Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Lokalna gwiazda

Szukając nowego klubu, Corbatta pomyślał o zespole Argentinos del Norte. Kiedy pierwszy raz grał przeciwko tej drużynie, to rywale przez cały mecz go obrażali, kopali i popychali. Po każdym meczu spotykali się we własnym gronie, czasem też z rodzinami, żeby wspólnie się najeść i wypić drinka. Omar pewnego razu poszedł się z nimi spotkać. Wyszedł do niego jeden z zawodników Raúl Villar, który był przekonany, że Corbatta chce wyrównać stare rachunki. Jednak Omar powiedział mu, że się za nimi stęsknił i że są łajdakami, więc powinien grać razem z nimi. Villar zaprosił go do środka i razem z innymi piłkarzami do późna rozmawiali.

Argentinos del Norte było klubem biedniejszej części miasta. Trenowali na pustej parceli parę przecznic od obiektu Tiro Federal. Mieli tylko trzy małe reflektory do oświetlenia boiska, ale drugim, głównym źródłem światła było oświetlenie z terenu lokalnego rywala. Tak więc, kiedy Tiro Federal kończyło trening, to Argentinos del Norte też musiało, bo robiło się potem zbyt ciemno. Corbatta ciągle mieszkał w pensjonacie Coriny, ale nie zawsze wracał na noc. Często do późna grywał z kolegami w bilard, albo odwiedzał dom Oscara Corradiniego – jednego z największych piłkarzy z tego regionu.

Corbatta potrafił zasnąć na stole bilardowym przy bufecie. Mój zmarły ojciec codziennie dawał mu pieniądze na jedzenie i prosił, żeby nie myślał o piciu. Czasem się zastanawiam, czy traktowaliśmy go tak, jak na to zasługiwał. Był przecież legendą – mówił po latach wyraźnie poruszony Villar.

Ci, którzy pamiętają pobyt Corbatty w General Roca, zauważają, że był bardzo przyjacielski i otwarty. Każdy chciał choć trochę poprzebywać w jego towarzystwie, ale nie zawsze wychodziło to Omarowi na dobre. Rodolfo Meñica, który grał w zespole Italia Unida wspominał, że Corbatta często ich odwiedzał w przygotowanych przez klub pokojach, mimo że byli przecież boiskowymi rywalami. Godzinami potrafił wtedy rozmawiać o futbolu. Nie mówił o swoim życiu osobistym, małżeństwach, dzieciach czy przepuszczonych pieniądzach. Nigdy też nie komentował polityki, nie rozmawiał o muzyce czy kinie, nie oglądał telewizji ani radia. Od czasu do czasu mówił o kobietach albo dzielił się ogólnymi życiowymi refleksjami, ale jedyną rzeczą, o której mógł rozmawiać cały czas, była piłka nożna.

Kiedy pewnego razu rozmawialiśmy z zawodnikami Rangers de Talca, chilijskiej drużyny, która przyjechała na mecz towarzyski, Corbatta zaczął opowiadać o swoim golu przeciwko Chile w 1957 r., kiedy dryblował kolejnych rywali. Chłopaki patrzyli na niego, jakby był jakimś wariatem, który fantazjuje. Dopóki im go nie przedstawiłem. „To Oreste Omar Corbatta” – powiedziałem im. Nie mogli w to uwierzyć – wspominał z uśmiechem Meñica.

W lutym 1972 r. ze stanowiska trenera Tiro Federal ustąpił Jorge Miranda, a władze klubu postanowiły, że zastąpi go Raimundo Orsi, który parę miesięcy wcześniej świętował 70. urodziny. W 1928 r. był ważną częścią argentyńskiej reprezentacji na igrzyskach w Amsterdamie, a w 1934 r. razem z włoską drużyną narodową został mistrzem świata. Jako trener dużą wagę przywiązywał do dyscypliny, ale zgodził się na powrót Corbatty do zespołu. Kierownictwo Tiro miało nadzieję, że dwie postacie z tak bogatą przeszłością pomogą w odbudowie drużyny. Obaj panowie nie wytrzymali jednak ze sobą nawet miesiąca.

Życie Corbatty w General Roca był ciągłą walką z wolnym czasem. Z braku innych zajęć często wędrował od jednego baru do drugiego. Dobrze czuł się w biedniejszych częściach miasta, gdzie miał nawet mieć dziewczynę, która go odwiedzała. Znajomi wspominali też, że chodził po ulicach bardzo lekko ubrany, mimo że na dworze było zimno. Zadbali więc o niego i podarowali mu ciepłą kurtkę, w której przechodził całą zimę, a także inne części garderoby. Nie potrzebował też dużo, żeby się upić, bo bywało, że wystarczały mu dwie szklanki wina.

Jeden z jego znajomych Fernando Bertuzzi wspominał, że kiedy jedli posiłek w kantynie, to jeden z pracowników zapytał go, czy ten, który jest z nim, to ten sławny Corbatta. Kiedy Bertuzzi potwierdził, że to on, pewien mężczyzna zapytał, czy może do nich przyjść i się przywitać. Okazało się, że był on właścicielem lokalu i przyniósł ze sobą butelkę szampana. Po chwili inny mężczyzna, który siedział przy sąsiednim stoliku, postawił drugą butelkę i tego samego wieczora zaprosił Corbattę i jego znajomych do siebie na grilla. Z imprezy wrócili dopiero po trzech dniach.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…