Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Wicemistrzostwo

Dopóki wyniki na boisku były zadowalające, nikogo nie obchodziło, jak piłkarze spędzają wieczory. Nawet trener przymykał oko na wybryki swoich podopiecznych. Broniły ich też wyniki, bo stali się jednym z czołowych zespołów w kraju, a na własnym boisku byli praktycznie nie do pokonania. Efektowne zwycięstwa z Quindío (5:2), Millonarios (6:0), Pereirą (5:1), Tolimą (5:1) i Bucaramangą (7:1) musiały budzić uznanie, a piłkarze w oczach kibiców urośli do rangi bohaterów. Główną atrakcją, dla której przychodzili na stadion, była wspaniała gra Omara. Corbatta był głównym reżyserem gry i to po jego podaniach padało najwięcej bramek. Bardzo dobrze też wywiązywał się z powierzonych mu przez trenera zadań, czym bardzo u niego punktował.

Atmosfera w zespole nie zawsze była jednak idealna. Kolumbijczycy z zazdrością patrzyli na Argentyńczyków, którzy byli faworyzowani ze względu na narodowość. Ograniczenia w kontraktach dla krajowych zawodników i tendencja trenerów do stawiania na obcokrajowców tylko pogłębiały te podziały. Corbatta zarabiał trzy tysiące peso miesięcznie i mógł liczyć na roczną premię w wysokości 1,8 miliona peso, co wystarczało, żeby wieść spokojne życie z rodziną. Przeciętny Kolumbijczyk nie dostawał nawet połowy tych kwot.

Zawodnicy Atlético Nacional i Deportivo Independiente Medellín przed derbowym meczem w 1966 r. Stoją od lewej: Osvaldo Sierra, Dante Álvarez, Ricardo Ramaciotti, José Marín, Omar Corbatta, Perfecto Rodríguez, Héctor Molina, Oscar Romero, Rodolfo Ávila, Osvaldo Vega i Floreal Rodríguez.

Omar dobrze jednak dogadywał się z kolumbijskimi kolegami i pewnego razu stanowczo stanął w ich obronie. Kiedy pod koniec roku klub spóźniał się z wypłatą pieniędzy, piłkarze musieli ustawić się po pensję w kolejce. Kolumbijczycy siedzieli więc w klubowym budynku i czekali na swoją kolej. Jednak Maurico Arriola – jeden z synów Alfonsa i menedżer zespołu – przodem poprowadził najpierw Argentyńczyków. Kiedy zawołał Omara, żeby mu zapłacić, Corbatta ostro zaprotestował. Nie przebierając w słowach, powiedział, że najpierw ma zapłacić tym chłopakom, którzy tu czekają, a dopiero potem jemu i że nie powinno być żadnych przywilejów dla nikogo.

Jednym z najbardziej dramatycznych meczów, jakie DIM stoczyło w tamtym czasie, był pojedynek z Santa Fe. Klub z Bogoty był ich głównym rywalem w walce o mistrzostwo kraju. Corbatta z kolegami zaczęli znakomicie. W 38. minucie prowadzili już 3:0 i zapowiadało się na pogrom. Niestety bramkarz Ramón García doznał kontuzji w przypadkowym starciu i musiał opuścić boisko. Zastąpił go Argentyńczyk Oscar Fontán, który jednak zagrał fatalne spotkanie. Gospodarze zaczęli odrabiać straty, a Fontán przepuszczał strzały, które powinien z łatwością obronić. Ostatecznie skończyło się 4:4, a winą za wynik obarczono rezerwowego bramkarza, któremu zarzucano nawet, że celowo zagrał tak słabo, choć nikt nie dysponował żadnymi dowodami.

Spośród Argentyńczyków Corbatta najlepiej dogadywał się z Rodolfo Ávilą. I to właśnie razem z nim po zremisowanym w Bogocie meczu postanowili odwiedzić Julio Césara Lunę, który był argentyńskim aktorem i zdobywał coraz większą popularność w kolumbijskiej telewizji. Panowie oczywiście sobie trochę wypili, ale po paru drinkach Ávila wyzwał Lunę na pojedynek na gołe pięści. Być może sporo było w tym żartów, ale w pewnej chwili w obronie gospodarza stanęło dwóch jego znajomych. Corbatta zamroczony alkoholem niewiele rozumiał z całej tej sytuacji, ale przeraził się nie na żarty, kiedy usłyszał, że Ávilę chcą wyrzucić przez okno. Miał podobno dostać wówczas takiego ataku paniki, że wylądował w szpitalu. Luna po latach twierdził jednak, że nikt nikogo nie chciał wyrzucać, a poza tym byli wtedy na pierwszym piętrze. Zapewniał, że Omarowi nic się nie stało, a jego wizyta w szpitalu musiała być spowodowana jego odurzeniem alkoholem.

Był to kolejny z pozoru drobny incydent na coraz dłuższej liście występków Corbatty. Trener tolerował jego zachowanie, ale do czasu. Rok 1966 zakończyli na drugim miejscu w tabeli, a to oznaczało, że w kolejnym czekają ich występy w Copa Libertadores. Hormazábal chciał jak najlepiej przygotować zespół do rozgrywek, ale nie widział już w nim miejsca dla Omara. Poinformował Arriolę o swojej decyzji, a prezes znalazł się w trudnej sytuacji. Nie chciał wybierać pomiędzy piłkarzem, którego tu sprowadził, a trenerem, którego darzył szacunkiem.

Zwrócił się o pomoc do Leonardo Nieto, którego w mieście nazywano konsulem. Jego dwiema największymi pasjami była piłka nożna i tango. Każdy Argentyńczyk mógł w razie kłopotów liczyć na jego pomoc. Zaprosił całą trójkę wraz z żonami do siebie na obiad, co miało załagodzić spór. Hormazábal zjawił się pierwszy i już zaczynali jeść, gdy do drzwi zadzwonił Corbatta. Kiedy Omar dowiedział się, że trener też jest na obiedzie, chciał odejść, ale Nieto przekonał go, żeby został. Podczas posiłku obaj panowie nie rozmawiali o futbolu, ale jak później szli do salonu na kawę, to było już widać, że trener wybaczył zawodnikowi, a Corbatta puścił urazę w niepamięć. Szczęśliwy Arriola zapewnił jeszcze szkoleniowca, że jeśli Omar znowu podpadnie, to osobiście zajmie się jego zwolnieniem.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…