Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Szansa na nowe życie

Alkohol jest jednak podstępny i zwodniczy, co czyni z niego bardzo groźnego przeciwnika. W walce z nim nie ma miejsca na najmniejsze nawet chwile słabości. Corbatta, kiedy stwierdził, że jest już wyleczony, był przekonany, że wygrał ten pojedynek. Mylił się. Niedługo później przestał uczęszczać na spotkania AA, a wkrótce potem wrócił do pijaństwa i imprez ze znajomymi.

20 czerwca 1965 r. Boca Juniors rozgrywało spotkanie, w którym ich przeciwnikiem była Gimnasia y Esgrima. Pojedynek zakończył się remisem 1:1, a Corbatta wykorzystując karnego, wpisał się na listę strzelców. Jak się później okazało, był to jego ostatni mecz i ostatnie trafienie dla klubu. W połowie lipca do Argentyny przyleciał José Vicente Grecco. Miał on za sobą występy w Boca i Fiorentinie, a wówczas był trenerem kolumbijskiego Deportivo Independiente Medellín (DIM). Wykorzystując stare kontakty i znajomości, szukał kandydatów do gry w swoim zespole. Pedernera wspomniał mu o Carrizo, który zbliżał się do końca swojej wielkiej kariery, ale Grecco nie był przekonany. Kiedy jednak zaproponowano mu transfer Corbatty, to długo się nie zastanawiał. Transakcja była korzystna dla obu klubów. Boca pozbywało się piłkarza z problemami i niemałym kontraktem, dlatego też oddali go za darmo, a DIM zyskiwało gracza z dużym nazwiskiem, który ciągle miewał jeszcze przebłyski i mógł przyciągnąć na stadion nowych kibiców.

Liga kolumbijska nie była już tym, czym kilka lat wcześniej w osławionej epoce El Dorado, ale ciągle można było w niej nieźle zarobić. Corbatta, który narzekał, że nie pozwolono mu odejść z Racingu, kiedy do Europy wyjeżdżali Maschio i Angelillo, mógłby dzięki temu rozpocząć nowy rozdział w swojej karierze. Razem z Silvią mógł też w Kolumbii zacząć nowe życie i zostawić za sobą wszystko to, co złe.

Wiadomość o transferze Corbatty do DIM przyjęto w kolumbijskiej prasie z niedowierzaniem. Zastanawiano się, jak to się stało, że tak klasowy piłkarz trafił właśnie do Medellín. Miejscowi dziennikarze szukali drugiego dna i obawiali się, czy z zawodnikiem na pewno jest wszystko w porządku, czy może coś jest ukrywane. Głosy te nie umilkły nawet po debiucie Omara w nowym zespole, który był całkiem dobry.

Właścicielem DIM był wówczas Alfonso Arriola. Nie był co prawda milionerem, ale był ważną postacią w paru dużych biznesach w mieście, a jego rodzina należała do najbardziej wpływowych. Arriola przejął klub kilka lat wcześniej, wyciągając go z problemów finansowych. Ciągle jednak pozostawali w cieniu lokalnego rywala, jakim było Atlético Nacional. Ambicją włodarzy było stworzenie drużyny, która nie tylko utrze nosa sąsiadom, ale powalczy też w lidze. Corbatta miał być jednym z tych, którzy w tym pomogą i z jego przyjazdem wiązano spore nadzieje.

Kiedy mój tata przywiózł Corbattę, to mieliśmy wiele oczekiwań, ponieważ dużo o nim wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy o golu z Chile, który znalazł się w magazynie Life i o innych rzeczach,  o których czytaliśmy, takich jak mistrzostwa Ameryki Południowej w 1957 r. i mistrzostwa świata w Szwecji. Wtedy wydawało nam się to niewiarygodne – wspominał po latach Gabriel Arriola, który w 1965 r. miał 19 lat.

Corbatta dość szybko zaaklimatyzował się w nowej drużynie i widać było, że futbol nadal sprawia mu radość. Dzień zaczynał od półgodzinnego spacerku na trening. Na zajęciach czarował kolegów swoimi umiejętnościami i imponował skutecznością z jedenastu metrów. Często zakładał się z kolegami, który z nich więcej razy trafi w poprzeczkę, albo wymyślał coraz to nowe ćwiczenia, w których mógł popisać się swoją precyzją i celnością. W jednym z nich ustawił pod ścianą Eugenio Casaliego i kazał mu stać z rozłożonymi na boki rękami. Sam natomiast uderzał piłkę i posyłał w kierunku kolegi, ale robił to na tyle umiejętnie i precyzyjnie, że futbolówka ani razu nie dotknęła Casaliego.

Do zespołu dołączył w drugiej części sezonu, więc jego wpływ na grę drużyny był nieco ograniczony. DIM zakończyło rozgrywki w środku tabeli, a Corbatta pokazał, że nie przepił jeszcze całego talentu. W kolejnym sezonie posadę trenera objął Francisco Hormazábal. Ten chilijski szkoleniowiec wspominał, że pewnego dnia Omar do niego przyszedł i żalił się, że jego gra nie wygląda za dobrze. Mówił, że się stara, ale  nic mu już nie wychodzi i zastanawiał się nad zakończeniem kariery. Trener odparł mu, że przecież mimo wieku ciągle jeszcze może grać na wysokim poziomie. Zapewniał go, że jest świetnym graczem i cały czas ma duże umiejętności i piłkarską klasę. Postanowił, że Corbatta zostanie przesunięty ze skrzydła do środka i powoli bez pośpiechu będzie się uczył nowej pozycji.

Hormazábal był surowym, wymagającym trenerem, który wiedział, jak zaprowadzić w zespole dyscyplinę. Każdemu przydzielał odpowiednie zadania i oczekiwał ich realizacji w trakcie meczu. Corbatta oprócz rozgrywania i podawania musiał więc pamiętać też o grze w obronie, na którą uczulał go trener. Nie miał w tym zbyt dużego doświadczenia i potrzebował trochę czasu, żeby odnaleźć się w nowej roli. Braki nadrabiał ambicją i zaangażowaniem, ale praca wkrótce zaczęła przynosić efekty. W derbowym pojedynku z Atlético Nacional DIM prowadziło już 2:0, ale rywale bardzo mocno naciskali. Ich napór był tak duży, że Corbatta został przesunięty do obrony. Spisał się tam bez zarzutu i czyścił każdą piłkę, a po meczu prasa zachwycała się jego grą w defensywie. Równie dobrze zaczynał sobie radzić w roli rozgrywającego. W wygranym 6:0 meczu z Millonarios nie strzelił żadnej bramki, ale znakomicie obsługiwał kolegów i był prawdziwym motorem napędowym zespołu.

Corbatta jest motorem. Corbatta to ten, który rozprowadza. Corbatta jest kreatorem. Orestes Omar Corbatta to ten, który przybywa, który dostarcza, który przewiduje i organizuje. Jest jak „caudillo”, którego potrzebuje drużyna. Od Corbatty zaczyna się ofensywne zagrożenie DIM – pisano na łamach Deporte Gráfico.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…