru na rozgrywanych w Meksyku igrzyskach panamerykańskich. Corbatta nie miał wówczas jeszcze skończonych 20 lat, ale Stábile dostrzegał w nim wielki potencjał i miał nadzieję, że stanie się ważnym elementem drużyny, która szykowała się do występu na mistrzostwach świata w Szwecji.

Omar zaliczał kolejne występy w narodowych barwach, zbierał bezcenne doświadczenie i nabierał coraz większej pewności siebie. Zanim jednak razem z kolegami udał się do Europy na szwedzki turniej, to w 1957 r. wzięli udział w rozgrywanych w Limie mistrzostwach kontynentu. To właśnie w Peru Corbatta po raz pierwszy pokazał swój niesamowity kunszt na arenie międzynarodowej.

Stábile już w czasie sparingów przed turniejem zdał sobie sprawę, że trafiła mu się wybitna generacja piłkarzy. Kilka lat później opowiadał w El Grafico, że ofensywni gracze rozumieli się tak, jakby grali ze sobą od zawsze. Ich siła tkwiła w połączeniu tradycyjnych zalet i nowoczesnego rytmu, a za plecami dodatkowo mieli doświadczony i skuteczny blok defensywny. W pierwszym meczu z Kolumbią w ataku zagrali Corbatta, Maschio, Angelillo, José Sanfilippo i Osvaldo Héctor Cruz. W 23. minucie było już 4:0, a ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 8:2.

Kolumbia nie była wówczas wymagającym rywalem i o prawdziwej klasie Albiceleste wszyscy mieli się przekonać w kolejnych meczach. Stábile przed meczem z Ekwadorem zamiast Sanfilippo desygnował do gry na Omara Sívoriego, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Razem z Maschio i Angelillo Sívori stworzył słynne Trio de la muerte, które strzelało gola za golem. Corbatta olśniewał na prawym skrzydle, a na lewym błyszczał Cruz. Grali porywająco i po prostu nie było na nich mocnych. Z Ekwadorem wygrali 3:0, a z Urugwajem 4:0. W kolejnym meczu 6:2 rozbili Chile i stało się jasne, że jeśli w kolejnym starciu pokonają Brazylię, to zdobędą tytuł.

Los Ángeles Carasucias, Corbatta, Maschio, Angelillo, Sívori i Cruz
Jeden z najlepszych ataków w historii reprezentacji Argentyny, czyli znakomici Los Ángeles Carasucias. Stoją od lewej: Corbatta (2 gole na turnieju w Limie), Maschio (9 goli), Angelillo (8 goli), Sívori (3 gole) i Cruz (2 gole);
źródło: Wikimedia Commons/El Gráfico Especial n° 11

Pierwsi na prowadzenie wyszli Argentyńczycy po golu Angelillo w 22. minucie. Ten wynik utrzymywał się przez większość spotkania. Brazylijczycy za wszelką cenę dążyli do wyrównania, ale ich starania szły na marne. W środku pola grą Argentyny świetnie kierował Rossi, Sívori kradł cenne sekundy na dryblingach, a Maschio czekał na okazję do kontry. Corbatta zaś niestrudzenie biegał, wytrącając z rytmu Didiego. Wreszcie w ostatnich dziesięciu minutach nadeszło przełamanie i po golach Maschio i Cruza Argentyna wygrała 3:0.

Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie narzucona przez trenera dyscyplina. Każdy dzień był dokładnie zaplanowany. Rano w hotelu wszyscy spotykali się na śniadaniu, a potem cała ekipa udawała się na trening. Zajęcia odbywały się 20 kilometrów za miastem, na terenach klubu El Revólver. Po zajęciach drużyna jadła lunch, a potem udawała się na krótki odpoczynek. Po południu Stábile organizował kolejne zajęcia i dopiero po nich wracali do hotelu, gdzie czekała już na nich kolacja, po której wszyscy grzecznie szli spać. Bardzo ważną częścią tamtej ekipy był Pedro Rodolfo Dellacha. Pełnił on funkcję kapitana i był prawą ręką trenera. Był też opiekunem młodych, wchodzących do reprezentacji piłkarzy i już na starcie poinformował Maschio i Angelillo, że mają spać w pokoju.

I miał rację. Bocha [przydomek Maschio – przyp. red.] strzelił dziewięć goli, a ja osiem. Ale to Corbatta w tym turnieju był niesamowity. Szedł do przodu, do tyłu, strzelał bramki. Dawało ci to możliwość lepszego ustawienia się, kiedy inicjował kolejne ataki. To było niezwykłe – wspominał Angelillo.

Po wygranej nad Brazylią Stábile w czwartek dał swoim podopiecznym wolne aż do sobotniego, kończącego turniej meczu z Peru. Praktyczni wszyscy ruszyli w miasto, czego efektem była porażka 1:2. Nie miała już ona wpływu na końcowy rezultat, ale generał Roberto Tomás Dalton, który pełnił w Limie funkcję ambasadora wściekł się i koniecznie chciał zorganizowania dodatkowego meczu. Nie mogło być przecież tak, że mistrzowska ekipa wyjedzie z Peru pokonana. Argentyńczycy pewnie wygrali 4:1, a całym swoim występem na peruwiańskiej imprezie napisali jeden z najbardziej romantycznych rozdziałów swojej piłkarskiej historii. I to wtedy zrodziło się określenie Anioły o Brudnych Twarzach.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…