Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Gwiezdny czas w Racingu

Cristina opuściła Omara w 1962 r. Piłkarz dość mocno to przeżył i mniej więcej od tego czasu zaczął się jego powolny upadek. Wcześniej jednak ciągle potrafił zadziwiać na boisku. Mimo że uzależnienie coraz bardziej go pochłaniało, to był jednym z liderów Racingu, który w 1961 r. sięgnął po kolejny tytuł mistrza kraju.

Po mistrzowskim sezonie w 1958 r., w kolejnym, gracze Racingu musieli się zadowolić drugą lokatą w lidze, gdzie uplasowali się za plecami San Lorenzo. Rok 1960 zakończyli tuż za podium, ale rozegrali kilka fantastycznych spotkań, które na stałe zapisały się w historii klubu. Potrafili rozbić 5:0 Atlantę czy 5:2 Newell’s Old Boys. Grali ofensywnie, ładnie dla oka i strzelali dużo bramek. Kibicom musiało się to podobać, choć dobra gra w ataku nie zawsze szła w parze z grą w obronie. 17 kwietnia ich przeciwnikiem była Gimnasia y Esgrima. Oba zespoły urządziły sobie ostre strzelanie i mecz zakończył się wynikiem 5:5. Najbardziej jednak z tamtego okresu wspominany jest październikowy pojedynek z Rosario Central na własnym boisku.

Po dwudziestu minutach prowadziliśmy 3:0. Chłopaki z Central prosili nas, żebyśmy trochę odpuścili. Ale nie dali rady. Corbatta grał bardziej z tyłu, w środku. Zrobiło się 4:1, potem 4:2, a zaraz 4:3. Ludzie chcieli nas pozabijać. I wtedy się zaczęło… W pewnym momencie dostaliśmy karnego, do którego podszedł Corbatta, bo wiedzieliśmy, że się nie mylił. „Kopnij w bramkarza, to wszystko” – mówiliśmy mu. Wtedy Corbatta powiedział bramkarzowi, gdzie uderzy piłkę. Ale posłał ją w inną stronę. Skopaliśmy ich – wspominał Pizzuti.

Sam Corbatta trzykrotnie wpisał się na listę strzelców, a cały mecz zakończył się wygraną Racingu 11:3. Wyrównali w ten sposób ligowy rekord bramek strzelonych w jednym spotkaniu.

Zagraliśmy wtedy okrutnie skutecznie. Jedynym, który nie strzelił tego dnia gola, był Belén. To był nasz najlepszy mecz – mówił Mansilla.

Największe gwiazdy Racingu w 1961 r.: Oreste Corbatta, Juan José Pizzuti, Pedro Mansilla, Rubén Sosa i Raúl Belén

Omar zakończył sezon z czternastoma golami na koncie, czym wyrównał swoje najlepsze osiągnięcie. Równie ważne jednak co strzelanie goli, było dla niego dogrywanie piłek kolegom. W mistrzowskim sezonie to po jego podaniach padała większość bramek. Sosa wspomniał, że dośrodkowania Corbatty były tak dokładne i wypieszczone, że wystarczyło tylko znaleźć się na drodze piłki. Zawodnicy rozumieli się praktycznie bez słów, co zresztą widać było na boisku. Skład ustalał Saúl Ongaro, ale Sosa twierdził, że trenerem tak naprawdę był już wówczas Pizzzuti. To on zresztą poprowadzi Racing do triumfu w Copa Libertadores w 1967 r. już oficjalnie w roli trenera. Corbatty jednak wtedy nie będzie już w klubie. Sam Pizzuti pytany o mistrzowski sezon w 1961 r. odpowiadał, że mając w drużynie takiego lidera, jakim był Corbatta, nie potrzebowali niczego więcej, a bramki strzelali z każdej pozycji.

Tytuł zapewnili sobie 12 listopada po wygranej 3:2 z San Lorezno. Corbatta dwukrotnie wpisał się na listę strzelców, wykorzystując dwa podyktowane rzuty karne. Potem zaczęło się świętowanie, które chyba nieco wymknęło się spod kontroli, bo w następnej kolejce aż 8:1 pokonała ich Gimnasia y Esgrima. Dla Racingu była to dopiero druga porażka w sezonie.

Corbatta z kolegami w trakcie rundy honorowej wokół boiska po zdobyciu mistrzostwa

W zdobyciu czternastego tytułu pomogła też bardzo dobra atmosfera panująca w zespole. Piłkarze trzymali się ze sobą nie tylko w szatni i na boisku, ale często spędzali wspólne wieczory. W każdą niedzielę po meczu cała drużyna zbierała się w hotelu Continental na uroczystej kolacji. Potem towarzystwo przenosiło się Caffe Tabac w dzielnicy Palermo, gdzie panowie raczyli się whisky. Corbatta najczęściej bawił się razem z Mansillą, Sosą i Pizzutim, ale bywało, że dołączały do nich inne osoby, jak choćby komik Jorge Porcel, czy wiceprezes Racingu Fernando Menéndez Behety. Ten drugi był wówczas właścicielem wielkich obszarów ziemskich w Patagonii i często zabierał piłkarzy na przejażdżki swoim czerwonym volvo.

To były czasy, kiedy piłkarze pili. Czymś normalnym było, że w poniedziałki, wtorki i środy centrum miasta było pełne zawodników – opowiadał po latach Pizzuti.

Nawet jeśli któryś z piłkarzy trochę przesadził z imprezowaniem, to dopóki wyniki przemawiały na ich korzyść, trudno było się do czegoś przyczepić. W tym samym okresie do grona przyjaciół Corbatty dołączył Horacio Rodríguez Larreta. Ten pochodzący z bogatej rodziny biznesmen bardzo polubił Omara i traktował go niemal jak brata. Piłkarz również czuł się dobrze w jego towarzystwie i wkrótce stał się częstym gościem w willi Larrety położonej w Castelar, na zachód od Buenos Aires. Po pewnym czasie zaczął tam nawet spędzać weekendy wolne od meczów. Larreta organizował wówczas miniturnieje piłkarskie, w których brało udział wiele osób z jego otoczenia, w tym również inni znani piłkarze.

W czasie jednej z takich imprez Corbatta poznał Carlosa Mugicę. Mugica był księdzem, którego wielką pasją była piłka nożna, a jego ukochaną drużyną był oczywiście Racing. Razem z Laretą mieli też rozmaite mniej lub bardziej bezpośrednie powiązania ze światem polityki. W latach 60. sytuacja polityczna była w Argentynie dość napięta i nie z każdym można było swobodnie rozmawiać. Jednak Corbatta nie musiał się tym martwić, bo walka o wpływy i polityczne gierki kompletnie go nie interesowały.

Najlepiej czuł się z piłką przy nodze, dlatego też chętnie skorzystał z propozycji księdza, który zaproponował mu wizytę w seminarium Villa Devoto. Mugica organizował tam mecze pomiędzy zespołami złożonymi z osób duchownych i piłkarzy, które zwykle odbywały się w czwartki. Oprócz Corbatty uczestniczyło też w nich paru innych zawodników Racingu, jak choćby Mansilla, któremu utkwiło w pamięci, że sam ksiądz też grał. Był lewoskrzydłowym i podobno naprawdę dobrze mu szło.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…