Katalońska czy hiszpańska? Krótko o znaczeniu Barcelony w regionie

Kto ignoruje historię, nie ma przeszłości – ani przyszłości

To znane powiedzenie amerykańskiego pisarza Roberta A. Henleina idealnie wpisuje się w podejście włodarzy FC Barcelony do historii. Pewnie moglibyście uznać, że przytaczanie kwestii historii i budowanie wokół niej podwalin tożsamości jest trywialnym przykładem, ale w przypadku Blaugrany nie da się od tego uciec.

I choć klubem, który upolityczniony został jako pierwszy, uznaje się największego rywala Barcelony – madrycki Real, to Katalończycy również od tego nie uciekli. Powiązanie rosnącego nacjonalizmu w regionie z powstaniem FC Barcelony, odnosiły się bezpośrednio do głębokich relacji, jakie klub wiążą z głównymi siłami politycznymi w Katalonii.

Przykłady tych powiązań możemy znaleźć już na początku XX wieku. W przypadku Barcelony przykładem zwiększającej się roli Blaugrany w życiu polityczno-społecznym były, chociażby jego bliskie powiązania z Autonomicznym Centrum Handlarzy i Przemysłowców (CADCI).

W siedzibie tego stowarzyszenia odbywały się walne zgromadzenia członków klubu, a niektórzy członkowie CADCI byli również pracownikami klubu w późniejszych latach. Z kolei jeszcze wcześniej, bo w 1916 roku, prezesem klubu został Gaspar Roses y Arus, który w późniejszych latach był deputowanym do katalońskiego parlamentu, reprezentując Lliga Regionalista.

W latach 20. XX wieku doszło do kilku wydarzeń, które zaczęły pozycjonować klub jako miejsce, gdzie poglądy mogą być wyrażane w sposób trochę bardziej liberalny. Legendarny „mecz drobniaków” z Espanyolem, spotkania ku czci kojarzonego z nacjonalizmem chóru Orfeo Catala czy też zawieszenie klubu na sześć miesięcy za wygwizdanie hiszpańskiego hymnu w trakcie meczu z udziałem klubu stanowiły jedynie kilka przykładów działalności, która nie szła w parze z centralistyczną polityką Madrytu.

Co więcej, na 25-lecie klubu w 1924 roku, przewodniczący partii politycznej Lliga Regionalista wypowiadał się w następujący sposób:

“Barca była często nie tylko sportowym, lecz także patriotycznym reprezentantem Katalonii. Nie dlatego, że działała, politycznie, ale po prostu dlatego, że w sporcie, jak we wszystkich innych dziedzinach, niemożliwe jest stworzenie silnej, trwałej i reprezentatywnej organizacji, której nie cechowałby żywy duch naszej ziemi”.

Z biegiem czasu działalność ta ulegała intensyfikacji, głównie za sprawą charyzmatycznych prezydentów klubu. W trakcie blisko 100 lat od wydarzeń opisanych w dokumencie „Dwie Katalonie” szczególnie dwóch prezydentów zapisało się na kartach historii jako ci, którzy mocno wiązali klub z niepodległościowymi dążeniami regionu. Josep Sunol i Narcis de Carreras to postacie, których historię zna każdy szanujący się cules.

Pierwszy był prezydentem klubu w latach 1935-1936 i założycielem czasopisma „La Rambla”. Był też uznawany za jeden z ówczesnych symboli walki regionu o niepodległość. W momencie wybuchu wojny domowej w Hiszpanii nie wahał się ani chwili, po której stronie stanąć i jawnie poparł stronę republikańską, starając się wesprzeć ją finansowo.

W trakcie jednej z podróży do La Coruni, gdzie miał przekazać wsparcie finansowe dla wojsk republikańskich, został złapany przez żołnierzy gen. Franco i rozstrzelany. Legendy całej sytuacji dodaje fakt, że ostatnimi słowami, jakie miał wypowiedzieć Sunol tuż przed rozstrzelaniem były: „Viva La Republica!”.

Narcis de Carreras sprawował rządy w klubie w latach 60., mając błogosławieństwo samego Jordiego Puyola – wielkiej postaci katalońskiej walki o niepodległość. Odpowiadał on w znacznym stopniu za odrodzenie nastrojów niepodległościowych wśród ówczesnych kibiców Barcelony. W jednym z wywiadów dla gazety “La Vanguardia” wypowiedział zdanie stanowiącą jawną aluzję dot. katalońskiej tożsamości:

“Barcelona jest czymś więcej niż klubem piłkarskim, to duch, który zakorzeniony jest głęboko w nas, to barwy, które kochamy ponad wszystko”.

Stawianie takich tez w wywiadach w tamtym okresie stało się już łatwiejsze. Zbiegło się to w czasie z pewną odwilżą, która nastała po trudnych latach 50. i rządach generał Franco, który wszelkiego rodzaju ruchy separatystyczne kanalizował w samym zarodku.

Nic więc dziwnego, że Carreras ręka w rękę z Puyolem mogli solidnie pracować na to, aby Camp Nou stało się jednym z centrów ruchu niepodległościowego w regionie. Zresztą sam Jordi Puyol często pojawiał się w roli widza na stadionie, chociaż jak ciekawie zauważa hiszpański autor Carles Santacana – “bardziej niż piłkarski spektakl interesowali go widzowie”. Ta wypowiedź idealnie oddawała sedno całego zainteresowania partii politycznych działalnością klubu, którego kibice stanowili idealny grunt dla krzewienia nacjonalistycznych idei.

To nie koniec tekstu! Przejdź na następną stronę i czytaj dalej…