Oreste Osmar Corbatta – szalony czarodziej dryblingu, który przegrał z alkoholem

Życie w Avellaneda

Kiedy przychodził do Racingu nie miał ze sobą nawet walizki. Jedynym, co do niego należało, było ubranie, które miał na sobie. Nic więcej. Zamieszkał w skromnych pokojach, które klub przygotował pod trybunami stadionu dla młodych adeptów futbolu. Chłopcy mieli tam całkiem niezłe warunki. Do ich dyspozycji oddano specjalne pomieszczenie do rozmów telefonicznych, pokój do relaksu, a nawet basen. Dobrze wyposażona była też kuchnia. Panowała dość swobodna, luźna atmosfera i nieraz się zdarzało, że poduszki i buty latały z jednego pokoju do drugiego. Wygłupy cichły dopiero, kiedy słychać było głos opiekana ośrodka, którym był mężczyzna o nazwisku Ochoa. Był on bratem Pedro, który przez całą karierę związany był  Racingiem i jest jedną z legend klubu.

Po roku swojego pobytu w Racingu Corbatta podpisał pierwszy w życiu zawodowy kontrakt. Nadal jednak mieszkał na stadionie. Pewnego popołudnia dwójka innych młodych zawodników Carlos Cantera i Ceferino Almendra weszła do jego pokoju, a ich oczom ukazał się niecodzienny widok. Od progu drzwi zobaczyli złożoną z banknotów o nominale stu peso ścieżkę, która prowadziła do łóżka, na którym zwykle spał Corbatta. Omar leżał rozmarzony z przymkniętymi oczami, paląc papierosa, a kiedy zobaczył kolegów powiedział im: zapłacili mi, chłopcy.

Nie był przyzwyczajony do wydawania pieniędzy, bo nigdy wcześniej ich nie miał. Chcąc się nimi nacieszyć, wydawał je w różnych miejscach i nie przywiązywał do nich wielkiej wagi. Kiedy odbierał pensję, to zawsze potem musiał iść na zakupy w najlepszych sklepach w mieście. Jego ulubionym sklepem była Casa Noris, gdzie kupował koszule, spodnie i kurtki. Nigdy tych rzeczy nie prał, a po paru dniach rozdawał innym. Raz skusił się nawet na okrycie z wielbłądziej skóry, ale nigdy nawet go nie założył.

Spośród mieszkających w pokojach pod stadionem zawodników Corbatta najszybciej się uniezależnił. Lubił chodzić własnymi ścieżkami. Wychodził i wracał, o której chciał, nierzadko nad ranem. Zdarzało się też, że w ogóle nie wracał, ale wtedy najczęściej spał w domu swojego kolegi z zespołu Antonio Angelillo. Rodzina Antonio bardzo polubiła Corbattę i jeśli akurat w jakiś dzień nie mógł u nich zostać, to zawsze zapraszali go przynajmniej na posiłek.

Corbatta był zawsze sam, a moja mama bardzo go kochała. Dlatego, że był bardzo dobrym facetem, bardzo spokojnym. Ponieważ nie miał z kim przebywać, często przychodził do mojego domu – wspominał po latach Angelillo.

Często, kiedy wracał do ośrodka i już świtało, miał ze sobą paczkę ciasteczek z ciasta francuskiego kupionych w cukierni Confitería del Molino w centrum Buenos Aires. Budził wtedy kolegów i częstując ich słodkościami zapewniał, że są prosto z piekarnika.

Trzeba było wstać i je zjeść, nie można było go ignorować, bo nalegał tak długo, aż wstałaś – mówił Cantera.

Nocne życie nie zawsze jednak miało smak ciasteczek, ale coraz częściej również wina. Zdarzało się, że Corbatta wracał rano dość mocno wstawiony, a za parę godzin zaczynał się trening. Wtedy do akcji wkraczał Ochoa, który stawiał Omara na nogi. Wrzucał piłkarza pod prysznic, a sam w tym czasie przygotowywał mu kawę, do której dodawał popiołu z węgla drzewnego, co miało złagodzić skutki kaca. Alkohol w życiu zawodowych graczy nie był wówczas niczym nie zwykłym. Nikogo nie dziwił widok piłkarzy z kieliszkiem wina w jednej i papierosem w drugiej ręce. Poza tym Corbatta był młody i nawet jeśli odczuwał skutki nocnych wyjść, to jego organizm potrafił się szybko regenerować.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…