Harlekin Globetrotters, czyli ósmoligowy sen o potędze

Czas czytania: 5 m.
4.8
(4)

Gdyby Peter Eiba – swego czasu potentat w branży hazardowej – miał więcej cierpliwości to kto wie, czy dzisiaj wściekłość niemieckich kibiców skupiałaby się nie na Hoffenheim, czy Lipsku a na augsburskim BC Harlekin. W późnych latach 80. wpadł na pomysł, by poprowadzić nowo powstały twór z ósmej ligi aż na bundesligowe boiska, nie szczędząc na to środków i ściągając znane nazwiska.

Marzenie o wielkim futbolu

Peter Eiba w połowie lat 80. był w trakcie otwierania kolejnych salonów gier w Szwabii. W samym Augsburgu miał ich już pięć. Oprócz smykałki do biznesu był wielkim entuzjastą futbolu. W 1985 roku przejął licencję od amatorskiego Forest Haunstetten i postanowił stworzyć coś, czego niemiecki futbol jeszcze do tej pory nie widział. Powstał BC Harlekin – od nazwy jego firmy Harlekin Sportwerbe GmbH.

Dwa lata później Eiba w sklepie obuwniczym przypadkowo spotkał Armina Veha, który był już jedną nogą na emeryturze. Szybko przekonał go do swojej wizji i mianował menedżerem. Biorąc pod uwagę możliwości finansowe Eiby i jego ambicje, błyskawicznie nazwano klub kreisklasowym Bayernem. Żeby ominąć ewentualne problemy z fiskusem, Eiba zatrudnił Veha w swojej firmie i dał mu służbowe porsche. Ledwo co Armin Veh zaczął pracę a Eiba wysłał go w podróż służbową do Brazylii.

Korzystając z kontaktów Helmuta Hallera, ustawił spotkanie z samym Pele. Biznesmen koniecznie chciał przekonać Brazylijczyka, by ten zagrał w jego drużynie podczas halowych mistrzostw miasta. Dla Eiby nie było to wcale absurdalne – wszak rok wcześniej ściągnął w ten sposób Bernda Foerstera – wicemistrza świata z 1982 roku. Veh musiał przytargać ze sobą wielki zegar z kukułką, który miał być prezentem dla Pele. Trzykrotny mistrz świata z menedżerem BCH się spotkał, prezent przyjął, ale grzecznie odmówił.

Nowa siła w Augsburgu

Gdziekolwiek Harlekin grał na wyjeździe, przyciągał całe wioski. Wszyscy chcieli zobaczyć celebrytów. Eiba prorokował:

– Mam teraz 40 lat. W moje 50. urodziny pokonamy HSV 2-0 w pierwszym meczu Bundesligi u siebie.

Wtórowało mu w tym zresztą „Sueddeutsche Zeitung” odnotowując powstanie ciekawostki:

– Być może hitem Bundesligi w sezonie 1994/95 będzie mecz Bayernu Monachium z BC Harlekin.

Na razie jednak trzeba było wydostać się z ósmej ligi. Peter Eiba miał jednak jasny plan. Jego piłkarze mieli grać po prostu „dobry futbol”. Szukał jednak zawodowców, którzy mogliby w tym pomóc. Pieniądze nie stanowiły problemu. Eiba zarabiał krocie na swoich salonach. Elektromechanik z zawodu posiadał wiele patentów na urządzenia hazardowe.

Już w pierwszym sezonie zespół został spektakularnie wzmocniony. Gerd Zimmermann, mistrz Niemiec i dwukrotny zdobywca Pucharu Niemiec, który pracował również jako gospodarz nowiutkiej klubowej restauracji. Engelbert Buschmann, napastnik z drugoligowego Unionu Solingen czy chociażby dwie legendy Eintrachtu Braunschweig – Reinhard Kindermann i Manfred Tripbacher. Podpisanie kontraktów przez piłkarzy z Bundesligi w klubie z najniższej ligi było w Niemczech absolutną nowością. Ale Eiba doskonale wiedział, jak ich przyciągnąć. Buschmann został dodatkowo zatrudniony jako operator automatów do gry i zarabiał ponad trzy tysiące marek na rękę miesięcznie. W Solingen dostawał ledwo 1700. Kindermann i Tripbacher na finanse również nie narzekali. Dzięki nim zainwestowali w budowlankę.

Na korzyść Eiby działał też fakt, że obaj wracali do domu – wszak pochodzili z Augsburga. Właściciel klubu wiedział też jak przymilić się lokalnej społeczności. Dyrektorem technicznym został Helmut Haller – najlepszy piłkarz, jakiego kiedykolwiek wypuścił Augsburg i wicemistrz świata z 1966 roku. W zamian za to BCH reklamował na swoich koszulkach jego damski butik. Zespół trzy razy w tygodniu trenował Albert Zettler, który grał swego czasu w drugiej lidze. BC Harlekin nie miał własnego boiska i sekcji młodzieżowej, ale w przeciwieństwie do wielu profesjonalnych klubów miał menedżera, masażystę i lekarza na pełnych etatach. Infrastruktura miała być budowana stopniowo. Haller na pierwszej konferencji prasowej powiedział:

– BCH to nowa siła w Augsburgu.

W mieście znowu coś się dzieje

Harlekin z jednej strony był projektem, z którym Eiba wiązał bardzo duże nadzieje, ale z drugiej był pstryczkiem w nos dla władz FC Augsburg. Już wcześniej potentat angażował się w sponsoring na rzecz FCA, ale w klubie, mimo iż pieniądze przyjmowali chętnie, to bali się jego rosnących wpływów i negatywnego wizerunku branży hazardowej.

Eiba chciał być promotorem sportu, dlatego aż kipiał pomysłami marketingowymi. Naśladował zresztą słynnego Guentera Masta z Eintrachtu Braunschweig, który jako pierwszy w Bundeslidze umieścił reklamę na koszulkach. Szef Jaegermeistera chciał zresztą swego czasu zmienić Eintracht w SV Jaegermeister, ale prawnicy DFB odrzucili absurdalny wniosek.

Z Harlekinem Eiba problemów nie miał. W rejestrze handlowym widniał on, ale nie sama marka „Harlekin”. Na konferencjach prasowych podawał szampana. Produkował artykuły dla kibiców: popielniczki, zapalniczki, kieliszki, kufle do piwa czy naklejki samochodowe – wszystko z logiem firmy. Niedługo później pojawiły się nawet karty z autografami piłkarzy – wszystko to w ósmej lidze.

Pewnego razu przechadzając się po Disneylandzie, natknął się na pięciometrową gadającą lalkę. Natychmiast po powrocie do Augsburga zatrudnił człowieka, który miał stworzyć podobnych rozmiarów arlekina. Miasto zalało logo Harlekina. Przez Augsburg jeździły ciężarówki i tramwaje z głośnikami i reklamami. Nawet przed seansami w kinach leciały reklamy. Prowadził własną audycję w radiu i gazetę. W czasie przerwy obiadowej piłkarze stali pod szkołami a wieczorami pod szpitalami. Któregoś dnia o szóstej rano cały zespół czekał pod bramą fabryki MAN by promować kolejny domowy mecz.

Kampania działała. Kibice zaczęli tłumnie chodzić, a na spotkaniach rzadko pojawiało się mniej niż 600 osób. Przeciwko niektórym rywalom zainteresowanie było tak duże, że czasami wprowadzano opłatę w wysokości trzech marek. Ludzie byli szczęśliwi, że znowu coś się dzieje. Na mecze wyjazdowe Eiba kupił kibicom specjalny autobus i zawsze dbał o darmowy zapas piwa. Zespół był za mocny na ligę. Rundę jesienną skończył bez straty punktu i z bilansem bramkowym 86:9. Wyzwań szukał w Pucharze Niemiec. Na mecz z FC Haunstetten, grającym dwie ligi wyżej Eiba wynajął największą ciężarówkę z piwem, jaka istniała i która do tej pory była używana wyłącznie podczas monachijskiego Oktoberfestu. Przed meczem grała orkiestra dęta, a po końcowym gwizdku odpalono fajerwerki. Sam Harlekin wygrał wówczas 9-1.

Za maską arlekina

Jakby dotychczasowej reklamy i PR-u posuniętego do granic możliwości było mało to Peter Eiba poszedł o krok dalej. Pucharowy mecz w poniedziałek wielkanocny z TSV Koenigsbrunn okazał się wydarzeniem sezonu, o którym mówiono we wszystkich niemieckich mediach. Eiba przedstawił kibicom najświeższy nabytek – Francisco Marinho. Była zakurzona gwiazda reprezentacji Brazylii, która grała na mistrzostwach świata w 1974 roku ze swoimi długimi blond włosami, wyglądała tak, jak kilkanaście lat wcześniej, gdy chciało go koniecznie sprowadzić Schalke. Przynajmniej z zewnątrz, bo fizycznie nie nadawał się już do poważnej gry. Piłkarz miał problemy z alkoholem i narkotykami.

Pierwszy występ Brazylijczyka przyciągnął na stadion ponad dwa tysiące kibiców, a sam mecz zaczął się z blisko godzinnym opóźnieniem z powodu napierającego tłumu. Wprawdzie Marinho w Augsburgu spędził tylko kilka miesięcy, ale Eiba zyskał rozgłos, na jakim mu zależało. Największe niemieckie dzienniki prześcigały się w nagłówkach. „Die Welt” pisał o najbardziej szalonym klubie piłkarskim w Niemczech, a „FAZ” pisał o fanatyku futbolu z Augsburga, skrytym za maską arlekina. Eiba chciał kuć żelazo, póki gorące i wybrał się na wycieczkę na Jamajkę, by ściągnąć stamtąd piłkarza reprezentacji, ale jednak się nie udało. Milioner przeżywał najlepszy czas w swoim życiu. Po zwycięstwach lokalna dyskoteka zapraszała całą drużynę i gościła piłkarzy jak królów. To tam świętował swoje 35. urodziny Marinho, na których podano kilkumetrowy tort.

Z kwiatka na kwiatek

Euforia i dziecięca stadionowa radość po kolejnych bramkach mogła dla Eiby trwać wiecznie, ale Armin Veh przekonał go, by pójść na skróty i już po roku przenieść się do grającego wówczas w szóstej lidze TSV Schwaben. Stamtąd droga do upragnionej Bundesligi miała być o wiele szybsza. Wraz z menedżerem i ekscentrycznym właścicielem do nowego klubu przeszła połowa drużyny. Jednocześnie Eiba próbował jeszcze sponsoringu w siatkarskich i koszykarskich drużynach, ale bez sukcesów.

W Schwaben historia również nie potrwała zbyt długo, chociaż klub zdołał awansować do piątej ligi. Eiba koniec końców był ponownie skazany na największy FC Augsburg. Augsburg, który końcem lat 80. tonął w długach, a jego istnienie było poważnie zagrożone. Milioner stał się tam nie tylko sponsorem, ale i menedżerem. Jedną z jego pierwszych decyzji było ponowne sprowadzenie Helmuta Hallera i powierzenie mu posady trenera. Na pierwszy mecz przybyły tłumy – ze względu na Hallera i na cel jakim bezapelacyjnie był awans.

W mieście znowu się coś działo. Na 50-te urodziny Hallera Eiba zorganizował towarzyski mecz z brazylijskim Fluminense i wielki pokaz fajerwerków. Podczas imprezy z jednego z pudełek z prezentami wyskoczył legendarny Charly Doerfel – towarzysz Hallera z boiska. Ale Eiba był niecierpliwy – zatrudniał w roli trenerów byłych zawodowców jak na przykład Jimmy’ego Hartwiga, który kwalifikacji do takiej pracy nie miał żadnych poza znanym nazwiskiem. Wszak, robienie zamieszanie było specjalnością Eiby. A do tego bardziej nadawał się człowiek orkiestra Hartwig niż dystyngowany i darzony wielka estymą Haller.

Misja w Augsburgu zakończyła się fiaskiem – zajął dopiero trzecie miejsce w lidze. Jedno trzeba Eibie jednak oddać – gdy w 1991 roku Eiba opuścił FCA na dobre, klub był wolny od zobowiązań, a perspektywy już dawno nie były tak obiecujące. Armin Veh pozostał tam jeszcze przez następne pięć lat i tam rozpoczął swoją bogatą trenerską karierę. Ostatecznie okazał się jedynym przedstawicielem Harlekina, który faktycznie dostał się później do Bundesligi.

Jak bardzo podobał Ci się ten artykuł?

Średnia ocena 4.8 / 5. Licznik głosów 4

Nikt jeszcze nie ocenił tego artykułu. Bądź pierwszy!

Cieszymy się, że tekst Ci się spodobał

Sprawdź nasze social media - znajdziesz tam codzienną dawkę ciekawostek.

Przykro nam, że ten tekst Ci się nie spodobał

Chcemy, aby nasze teksty były możliwie najlepsze.

Napisz, co moglibyśmy poprawić.

spot_img
Maciej Iwanow
Maciej Iwanow
Od ponad ćwierć wieku na dobre i na złe z Hannoverem 96. Motto życiowe? "Kto kibicuje H96, ten w cyrku się nie śmieje". Absolwent historii z nienaturalnym wręcz zamiłowaniem do anegdot. Niestrudzony obrońca dobrego imienia średniowiecza. Pamięta jakiego koloru miał skarpetki Sepp Herberger w finale MŚ '54, ale nie pamięta co jadł wczoraj na obiad.

Więcej tego autora

Najnowsze

„Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki” – recenzja

Co dzieli Polaków? Polityka, opinia o Robercie Lewandowskim, sprawy społeczne i tak dalej. Można wymieniać długo. Na pewno temat relacji polsko-niemieckich to poletko zainteresować...

Al-Saadi Kaddafi – zapomniane dziecko Dżamahriji

Al-Saadi Kaddafi miał marzenie, żeby zostać piłkarzem. Wykorzystując swoją pozycję zrobił wszystko, żeby zaistnieć w świecie futbolu.

Thierry Henry – kula w armacie

Przypominamy karierę jednego z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych napastników początku XXI w.