Rozegrany 27 lutego 2026 roku mecz 23. kolejki Betclic 1. Ligi pomiędzy Stalą Rzeszów a Ruchem Chorzów miał wyjątkową otoczkę. Ciekawie było na murawie, ale także na trybunach. Przed pierwszym gwizdkiem kibice zgromadzeni przy Hetmańskiej zobaczyli zaś występ artystyczny. Upamiętniono też wybitną postać związaną z rzeszowskim sportem – reprezentującego Stal medalistę olimpijskiego Adama Sandurskiego.
Przy okazji naszej poprzedniej wizyty na meczu Stali Rzeszów opisywaliśmy mecz, który dla zawodników Marka Zuba był domową inauguracją wiosennej części sezonu. Drużyna znad Wisłoka, po wyjazdowym remisie z Chrobrym Głogów, wygrała w dobrym stylu 3:1 z Polonią Bytom, lecz tydzień później poniosła porażkę 1:4 w Niepołomicach.
Długie oczekiwanie na pokonanie Ruchu
Kibice zespołu ze stolicy Podkarpacia mieli nadzieję, że wysoka porażka z Puszczą zostanie powetowana w zapowiadanym starciu z Ruchem. Historia spotkań tych klubów zdecydowanie lepiej układała się dla Niebieskich.
Oficjalna strona internetowa Stali Rzeszów opublikowała dane statystyczne udostępnione przez Marka Ziembę. Bilans pokazywał 32 mecze, z których „Żurawie” wygrały tylko cztery. W aż dziewiętnastu spotkaniach lepsi byli Ślązacy, a dziewięć konfrontacji kończyło się remisem.
Z przytoczonych statystyk wynika, że Stal ostatni raz pokonała Ruch 25 maja 1967 roku. Mecz był rozgrywany wówczas w najwyższej klasie rozgrywkowej. Gospodarze wygrali 2:0 po bramkach Zygmunta Marciniaka i Jana Domarskiego. W rundzie jesiennej obecnego sezonu podopieczni Waldemara Fornalika zwyciężyli na Stadionie Śląskim 4:0.
Skrzypce przed pierwszym gwizdkiem
Zapowiadany we wstępie mecz został zaplanowany na godzinę 21. Zanim wybrzmiał pierwszy gwizdek, kibice byli świadkami występu artystycznego. Gdy piłkarze wychodzili na boisko, była na nim Monika Suder, rzeszowska skrzypaczka, która wykonała utwór „Freed from Desire” włoskiej piosenkarki Gali.

Światła na stadionie zgasły, obok murawy buchały ognie, których ciepło było dosłownie wyczuwalne na trybunach. Pani Monika grała na skrzypcach, kibice pomogli śpiewem, przedmeczowy wstęp wypadł zatem okazale. Podobnie jak efektowna oprawa zaprezentowana w czasie spotkania.
Niewykorzystana szansa
Mecz również dostarczył wielkich emocji. W pierwszej połowie najbliżej zdobycia bramki dla gospodarzy był Jonathan Junior, który po tym, jak minął bramkarza, postanowił symulować faul, za co obejrzał żółtą kartkę. Gości uratował też słupek po strzale Szymona Łyczki.
Już dwie minuty po rozpoczęciu drugiej części czerwoną kartką został ukarany zawodnik Ruchu Max Watson. Przed Stalą otworzyła się więc wielka szansa na upragnione zwycięstwo. Chwilę później prowadzenie objął jednak zespół Waldemara Fornalika. W 54. minucie Jakub Jendryka skorzystał z błędu defensywy gospodarzy i efektownie przelobował Marka Kozioła.

Piłkarze Marka Zuba podkręcili tempo. Stwarzali okazje, ale nie przynosiło to efektu. Mimo licznych prób miejscowi nie zdołali doprowadzić do wyrównania. Stal przegrała 0:1 i na pierwsze od 1967 roku zwycięstwo nad Ruchem jej kibice będą musieli poczekać co najmniej do przyszłego sezonu.
Tego wieczoru wynik nie cieszył rzeszowskich fanów, ale otoczka meczu była wyjątkowa. Na trybunach pojawiło się – jak podali organizatorzy – 4657 widzów. Do stolicy Podkarpacia przyjechała również spora grupa sympatyków z Chorzowa. Czuć było klimat piłkarskiego święta.
Na pomeczowej konferencji prasowej były selekcjoner reprezentacji Polski, obecnie trener Ruchu Chorzów, Waldemar Fornalik podkreślał, że zwycięstwo wywalczone w takich okolicznościach było dla jego drużyny szczególnie cenne:
Wygrana w niesamowitych okolicznościach. Pierwsza połowa, w której graliśmy jedenastu na jedenastu, nie była dla nas najlepsza, ale nawet grając nie najlepiej, mieliśmy sytuacje. Drużyna Stali potrafi dobrze operować piłką, prezentuje ofensywny futbol i wiedzieliśmy, że jeśli pozwolimy jej na zbyt wiele, to będzie stwarzać sytuacje. W drugiej połowie po czerwonej kartce musieliśmy zejść do głębokiej defensywy i to pokazało, że stać nas na determinację w grze obronnej. Bardzo cieszymy się z punktu wywalczonego na trudnym terenie.
Marek Zub, szkoleniowiec Stali Rzeszów, nie ukrywał rozczarowania:
Biorąc pod uwagę to, co się działo na boisku, nie powinniśmy przegrać tego meczu, ale jak przy pożegnaniu powiedział mi trener Fornalik, z którym znam się od wielu lat – taka jest piłka. Wypada się z tym zgodzić, trudno jest natomiast przejść obok tego trenerowi, który przegrał w takich okolicznościach – przy takim dopingu, przy takich trybunach, przy takiej oprawie. Brakowało tylko zwycięstwa.
Wspomnienie legendy
Mecz rozgrywany przy Hetmańskiej był wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Kilka dni wcześniej, 21 lutego, zmarł jeden z najwybitniejszych sportowców reprezentujących barwy Stali Rzeszów. Do lepszego świata odszedł Adam Sandurski, utytułowany zapaśnik. Przed pierwszym gwizdkiem została poświęcona mu minuta ciszy.
Tym razem wątek historyczny pojawi się w naszym tekście na końcu i nie będzie dotyczył piłki nożnej. Przypomnimy w nim wielkie chwile polskich zapasów, które współtworzył sportowiec urodzony w lutym 1953 roku w Zarzeczu, niewielkiej miejscowości położonej nieopodal Rzeszowa.
Skręcał rywali w trąbkę
Największym sukcesem Adama Sandurskiego był brązowy medal olimpijski wywalczony przezeń w 1980 roku na igrzyskach w Moskwie, w stylu wolnym, w kategorii +100 kilogramów. Na długiej liście jego osiągnięć są także trzy krążki zdobyte na mistrzostwach świata i sześć, po które reprezentant naszego kraju sięgnął na mistrzostwach Europy, a także osiem tytułów mistrza Polski.
Skręciłem go w trąbkę – mawiał wielki zapaśnik o pokonywanych rywalach. Wielki był zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Miał 214 centymetrów wzrostu, ważył ponad 130 kilogramów. Nic więc dziwnego, że nazywano go „Olbrzymem z Rzeszowa”.
Siłę i wytrzymałość wyrabiał nie tylko na zapaśniczych matach. Zanim został sportowcem, ciężko pracował fizycznie w gospodarstwie rodziców. Później zajmował się między innymi pracą w zakładzie elektrycznym, ukończył bowiem technikum elektromechaniczne, które otworzyło mu drogę do wykonywania zawodu.
Najpierw koszykówka, później zapasy
Uprawianie sportu Adam Sandurski rozpoczął od koszykówki. Na basket namówił go Zdzisław Myrda, wybitny koszykarz Resovii, szkolny kolega późniejszego zapaśnika. O tym, jak doszło do zmiany dyscypliny, pisał na łamach „Przeglądu Sportowego” redaktor Lech Ufel:
W hali w jednym miejscu trenowali koszykarze Resovii, a w innym zapaśnicy Stali. Trener zapaśników Jan Małek, widząc po drugiej stronie tęgie chłopisko, tak długo namawiał Adama na zmianę sportu, aż dopiął swego.
Adam Sandurski reprezentował Stal Rzeszów w latach 1973-1993. Przez dwie dekady walczył pod okiem znakomitych trenerów – wspomnianego Jana Małka, a także Bronisława Ginalskiego i Eugeniusza Najmarka. Czterokrotnie wygrywał prestiżowy plebiscyt „Nowin” na najlepszego sportowca Podkarpacia – w roku 1980, 1981, 1982 i 1983.
Stracona szansa na kolejny medal
Kibice uwielbiają sport za wielkie rywalizacje. Jedną z nich były pojedynki Sandurskiego z reprezentantem ZSRR, Sałmanem Chasimikowem. W 1984 roku ich walka toczona podczas mistrzostw Europy zakończyła się remisem. Kilka miesięcy później odbyły się igrzyska olimpijskie w Los Angeles. Rządzący wówczas naszym krajem komuniści, słuchający poleceń z Moskwy, podjęli jednak decyzję o tym, że polscy sportowcy nie pojadą do Stanów Zjednoczonych.
Sandurskiemu przepadła więc szansa na kolejny olimpijski medal. Zawodnik Stali Rzeszów wziął udział w zorganizowanym przez państwa socjalistyczne turnieju Przyjaźń ’84 stanowiącym pewnego rodzaju alternatywę dla olimpijskich zmagań. Zajął w nim drugie miejsce. Cztery lata później pojechał na igrzyska do Seulu, gdzie uplasował się na siódmej pozycji.
Na zawsze w pamięci
Pod koniec pięknej kariery Sandurski wyjechał do Niemiec. Toczył tam pojedynki jako zawodnik klubu KSV Witten 07. Jego córka wyszła za mąż za piłkarza Marco Terrazzino mającego za sobą występy w Bundeslidze oraz w drużynach reprezentacji Niemiec w młodszych kategoriach wiekowych.
Adam Sandurski zmarł 21 lutego 2026 roku w Witten. Miał 73 lata. Był wielką postacią polskiego sportu. Cisza wypełniająca przez chwilę rzeszowski stadion stanowiła wyraz szacunku dla jego życia i sukcesów. Olbrzym z Rzeszowa na zawsze pozostanie w pamięci kibiców.
