Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Powrót na stare śmieci

Niestety coraz bardziej się przy tym staczał, aż w końcu wylądował na ulicy. Na początku 1975 r. był już bezdomnym, ale szczęśliwie odnalazło go wówczas trzech pracowników plantacji owoców. Zabrali go do położonego 400 kilometrów na południe od Buenos Aires miasta Benito Juárez. Tam znalazł zatrudnienie w klubie Defensores de Mariano Moreno, który zapewnił mu też mały pokoik, w którym mieściło się tylko łóżko. Corbatta nie miał niczego, był bez pieniędzy i dokumentów, nie potrafił gotować, a jeśli nie chodził głodny, to tylko dzięki swojemu sąsiadowi, którym był Tulio Fauret pracujący wówczas w zarządzie klubu. Wkrótce potem zamieszkał razem z Tulio, który pomógł mu wyrobić nowe dokumenty i zameldował pod swoim adresem, gdzie mieszkał razem z bratem i ojcem. Z Tulio bardzo się zżył i kiedy opuszczał Benito Juárez, robił to z wielkim żalem.

W sierpniu 1976 r. pojawił się w magazynie El Gráfico razem z bramkarzem José Perico Pérezem, któremu strzelał karnego na boisku Racingu. To był jego pierwszy powrót do byłego klubu. Znowu mógł założyć biało-błękitną koszulkę i zobaczyć się z Titą Mattiusi, która była opiekowała się młodymi graczami, którzy mieszkali na stadionie. Spotkał się też z Pedro Dellachą, który był trenerem drużyny i z Juanem Carlosem Giménezem, który szkolił zespoły rezerw. Po wojskowym zamachu stanu w marcu 1976 r. wiele w Argentynie się zmieniło. Zmiany nie ominęły też Racingu. W wyniku zmian na kierowniczych stanowiskach w klubie pojawił się Horacio Rodríguez Larreta. Ten sam, który gościł Omara w swojej willi kilkanaście lat wcześniej. Po objęciu rządów w klubie w 1977 r. kiedy tylko dowiedział się, gdzie Corbatta przebywa, postanowił ściągnąć go do Racingu. Omar miał pomagać Giménezowi w pracy z rezerwami. Wrócił do klubu niemal po piętnastu latach i zamieszkał w pokoju bardzo podobnym do tego, który zajmował jako 19-latek.

Corbatta w swoim żywiole w czasie swojej świetności w wygranym 2:0 meczu z Independiente w 1956 r.

W 1979 r. stanowisko trenera w klubie objął Omar Sívori, dla którego Corbatta był bardzo bliską osobą. Uważał go nawet za najlepszego piłkarza znakomitej argentyńskiej reprezentacji z 1957 r. Sívori chciał wykorzystać niesamowitą precyzję strzałów Corbatty do szkolenia bramkarzy. W pierwszych dniach pracy Sívoriego w klubie faktycznie Corbattę widziano na boisku treningowym z bramkarzami. Niestety nie trwało to długo, bo bardzo szybko okazało się, że Omar, zamiast pomagać w szkoleniu, odsypiał swoje nocne wycieczki. Z kolei w porze popołudniowych zajęć, Corbatta wychodził już na miasto. Dzień zwykle zaczynał od szklaneczki wina, a potem kolejnej. Kiedy kładł się na łóżku w swoim pokoiku i patrzył na puste ściany, nie potrafił tego znieść i wolał wyjść. Najczęściej można go było spotkać w barze Paraguayo.

Miałem restaurację w Avellaneda, a naprzeciwko był bar. Ilekroć wyglądałem przez okno, widziałem Corbattę siedzącego i pijącego wino, aż zasnął. Potem prosiłem szwagra, żeby wsadził go do samochodu i odzwiózł go do Tity – wspominał były kolega z reprezentacji Walter Jiménez.

Zwykle przebywał wśród bliskich znajomych, których traktował jak rodzinę. Kiedy jakiś dziennikarz prosił go o chwilę rozmowy, towarzysze doradzali mu, że powinien brać pieniądze za wywiad, ale Corbatta w ogóle nie przywiązywał do nich wagi. Dzielił się tym, co miał, bo tak nauczyła go matka.

Pieniądze zostały stworzone, żeby przychodzić i odchodzić, a nie po to, żeby je mieć. Ze złotem czy bez złota umierasz tak samo. Na tamten świat nie możesz zabrać pieniędzy. Nauczyłem się tego sam, nie nauczyli mnie tego w szkole, bo chodziłem tylko do drugiej klasy. Wszyscy jesteśmy tacy sami, tacy sami na tym świecie, ale też bardzo równi na tamtym – mówił.

Cieszył się, że może mieszkać na stadionie i że tak wielu ludzi go rozpoznaje. Oprócz swoich towarzyszy z baru miał też bardzo dobry kontakt z młodymi chłopakami, którzy grali dla Racingu i tak, jak on, mieszkali na stadionie. To były jednak ciężkie czasy dla klubu i warunki mieszkaniowe nie były rewelacyjne.

Spał w dzień i wychodził w nocy, więc w ciągu tygodnia mieliśmy z nim niewielki kontakt. Widywaliśmy go zwłaszcza w weekendy. Miał złote serce. Był rewelacyjnym facetem w bardzo dobrym nastroju. Nie miał praktycznie niczego, ale tym, co miał, zawsze potrafił się dzielić. Był człowiekiem o bardzo dobrych uczuciach. Jeśli miałeś jakiś problem, to Loco zawsze był przy tobie, martwił się i doradzał – wspominał José Luis Clavero, który jako junior mieszkał tuż obok Corbatty.

Sam Corbatta też bardzo ciepło wypowiadał się o Clavero, który często się nim opiekował, kiedy był chory. Od czasu do czasu, kiedy widział juniorów trenujących na bocznym boisku, to podchodził do nich i udzielał wskazówek, jak powinni uderzać karne. Niestety ciągle pogrążał się w nałogu i żadne namowy ze strony znajomych nie były w stanie tego zmienić. Bywało, że po swoich nocnych wyjściach wracał w takim stanie, że nie potrafił dojść do swojego pokoju i zasypiał na stole do masażu w szatni gości, obok której miał swoje lokum.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…