Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Powrót do domu

Rozgrywana w 1967 r. edycja Copa Libertadores była dopiero drugą, w której do udziału zostali dopuszczeni także wicemistrzowie krajów. Deportivo Independiente Medellín trafiło do dość silnej grupy. Oprócz mistrza Kolumbii, czyli Club Independiente Santa Fe, ich rywalami były ekipy z Boliwii – Club  Bolívar (mistrz) i 31 de Octubre La Paz (wicemistrz) oraz z Argentyny – River Plate (wicemistrz kraju i finalista sprzed roku) i Racing Club. Dla Corbatty mecze ze swoim byłym klubem były szczególnym przeżyciem.

Rywalizację zaczęli od wyjazdowej porażki 0:2 z Santa Fe. Pod koniec marca i na początku kwietnia do Medellín przyjechać miały obie argentyńskie ekipy. Pierwsze starcie zaplanowano 26 marca z Racingiem. Mistrz Argentyny był oczywiście zdecydowanym faworytem. Trenerem zespołu był wówczas Juan José Pizzuti, a jego podopieczni byli prawdziwą maszynką do wygrywania i swoją grą budzili podziw całego kontynentu. Corbatta miał mieszane uczucie przed starciem ze swoimi byłymi kolegami, ale miał nadzieję na dobry występ. Liczył też, że fani i koledzy z zespołu o nim nie zapomnieli i ciepło go przywitają. Nie przeliczył się, bo Pizzuti zaraz po przybyciu do Medellín pierwsze, co zrobił, to zapytał o Omara.

Sam mecz przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Goście mieli przewagę i dość spokojnie wygrali 2:0 po golach Humberto Maschio i Norberto Raffo. DIM przegrało, ale kolumbijska prasa zauważała, że Racing wcale tak nie dominował na boisku, jak prognozowano przed spotkaniem.

Ale… Czy to był Racing? To nie był ten Racing, o którym tak dużo się mówi. To był mistrz Argentyny? Tak. Tak wygląda „rewolucja” w futbolu w jego ojczyźnie. Wczorajsze spotkanie było niczym więcej niż potyczką – pisano dzień po meczu w El Colombiano.

Zespoły DIM i River Plate przed meczem w Medellín. Corbatta w dolnym rzędzie pierwszy od lewej

Dla Corbatty ten pojedynek był szczególny nie tylko z powodu spotkania z dawnymi kolegami. To w starciu z Racingiem nie wykorzystał jednego z kilku rzutów karnych w karierze, kiedy w końcówce meczu jego strzał obronił Agustín Cejas.

Bramkarz wyszedł do przodu, powiedziałem o tym sędziemu, ale mnie zignorował. Nie wiem, co się ze mną stało… Możliwe, że zjadły mnie nerwy. Uderzyłem tak samo, jak zawsze, mocno tuż przy słupku, ale Cejas wyszedł. Co za nieszczęście. Nie rozumiem. Jak to się stało? Jak nie strzeliłem karnego? – mówił po meczu dziennikarzom.

Dla Racingu wyprawa do Kolumbii była pełna wrażeń nie tylko sportowych. W drodze powrotnej niewiele brakowało, żeby samolot, którym lecieli z Medellín do Bogoty, się rozbił, ale szczęśliwie pilotowi udało się zapanować nad sytuacją i wyprostować maszynę. Dziesięć dni po wizycie Racingu z DIM mierzyło się River Plate. W tym starciu gospodarze również postawili dość twarde warunki i minimalnie przegrali z zeszłorocznymi finalistami 0:1 po bramce Oscara Mása. Piłkarze tymi występami wstydu raczej nie przynieśli i kibice mieli nadzieję, że równie dobrze zaprezentują się w meczach rewanżowych. Niestety w Argentynie gospodarze nie pozostawili złudzeń gościom z Kolumbii, kto lepiej opanował futbolowe rzemiosło. 18 kwietnia DIM przegrało z Racingiem 2:5, a dwa dni później ulegli River Plate 2:6.

Corbatta razem z Humberto Maschio przed meczem z Racingiem w Copa Libertadores

Dla Corabtty najważniejsze było jednak to, co wydarzyło się pomiędzy tymi spotkaniami. Po meczu z Racingiem trener Hormazábal pozwolił argentyńskim piłkarzom na opuszczenie hotelu, ale zaznaczył jednocześnie, że mają wrócić wieczorem w przeddzień meczu z River Plate. Wrócili wszyscy oprócz Corbatty. Omar w hotelu pojawił się dopiero następnego dnia. Nikt nie wiedział, co się z nim działo w tym czasie, ale jasne stało się, że Corbatta znowu dał się ponieść nocnemu życiu. Kiedy Arriola wszedł do jego pokoju, zastał piłkarza pijanego, a pod łóżkiem walały się jeszcze puste butelki po piwie. Prezes klubu spełnił obietnicę złożoną trenerowi i natychmiast odsunął Omara od zespołu. Wyrzucił go też z hotelu, w którym zatrzymała się drużyna, ale nie odesłał do Kolumbii, tylko zostawił na miejscu. Corbatta razem z żoną i dziećmi został w Buenos Aires i zatrzymał się w domu teściów.

W kolumbijskiej prasie zawrzało. Gazeta El Colombiano wytykała praktycznie całkowity brak dyscypliny w zespole. Zwracano też uwagę, że Corbatta nie był jedynym, który podpał w Buenos Aires. Również inni argentyńscy gracze raczyli się wtedy winem, a dodatkowo wielu z nich miało też słabość do palenia. Hormazábal miał rzekomo spoliczkować Corbattę, kiedy zobaczył, w jakim jest stanie, ale później temu zaprzeczał. Pojawiały się wewnętrzne spory w zespole. Kolumbijczycy skarżyli się, że Argentyńczycy cieszą się większymi przywilejami.

Sprawa nie ucichła po powrocie do kraju. W Boliwii DIM tylko zremisowało 1:1 z Bolívarem i wygrali 2:1 z 31 de Octubre. Na dodatek wyniki Santa Fe również nie powalały na kolana – trzy porażki i jeden remis. Magazyn Vea Deportes pisał o katastrofie kolumbijskiego futbolu. O niepowodzenia kolumbijskich klubów zaczęto oskarżać zagranicznych zawodników, którzy nie zawsze grali z pełnym zaangażowaniem i często zabierali miejsce młodym Kolumbijczykom. W DIM występowało wówczas więcej Argentyńczyków niż Kolumbijczyków. W prasie zaczęła się kampania na rzecz rodzimych zawodników, w którą wkrótce zaangażowały się też władze, czego efektem było wkrótce wprowadzenie limitu dla obcokrajowców. Od tej pory w zespole musiało występować przynajmniej siedmiu graczy z Kolumbii.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…