Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Kłopoty zdrowotne

W latach osiemdziesiątych Corbatta coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Narzekał na bóle w prawej nodze, która mu puchła. Nie przestawał jednak pić, bo, jak sam mówił, wszędzie, gdzie się pojawiał, częstowano go alkoholem. Potrafił znikać na kilka dni, a kiedy wracał na stadion, mówił, że zatrzymał się u przyjaciela. Czasami nie było go trochę dłużej, a jego młodsi koledzy z klubu dowiadywali się potem, że trafił do szpitala.

Pewnego razu, kiedy Clavero wszedł do pokoju Omara, zobaczył go leżącego zakrwawionego na łóżku. Okazało się, że potrącił go samochód, więc szybko przewieziono go do szpitala. Wizyty w szpitalach wkrótce stały się coraz częstsze. W lutym 1983 r. został znaleziony przez przechodniów w ciężkim stanie, kiedy leżał na ulicy. Trafił do szpitala Fiorito, gdzie po przeprowadzonych badaniach okazało się, że oprócz marskości wątroby spowodowanej alkoholizmem miał też muszycę. Jest to infekcja wywoływana przez larwy muchówek żywiące się tkanką gospodarza. Zdołał wyzdrowieć, ale rok później po raz kolejny trafił do szpitala. Ciągle sprawiała mu problemy jego prawa noga, która wiele razy była atakowana przez wrzody. Po kolejnej wizycie na szpitalnym oddziale w 1988 r. żartował nawet, że zastanawia się nad zakupem szpitalnego łóżka. To wtedy dowiedział się o zwycięstwie Racingu w Supercopa Sudamericana, co bardzo go ucieszyło. Wyglądał jednak coraz słabiej i wydawało się, że coraz mniej jest w nim chęci do życia.

Rzadko widywałem kogoś tak opuszczonego. Chciałem z nim porozmawiać, ale znalazłem człowieka pustego, bez sił, bardzo brudnego i bez chęci do życia – mówił gazecie Crónica jeden z pracowników szpitala.

W końcu zaopiekowały się nim jego siostry, które postanowiły ściągnąć go do La Plata. Przez kilka miesięcy mieszkał na przemian u jednej i u drugiej, do czego zmusiły go niemal siłą. Stan jego zdrowia był jednak coraz gorszy i pod koniec 1991 r. trafił do polikliniki San Martín. Tam miał czekać na operację, która miała przedłużyć mu życie, ale wyniszczony organizm w końcu się poddał.

Corbatta zmarł w czwartek 5 grudnia 1991 r. o godzinie 7:30. Po jego śmierci pojawiły się pogłoski, że miał mieć amputowaną prawą nogę, ale to nieprawda. Noga faktycznie była w kiepskim stanie i wdało się zakażenie, ale wyniszczał go też rak gardła, spowodowany przez wiele lat palenia tytoniu i nadużywania alkoholu. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci wskazano nieurazowe zatrzymanie krążenia i oddechu.

Nazajutrz prasa pisała o nim jako o architekcie piłki nożnejniezrównanym magiku. Wielu fanów chciało go pożegnać, a Racing zaoferował udostępnienie swoich obiektów do ceremonii pogrzebowej. Rodzina wybrała jednak kameralny pogrzeb. Pochowany został w piątek na cmentarzu w La Plata w najtańszej trumnie. Gazeta Crónica zwracała uwagę, że w jego ostatniej drodze towarzyszyło mu tylko dziewięć osób. Nie było nikogo z klubów, w których grał, żadnego przedstawiciela federacji i co grosza zabrakło też jego kolegów z boiska. Jedyną osobą spoza rodziny był Pedro Prospitti.

Corbatta nikogo nie obwiniał za swoje problemy. Tylko kilka razy odnosił się do swoich nieudanych małżeństw, ale przez lata utarło się, że stał się ofiarą chcących go wykorzystać ludzi. Jednak na każdym etapie swojego życia spotykał osoby, które chciały dla niego dobrze. Jego druga żona usilnie próbowała wyrwać go ze szpon nałogu, Sívori chciał mu dać zajęcie, żeby znowu czuł się ważny, wiele osób próbowało przemówić mu do rozsądku, wielu też chciało, żeby nauczył się pisać. To alkohol go zrujnował, wielu też korzystało z jego hojności. Żaden z klubów nie potrafił wymóc na nim odpowiedniej dyscypliny i to już od najmłodszych lat.

Corbatta w czasach swojej największej świetności, kiedy grał na prawym skrzydle, ciągle uciekał przed rywalami. Jego życie poza boiskiem to też ciągła ucieczka. Uciekał z La Plata, uciekał z Avellaneda, uciekał z Dock Sud, uciekał z Buenos Aires, uciekał z Kolumbii. Kiedy tylko mógł, to uciekał jak najdalej od swoich problemów. Problemy jednak, zamiast znikać, mnożyły się. Nigdzie nie znalazłem informacji o podejmowanych próbach leczenia. Być może gdyby zdecydował się na leczenie w ośrodku zamkniętym, mając silne oparcie w rodzinie, to udałoby mu się wyjść na prostą.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…