Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Początek tułaczki

Po rozstaniu z Tiro Federal z Omarem skontaktował się Juan Agapito Torres. Był on prezesem klubu Colonia Confluencia i chciał, żeby Corbatta dołączył do zespołu. Jako emerytowany nauczyciel pracował w dziale sportowym gazety Sur Argentino i razem z żoną mieszkał na farmie w Neuquén, około 50 kilometrów na zachód od General Roca. Starsza małżeństwo na farmie uprawiało drzewa migdałowe, jabłonie i orzechy włoskie, a Omar miał mieć do dyspozycji mały pokoik i zapewnione wyżywienie.

Od wejścia trzeba było przejść około sześciuset metrów do domu, obok którego stał garaż, a za nim mały pokoik z dwoma łóżkami i łazienką. Mieszkałem tam z Corbattą przez pięć miesięcy – opowiadał Juan Carlos Vortisch, były zawodnik Colonia Confluencia.

Trenerem zespołu był znany w okolicy Ariste Omar Mendoza. Każdy z graczy oczywiście pracował, a futbol był dla nich tylko dodatkiem. Trenowali wieczorami trzy razy w tygodniu przy słabym świetle. W meczach Corbatta ograniczał się do dogrywania piłek partnerom z zespołu.

Héctor Zuñigą był najlepszym strzelcem w 1972 r., a ja zająłem drugie miejsce w klasyfikacji. To wszystko dzięki pomocy Corbatty, który zawsze wystawiał nam piłkę z przodu. Nie biegał, ale potrafił fenomenalnie dograć piłkę – wspominał Vortisch.

Mimo że mieszkali razem, to nie spędzali ze sobą zbyt wiele czasu. Vortisch, jako że pracował, musiał wstawać przed świtem, kiedy Corbatta jeszcze spał. W pracy spędzał cały dzień, więc widywali się głównie na treningach. Omar, który nie pracował, wstawał po południu, jadł przygotowany dla niego posiłek i wracał do pokoju. Jednak jeszcze przed zachodem słońca opuszczał farmę i szedł dwa kilometry do centrum miasta. Tam zwykle odwiedzał położoną przy Avenida Argentina cukiernię El Ciervo, gdzie zaprzyjaźnił się z Juanem Biondim, który był kierownikiem lokalu.

Był moim idolem. Kiedy przyjechał do Neuquén i pojawił się w cukierni, porozmawialiśmy i zaczął przychodzić prawie codziennie. Został na obiad, ale ponieważ nie miał peso, nie miał z czego zapłacić, więc zaprosiłem go do domu – opowiadał Biondi.

Corbatta szybko stał się atrakcją cukierni. Klienci coraz częściej zaczynali odwiedzać lokal, podchodzili do stolika, przy którym siedział Omar i robili sobie z nim zdjęcia, a piłkarz opowiadał o swoich największych wyczynach. Co wieczór podawano mu jakiś drobny posiłek, potem wypijał kilka kieliszków wina i czekał do czwartej nad ranem, kiedy Biondi zamykał lokal i odwoził go swoim fiatem 600 na farmę.

Biondi kibicował Independiente de Neuquén, który był jednym z najsilniejszych klubów w okolicy. Próbował namawiać Omara, żeby się tam przeniósł, a kiedy zbliżał się mecz pomiędzy Independiente a Colonią, powiedział koledze w żartach, że jeśli strzeli im bramkę, to nie ma po co do niego wracać. Colonia była zespołem, który dopiero trzeci sezon rywalizował w lokalnej lidze, a Independiente zmierzało po mistrzostwo. Wystarczyło tylko, że wygrają w pojedynku z Colonią. Piłka nożna to jednak sport, w którym ten malutki często potrafi pokonać tego wielkiego. I tak też było tym razem.

Mieliśmy rzut rożny i Corbatta poszedł go wykonać. Uderzył jak bogowie i strzelił gola olimpijskiego [tak w Ameryce Południowej określa się bezpośrednie trafienie z rzutu rożnego – przyp. red.]. Pokonaliśmy ich, a oni chcieli się pozabijać – mówił Vortisch.

Wieczorem następnego dnia Corbatta jak zwykle pojawił się przed cukiernią, ale nie wszedł do środka. Czekał po drugiej stronie ulicy i nie był pewny, czy może wejść, ale Biondi go zauważył i wyszedł go przywitać.

Śmiałem się do rozpuku i kiedy do niego podszedłem, to się wyściskaliśmy. „To było ciasteczko grubasku. Gdybym zagrał piłkę prosto w ręce bramkarza, to nawet by nie zauważył” – powiedział mi. Facet był naprawdę dobry – wspominał Biondi.

Corbatta był lokalną gwiazdą i mimo że w meczach na tym poziomie często trzeszczały kości, to on cieszył się specjalnymi względami. Grał z opuszczonymi getrami, bez ochraniaczy, ale nie obawiał się kontuzji, bo dla rywali gra z kimś takim, jak Corbatta była najwspanialszą rzeczą, jaka mogła ich spotkać w czasie przygody z piłką.

Obojętnie czy był akurat w El Ciervo, czy w jakimś innym lokalu, to zawsze znajdował kogoś, kto postawił mu drinka czy jedzenie. Przebywanie między ludźmi pozwalało mu choć na chwilę zapomnieć o jego osobistych problemach. Najbardziej przeżywał fakt, że nie ma kontaktu z dziećmi. Dopóki przebywał wśród znajomych, to o tym nie myślał, ale kiedy kładł się na łóżko na farmie Torresów, to wszystkie koszmary wracały ze zdwojoną siłą. Osamotniony coraz bardziej pogrążał się w swoim osobistym piekle, a cały świat rozpadał mu się na kawałki. To wszystko męczyło go tak bardzo, że coraz częściej kończył, wymiotując w łazience. Kiedy pracownik Torresa wchodził do pokoju, żeby posprzątać i posłać łóżko, już na wejściu ogarniały go mdłości. W końcu Torres stwierdził, że nie może dłużej trzymać go w klubie, co wiązało się też z koniecznością opuszczenia farmy.

Od tego czasu zaczęła się prawdziwa tułaczka Corbatty po małych lokalnych klubach. Po odejściu z Colonia Confluencia poznał Pedro Prospittiego, który miał za sobą występy w San Lorenzo i Independiente. Był uzależniony od hazardu i alkoholu i podobnie jak Corbatta uwielbiał nocne życie. Prospitti przenosił się akurat do rodzinnego miasta Allen położonego około 20 kilometrów od General Roca, gdzie miał grać w klubie Unión Progresista. Omar wybrał się tam razem z nim i występował w zespole przez półtora miesiąca. Polubili się z Prospittim i często razem się upijali, rozmawiając o piłce i życiu w Kolumbii, które obojgu z nich się podobało.

Nigdzie jednak Corbatta nie zabawił dłużej, niż przez parę miesięcy. Kiedy grał w Independiente w Río Colorado, musiał razem z kolegami dorabiać przy pracach murarskich. Z kolei, kiedy przebywał w Villa Regina, został zatrudniony w miejskim kabarecie, gdzie miał przyciągać klientów. Zbliżał się już do czterdziestki, więc wystarczyło, że ktoś zapewnił mu dach na głową i ciepły posiłek, a Omar był gotowy, żeby tam grać i tak mijały mu kolejne miesiące.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…